najgroszka
#rozdajo #depresja #kryminalne #motywacja

Chciałabym oddać fajne książki, których nie chce już widzieć u siebie xd Jeśli lubisz Becketta, albo książki o umarlakach, chcesz się zmotywować do życia, albo dowiedzieć się o chuj chodzi z tą depresją to zapraszam.

1. Zaplusuj i napisz czemu chciałbyś ją mieć ( ͡º ͜ʖ͡º)
2. Jedna książka dla jednej osoby, wybór jest mój, cenie kreatywność, ale niekoniecznie wiersze
3. Rozdawajka trwa do jutra do 11. Później wybieram osoby i pozbywam się książek na poczcie
+51
popkulturysci
Prawda o sprawie Harry'ego Queberta - recenzja serialu kryminalnego

Serialowy romans pięćdziesięciolatka z nastolatką, który zakończył się śmiertelnym zejściem dziewczyny. Czytaj więcej>>

#seriale #kryminalne #showmax
+1
YAMERO
Część pierwsza

Są dwie główne teorie związane ze śmiercią JonBenet.

Mimo, że policja podejrzewała rodziców, zarówno ona jak i prokuratura postanowiła rozważyć scenariusz z intruzem głównie z powodu niezidentyfikowanego śladu buta w piwnicy gdzie znaleziono dziewczynkę. Początkowe podejrzenia padały na sąsiada Billa McReynolds’a który przebierał się za Mikołaja, byłą gospodynię domową Lindę Hoffmann-Pugh oraz Michaela Helgotha, który popełnił samobójstwo niedługo po śmierci JonBenet.
Detektyw Smit, który zajmował się śledztwem stwierdził, że to intruz popełnił zbrodnię. Uważał on, że ktoś włamał się do domu Ramsey’ów poprzez zniszczone okno w piwnicy. Następnie uciszył dziewczynkę paralizatorem i zabrał ją do piwnicy gdzie dokonał zbrodni, a następnie zostawił żądanie okupu. Teoria detektywa była wspierana przez agenta FBI Johna Douglas’a, który został zatrudniony przez rodzinę Ramsey’ów. Smit wierząc w niewinność Ramsey’ów zrezygnował ze sprawy 20 września 1998 roku czyli 5 dni po zwołaniu ławy przysięgłych przeciwko Ramsey’om. Smit kontynuował sprawę nieoficjalnie aż do 2010 roku kiedy zmarł.

Uważano, że JonBenet mogła przyciągać uwagę ludzi wykorzystujących seksualnie dzieci. Ustalono, że w sąsiedztwie Ramsey’ów było ponad 100 włamań miesiące przed morderstwem dziewczynki. Było tam także 38 zarejestrowanych osób, które dopuściły się przestępstw seksualnych mieszkających w promieniu 3 kilometrów. W 2001 roku były prokurator oraz szeryf stwierdzili, że powinni bardziej rozważyć teorię z włamaniem.
Jednym z podejrzanych Smit’a był Gary Olivia, który był aresztowany za dwie próby oraz jeden przypadek wykorzystania seksualnego dziecka (zarzuty w czerwcu 2016r.).

Druga teoria rozpatrywała członka rodziny jako sprawcę. Policja skupiała się głownie na rodzicach dziewczynki. Nawiązując do emerytowanego agenta FBI, statystyczne prawdopodobieństwo, że w sprawę śmierci dziecka wmieszany jest członek rodziny bądź opiekun wynosi 12 do 1. Z perspektywy policji nie było śladów włamania, żądanie okupu było retuszowane oraz nie widzieli pomocy ze strony Ramsey’ów w sprawie śmierci ich córki. Rodzice oświadczyli, że ich niechęć do pomocy wynikała ze strachu przed brakiem rozważenia opcji z włamywaczem oraz że staną się głównymi podejrzanymi.
Jedna z opcji było to, że matka JonBenet w porywach gniewu za moczenie łóżka przez córkę, powaliła ją a następnie błędnie myśląc, że nie żyje udusiła żeby zatuszować to co się stało. Jednak u matki nie stwierdzono wcześniej ataków niekontrolowanej złości. Teoretycznie uduszenia miało odciągnąć uwagę policji od tego co miało się naprawdę wydarzyć.

Burke był przesłuchiwany trzy razy przez śledczych, którzy nie brali go do grona podejrzanych.

Ramsey’owie oferowali $100 000 nagrody w gazecie 27 kwietnia 1997 roku. Trzy dni później złożyli oddzielne oficjalne wywiady odnośnie sprawy. W 1999 roku gubernator Kolorado Bill Owens powiedział rodzicom JonBenet żeby „przestali się kryć za adwokatami oraz ich przykrywką wizerunkową”.
Ława przysięgłych, oskarżyła rodziców w 1999 roku. Oskarżono ich o krzywdzenie dziecka oraz bezprawne, świadome, lekkomyślne i zbrodnicze spowodowanie, że dziecko znalazło się w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia, która skutkowała śmiercią dziecka. Prokurator okręgowy nie podpisał aktu oskarżenia, gdyż uważał, że ława przysięgłych nie była przekonywująca. W 2002 roku oskarżenia się przedawniły. Akt oskarżenia nie był podany do informacji publicznej aż do października 2013 roku.
W lipcu 2008 roku biuro prokuratora okręgowego ogłosiło, że najnowsze wyniki badań DNA (dzięki nowej metodzie badań) wykluczają rodziców z grona podejrzanych. Według adwokata, którego zatrudniła rodzina Ramsey’ów policja starała się przesłuchać jeszcze raz Burke’ia w roku 2010.

Przełom

Gary Oliva, który odsiaduje wyrok za posiadanie dziecięcej pornografii, w 2020 roku powinien kończyć odsiadywać wyrok. Michael Vail (były znajomy ze szkoły) postanowił powiedzieć co Olive mówił o JonBenet oraz sprawie jej śmierci. Michael uważa, że Oliva kontaktował się z nim za pomocą telefonu w dzień śmierci dziewczynki. Oliva rzekomo powiedział, że skrzywdził małą dziewczynkę. Według reportażu DailyMail 54 letni Gary Oliva napisał list do Michaela w którym to wyjawia szczegóły zbrodni. Według informacji zamieszczonych przez DailyMail Olivia opisuje w liście swoją pedofilską obsesję na punkcie dziecka oraz sposób w jaki rzekomo zginęła.

Natomiast policja oświadczyła, że udział Oliva w sprawie został rozpatrzony i nie ma żadnych nowości w sprawie.

#gruparatowaniapoziomu #kryminalne
+83
YAMERO
Zagadka śmierci JonBenet Ramsey – 6 letnia królowa piękności

JonBenet Ramsey była laureatką wielu konkursów piękności mimo, że miała tylko 6 lat. Została ona zamordowana 25 grudnia 1996 roku. Ciało znaleziono 8 godzin po zgłoszeniu zaginięcia.

Matka dziewczynki znalazła na szafce w kuchni notkę z żądaniem okupu (długość 2,5 strony) po tym zorientowała się, że jej córka zniknęła. Żądanie wynosiło $118 000 za bezpieczny powrót dziecka co było kwotą zbliżoną do bonusu jaki otrzymał ojciec dziecka wcześniej w tym roku. FBI poinformowało, że notka jest niezwykle długa jak i nietypowe jest napisanie takiej notatki na miejscu zbrodni. Policja uważała, że notatka była sfingowana, gdyż nie zawierała żadnych odcisków palców oraz nietypowe użycia wykrzykników i skrótowców. Ustalono także, iż papier pochodził z domu państwa Ramsey. Biuro Dochodzeniowe w Colorado w swoim raporcie zawarło, iż „są poszlaki aby twierdzić, że autorem notatki jest Patricia Ramsey (matka)”, jednak nie mogli tego potwierdzić.

Jedynymi osobami które powinny wtedy znajdować się w domu była najbliższa rodzina dziewczynki czyli Burke (brat), Patsy (matka) oraz John (ojciec). Notka zawierała informację by nie powiadamiać policji ani przyjaciół, lecz Patsy zadzwoniła na policję o 5:52 a także poinformowała rodzinę oraz znajomych. Oficerowie, którzy przyjęli wezwanie przyjechali pod dom Ramsey’ów w ciągu 3 minut. Po przybyciu przeprowadzili pobieżne przeszukanie, ale nie znaleźli śladów włamania. Oficer Rick French przeszukując piwnicę znalazł drzwi zabezpieczone drewnianą zasuwą. Zatrzymał się na chwilę przy drzwiach lecz popełnił ogromny błąd gdyż nie otworzył ich. Ciało dziewczynki znajdowało się właśnie za tymi drzwiami.

Ojciec przygotował się do zapłaty okupu, a zespół kryminalny został wysłany do domu państwa Ramsey. Początkowo kryminalni myśleli, że dziewczyna została porwana oraz sypialnia JonBenet była jedynym miejscem, które zostało oddzielone taśmą by nie zniszczyć potencjalnych dowodów. W tym czasie rodzina oraz znajomi przybyli wspierać Ramsey’ów. Zgromadzeni ludzie prawdopodobnie zniszczyli potencjalne dowody w innych częściach domu. Śledcza Linda Arndt przybyła około 8 rano w celu oczekiwania na porywacza, który zgodnie z instrukcją powinien odebrać okup, lecz żadna próba odebrania okupu się nie pojawiła.

O godzinie 13 detektyw Arndt poprosiła Johna oraz przyjaciela rodziny o sprawdzenie czy coś nie zginęło. Mężczyźni zaczęli poszukiwania od piwnicy. Tam John otworzył drzwi które były zamknięte na zasuwę, których oficer French nie dał rady otworzyć po czym znalazł ciało swojej córki.

Usta dziewczynki były zaklejone taśmą, kark oraz nadgarstki były związane nylonowym sznurem, tors był przykryty białym kocem. Tutaj ojciec popełnił błąd, gdyż natychmiastowo zabrał ciało z piwnicy. Gdy ciało zostało przeniesione miejsce zbrodni zostało oraz ważne dowody zostały naruszone.
Każdy z Ramsey’ów oddał próbkę pisma, krwi oraz włosów policji następnie byli przesłuchiwani.

Autopsja wykazała, że dziewczynka śmierć dziewczynki została spowodowana zagardleniem oraz uszkodzeniem czaszki. Nie znaleziono dowodów na gwałt lecz nie można wykluczyć napaści seksualnej. Mimo, że nie znaleziono śladów nasienia były dowody na obrażenia pochwy oraz okazało się, że okolice pochwy zostały wytarte szmatką. Jej śmierć sklasyfikowano jako zabójstwo.
Garota stworzona z nylonowego sznurka oraz złamana rączka od pędzla byłą owinięta wokół szyi najwidoczniej zostały użyte do uduszenia. Część pędzla z włosiem została znaleziona razem z przedmiotami Patsy (matka), których używała do malowania lecz nie znaleziono dolnej części pędzla mimo przeszukania domu przez policję w kolejnych dniach.
Podczas autopsji znaleziono owoc lub warzywo przypominające ananasa, którego JonBenet zjadła kilka godzin przed śmiercią. Na zdjęciach zrobionych w dniu śmierci dziewczynki była miska z ananasem oraz łyżką, która znajdowała się na stole w kuchni. Jednak zarówno ojciec jak i matka nie pamiętają by ją tam kładli oraz karmili JonBenet ananasem. Policja poinformowała, że znalazła odciski Burke (brat) na misce. Rodzice utrzymywali, że Burke (brat) spał przez okres całego wydarzenia dopóki nie został zbudzony parę godzin po przybyciu policji.

#gruparatowaniapoziomu #kryminalne
+124
derko123
Ostatni kurs.

Wersja dla wolących posłuchać:
http://soundcloud.com/user-874874855/ostatni-kurs

26 grudnia 2003 roku około godziny 18 w domu państwa Jochem rozbrzmiał sygnał telefonu. Dzwoniła Patrycja, stała klientka Józefa Jochema - 62-letniego rydułtowskiego taksówkarza. Patrycja - drobna osiemnastolatka, chciała zamówić kurs, co z powodu świąt nie było na rękę taksówkarzowi. Na początku odmówił. Ona naciskała. Opowiadała, że ma do przewiezienia telewizor i jeśli Józef jej pomoże, dostanie więcej pieniędzy. Na to Józef przystał, nie mógł przypuszczać, że dziewczyna może wyrządzić mu jakąkolwiek krzywdę.

Józef Jochem skierował się na postój taksówek przy dworcu PKS w Rydułtowach skąd odebrał Marka - 22-letniego znajomego Patrycji. Gdy taksówkarz dotarł z klientem pod wskazany adres Marek zaprosił go do domu, w którym była już osiemnastoletnia Patrycja. Dziewczyna przestawiała meble, żeby dostać się do rzeczonego telewizora. Gdy Józef stanął tyłem do Marka ten uderzył go pięścią. Cios musiał być zadany zaskoczenia, ponieważ Józef był w dobrej formie i w innym wypadku Marek mógł przegrać walkę. Ofiara natychmiast odwróciła się, przez co drugie uderzenie zostało zadane w twarz. Józef przewracając się uderzył głową w mebel tracąc chwilowo przytomność. Młodzi przeszukali Józefa i samochód wyciągając z saszetki ofiary 1000 zł oraz wymontowując tablice “TAXI” z mercedesa. Po chwili taksówkarz powoli zaczął odzyskiwać przytomność. Tyson - bo tak mówili na Marka koledzy - usiadł na plecach ofiary i związał mu ręce taśmą. Kiedy jednak taksówkarz uwolnił się z więzów do czynów przeszła także Patrycja F. sięgając po metalową rurkę. Marek S. i Patrycja F. katowali mężczyznę przeróżnymi narzędziami, wśród nich znalazł się nóż. Następnie swoją ofiarę zaciągnęli do piwnicy, gdzie dokonali zabójstwa. Obwiązali szyję Józefa sznurem, z węzłem zaciśniętym trzonkiem młotka, a na jego ciele położył duży kanister. Następnie mercedesem ofiary pojechali na dyskotekę, gdzie roztrwonili skradzione pieniądze. Gdy się skończyły, wrócili do piwnicy, aby zabrać Józefowi jeszcze złotą obrączkę. Niestety nie chciała zejść, więc Tyson odciął serdeczny palec ofiary nożem.

W tym czasie zaniepokojona zniknięciem ojca rodzina, już zawiadomiła policję. Józef 26 grudnia przed samym wyjściem zapowiedział, że wróci przed godziną 20. Gdy tego nie uczynił syn próbował się do niego dodzwonić. Telefon Józefa był wyłączony, ale rodzina zdecydowała się poczekać z zawiadomieniem policji do rana. Funkcjonariuszy powiadomił zięć Józefa. Rozpoczęły się standardowe procedury poszukiwawcze. Niestety nie dały one żadnych efektów. Następnego dnia na wniosek komendanta powiatowego policji rozpoczęto poszukiwania na szeroką skalę. Uczestniczyło w nich 150 osób. Wtedy pojawiła się informacja o tym, że Józefa widziano na postoju taksówek w Rydułtowach. Wszyscy liczyli, że mężczyzna jeszcze żyje. Na postoju zauważono, że Józef zgasił światło w tablicy taksówkarskiej co miało oznaczać zakończenie kursu. Od tego czasu ślad po nim zaginął. Z pomocą przyszedł anonimowy donos, który zasugerował policji, że w sprawę może być zamieszany Marek S. Okazało się, że 22-latek podczas zabawy na okolicznych dyskotekach przechwalał się znajomym swoim rozbojem. W niedzielę 28 grudnia znaleziono porzuconego białego mercedesa, należącego do Józefa. Marek S. dostał informację, o tym że jest poszukiwany od jednej z przesłuchanych osób i postanowił uciekać. Zorganizowano dwie grupy poszukiwawcze, ponieważ tylko dwie osoby wiedziały jak wygląda Marek S. Rozpoznano go w Raciborzu, kiedy jechał siedząc na tylnej kanapie fiata 126p. Zatrzymanie sprawcy miało miejsce na stacji benzynowej, gdy samochód zatrzymał się aby zatankować. Pojazd prowadziła Patrycja F. Podczas przesłuchania Tyson przyznał się do zabójstwa. Powiedział gdzie znajduje się ciało, choć na początku mówił, że Józef Jochem może jeszcze żyć. Policjanci udali się na do domu przy ulicy Sikorskiego i znaleźli w piwnicy zmasakrowane ciało. 3 stycznia odbył się pogrzeb Józefa, uczestniczyło w nim kilkaset osób, rodzina, znajomi oraz około 100 taksówkarzy z całego śląska. Podczas składania Józefa Jochema do grobu po okolicy rozległ się dźwięk klaksonów taksówek.

Józef, nie był jednak osobą, która Marek S. i Patrycja F. chcieli zabić na pierwszym miejscu. Ich celem na początku był inny taksówkarz - również posiadacz białego mercedesa, który odmówił kursu twierdząc, że jego samochód jest u lakiernika, co nie było prawdą. Pierwszemu taksówkarzowi podjęcia się kursu zabroniła żona, ratując mu tym życie. W toku sprawy wyszło, że to Patrycja F. zaplanowała morderstwo. Marek S., który miał już kryminalną przeszłość dostał dożywocie, Patrycja F. 25 lat więzienia.

Źródła:
http://www.nowiny.pl/egazeta/nowiny-wodzislawskie/2005-05-10/6624-dozywocie-dla-mordercy.html
http://www.nowiny.rybnik.pl/artykul,3230,ostatni-kurs.html
http://www.nowiny.pl/egazeta/nowiny-wodzislawskie/2017-11-07/145062-duzy-kaliber-morderstwo-taksowkarza.html
http://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35063,1844282.html

Muzyka:
http://www.youtube.com/watch?v=Gi79oEp93N8&t=2154s

Zdjęcie nie jest powiązane stricte ze sprawą, ale nie dotarłem do żadnego zdjęcia z akt lub z prasy.
W jednym z artykułów, zamiast imienia Józef, pada Joachim jednak myślę, że może to być błąd dziennikarza z Wyborczej.

#kryminalne #rydultowy #wodzislaw #raciborz #morderstwo #zbrodnia
+26
MusicURlooking4
Przepraszam jeśli wołam kogoś niepotrzebnie, jednak pomyślałem, że ktoś może być zainteresowany informacjami w sprawie Jayme Closs, podanymi przez szeryfa hrabstwa Barron, C. Fitzgeralda na wczorajszych konferencjach prasowych.

Nie przedłużając. Zatrzymany to dwudziestojednoletni Jake Thomas Patterson.

http://i.redd.it/oaqk4zp8pt921.jpg

Mieszkaniec miasteczka Gordon (WI), został schwytany podczas gdy krążył po okolicy swoim samochodem, poszukując Jayme, której udało się wcześniej zbiec z miejca przetrzymywania.

Policja podczas przeszukania odnalazła prawdopodobne narzędzię zbrodni, jest to broń typu "shotgun", podano informację, że właśnie od strzałów z takiej broni zginęli rodzice dziewczyny, James i Denise. Szeryf Fitzgerald przekazał również, że Petterson zaplanował zbrodnię a jej jedynym celem, było porwanie Jayme. Zatrzymany nie miał również żadnych powiązań z rodziną Clossów.

W przyszłym tygodniu, Petterson ma usłyszeć zarzuty a będą nimi, dwa zarzuty morderstwa oraz zarzut porwania.

Jayme cała i zdrowa, przebywa już ze swoją rodziną ( ͡° ͜ʖ ͡°) Jej ciocia, pani Jennifer Naiberg Smith, podzieliła się wczoraj tym oto zdjęciem na swoim profilu FB ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Linki do konferencji prasowych:

http://m.youtube.com/watch?v=QWE0Ecnlqug

http://m.youtube.com/watch?v=DMGYW2ZxiGQ

#kryminalne #usa
+30
SHEAD
Pewna kobieta zastawiła wyjazd na moim blokowisku w miejscu (przejazd między 2 blokami), gdzie nie ma zakazu parkowania. Nakleiłem jej wczoraj takie 2 naklejki na szybę. Właśnie zapukała do moich drzwi (ktoś jej pokazał nagrania z kamery) grożąc, że jak do jutra tego nie zetrę, to dzwoni na policję. Mam się czym martwić?

#pytanie #policja #prawo #prawojazdy #kryminalne
+29
kvoka
Dziś na #polskiepato prawdziwie patologiczna historia.

Jeżeli chcesz wesprzeć moje pisanie i pomóc w realizacji dalszych planów związanych z hasztagami polskiepato i rejestrzboczencow, zapraszam na mojego Patronite. Póki co jest tam możliwa tylko jedna (jakaś dziwaczna) forma płatności, w następnym tygodniu będzie już karta i PayPal, tak że jakbyś chciał(a) zrezygnować z jednego piwka podczas zbliżającego się weekendu i przekazać ten skromny pieniądz na kvoczą działalność to będę dozgonnie wdzięczna. ♥

• • •

Kamil G. (zdjęcie) został porzucony przez matkę, gdy miał zaledwie kilka lat. Kobieta bez słowa opuściła rodzinę, a jedynymi informacjami o jej aktualnych miejscach pobytu były mandaty przychodzące na adres ich rodzinnego mieszkania w Nakle nad Notecią (woj. kujawsko-pomorskie). Chłopiec wraz z dwójką rodzeństwa pozostał pod nieudolną opieką ojca, a gdy mężczyzna zmarł, dzieciaki trafiły na wychowanie do ciotek. Mimo pomocy asystenta rodziny, nowi opiekunowie nie radzili sobie z Kamilem. Jako nastolatek popadł w szemrane towarzystwo i przysparzał wielu kłopotów, przez co w gimnazjum nie zdał do następnej klasy. Po nieustannych ucieczkach z domu został umieszczony w Ośrodku Wychowawczym w Debrznie, który opuścił w 2013 r. Po powrocie do rodzinnej miejscowości wciąż za nic miał uwagi dorosłych, wagarował i znikał z miejsca zamieszkania na kilka dni. Dlatego też jego kurator we wrześniu wystąpił do sądu z wnioskiem o umieszczenie 16-latka w młodzieżowym ośrodku wychowawczym lub w zawodowej rodzinie zastępczej.

10 listopada 2013 r. G. znowu uciekł z domu ciotki i zatrzymał się u swojego starszego kolegi Jakuba D., zwanego Dudkiem. Jego matka Wioletta D. właśnie wyjechała do Wielkiej Brytanii, by odwiedzić pracującego tam od pół roku męża. Mająca poważne problemy z alkoholem kobieta zaczęła walczyć z nałogiem, dopiero gdy ten wyjechał za pracą. Wcześniej w domu rodziny D. często dochodziło do głośnych awantur i libacji, a sąsiedzi ich dom nazywali otwarcie "meliną na Jackowskiego" (klik). Pod nieobecność rodziców 19-latek został w mieszkaniu sam, ponieważ jego o rok starszy brat Łukasz wcześniej trafił do więzienia m.in. za kradzieże.

Znajomi imprezowali przez kilka dni, a gdy skończyły im się pieniądze, sprzedali dekoder telewizyjny. W tym czasie rodzina szukała Kamila, byli nawet w domu przy Jackowskiego 6, gdzie drzwi otworzył im Jakub, który stwierdził, że nastolatka z nim nie ma. We wtorek 12 listopada w mieszkaniu przebywał także 16-letni Jakub R., kolega z klasy Kamila, 23-letni Dawid R. ps. Różko oraz jeszcze dwóch innych młodych mężczyzn, o których niewiele wiadomo.

Dawid R. był bardzo dobrym kolegą Dudka. Oprócz wspólnych popijaw zajmowali się także drobnymi kradzieżami i włamaniami. Kilka razy brali udział w pobiciach i byli bardzo dobrze znani miejscowej policji. Różko był uzależniony od alkoholu i narkotyków, i chwalił się znajomością z lokalnymi kryminalistami, choć kilka lat wcześniej wydawało się, że wybierze inną życiową drogę, ponieważ przez jakiś czas uczęszczał na spotkania Świadków Jehowy.

Na imprezie wszyscy pili, palili papierosy, ćpali, a nawet tańczyli. Około godziny 22:00 w mieszkaniu zostali tylko Jakub D., Dawid R., Kamil G. i Jakub R. Różko i Dudek zaczęli słownie dręczyć Kamila. Ubliżali mu, zmuszali do skręcania wszystkim papierosów i przyrządzania jedzenia. Gdy 16-latek odmówił, R. zaczął kopać go po twarzy, a D. rozpędził się i uderzył w niego kolanami. Później przy wielkiej aprobacie i zachętach starszych chłopaków doszło do bójki pomiędzy G. a jego szkolnym kolegą. Po godzinie 23:00 po Jakuba R. przyszła matka i nakazała wracać do domu. Gdy opuścił mieszkanie, Dudek i Różko stali się jeszcze bardziej agresywni w stosunku do Kamila. Zaczęli znęcać się nad nastolatkiem, kopiąc go i bijąc pięściami. W końcu zakrwawionego wrzucili do skrzyni tapczanu i kontynuowali domówkę, co jakiś czas tam zaglądając, by przypalić go papierosem czy wymierzyć następny cios. Po pewnym czasie D. wziął nóż i zaczął ciąć i dźgać Kamila, a gdy ostrze się wykrzywiło, Dawid R. sięgnął po następne, a później po kuchenny tłuczko–tasak (klik). Okładali go nim, aż odpadłdrewniany trzonek. Wtedy Dudek przytrzymał Kamila, po czym drugi z oprawców go zgwałcił. Gdy skończył, zapytał Jakuba, czy też chce, ten jednak odmówił i wepchnął ofierze w odbyt trzonek od tłuczka. Po wszystkim znów zamknęli kanapę, usiedli na niej i pili alkohol.

Mężczyźni postanowili dobić nastolatka i półprzytomnemu założyli na szyję pętlę z paska od spodni R. Dusili go na zmianę, a później razem, zapierając się o kanapę, bo jak sami przyznali: "ręce od tego duszenia rozbolały". Ściskali tak długo, aż pękła mu kość gnykowa i nastolatek się udusił. Zmasakrowane zwłoki, oprawcy zamknęli w skrzyni tapczanu.

Po wszystkim, nie próbując nawet zacierać po sobie śladów, Jakub zmienił zakrwawione ubrania i udał się wraz z Dawidem do jego mieszkania. R. przebrał się, spakował dowód osobisty, konsolę x-box, zdjęcie rodzinne i w piątek rano obaj ruszyli w stronę dworca PKP.

Wychodząc z domu, powiedziałem tacie, że nie wiem, czy się jeszcze kiedyś zobaczymy. Ale tata o nic nie pytał

– opowiadał później.

. . .

W czwartek 14 listopada 2013 r. matka Jakuba D. wróciła do mieszkania, w którym zastała pobojowisko i brak dekodera telewizyjnego. Zadzwoniła na policję, by zgłosić kradzież, a później do syna, który poinformował ją, że jest w Pile. Zdziwiona tym faktem kobieta zaczęła sprzątać walające się po podłodze butelki, porozbijane naczynia i wietrzyć śmierdzące meliną pomieszczenia. Zauważyła też sporo plam krwi i zabarwione na czerwono ubrania, jednak ten widok specjalnie jej nie zaniepokoił. Pomyślała, że po prostu doszło do bójki.

No, chłopaki. Wie pan, jak to chłopaki... czasem się pobiją, no nie?

– opowiadała później, rozkładając ręce.

Dopiero gdy otworzyła wersalkę, krzyknęła z przerażenia i natychmiast wezwała policję.

Podczas gdy w domu przy ulicy Jackowskiego trwały oględziny, z krążącą wokół budynku zdenerwowaną Wiolettą D. próbowali porozmawiać dziennikarze, ta jednak na widok reportera zaczęła machać gniewnie rękami i krzyczeć:

Idź pan, bo ci zaraz wypier***ę! I po co ci to?! Wypier****j stąd!

. . .

Pierwszym przystankiem Jakuba i Dawida była faktycznie Piła. Potem pojechali do Szczecina, Świnoujścia i Poznania. Gdzieś w trasie Dawid wyrzucił przez okno wagonu swój pasek od spodni, którym udusili Kamila.

16 listopada policja w Krzyżu Wielkopolskim zatrzymała dwóch mężczyzn, którzy około północy zaczęli walić w dzwon kościoła znajdującego się naprzeciwko komisariatu*. W chwili zatrzymania obaj mieli ponad promil alkoholu w wydychanym powietrzu, jednak nie stawiali oporu. Wkrótce okazało się, że zatrzymani to podejrzani o morderstwo w Nakle D. (zdjęcie) oraz R. (zdjęcie).

Druga wersja mówi, że mężczyźni sami zgłosili się na komisariat po rozmowach ze swoimi matkami. Wcześniej ustalili między sobą wersję wydarzeń i kto jakie bierze na siebie winy.

Podczas pierwszego przesłuchania mężczyźni przyznali się do zarzucanych im czynów i ze szczegółami, choć bez emocji, zdali relację ze zbrodni. Postanowili zabić Kamila, ponieważ po tak ciężkim pobiciu i tak nie byłby w stanie samodzielnie funkcjonować i zostałby "roślinką".

Jakub D. tłumaczył motyw pobicia tym, że "wkręcili sobie", że jest im winny pieniądze.

. . .

Rodzinna miejscowość podejrzanych huczała od plotek. Jedni mówili, że Kamil G. zginął z powodu 30 zł, które był winien oprawcom, inni twierdzą, że tamci wściekli się, bo nastolatek nie chciał wykonywać ich poleceń, a jeszcze inni, że poszło o to, że któregoś dnia na policji powiedział za dużo na temat Jakuba R.

Koledzy G. twierdzili, że to właśnie jego klasowy kolega Jakub zapoznał go ze starszymi kolegami. Nastolatek zaczął często znikać w melinie przy Jackowskiego, mimo ostrzeżeń znajomych.

Chyba w poniedziałek widzieliśmy Kamila w oknie. Wyglądał na wystraszonego. Dudek nas okłamał, że go tam nie ma, a był. Potem jeszcze raz, może to była środa, wołałem Kamila. Dudek powiedział, że Kamil gdzieś poszedł

– relacjonował jeden ze znajomych zamordowanego.

. . .

Kilka dni po zatrzymaniu podejrzanych odbyła się wizja lokalna z ich udziałem. Mężczyźni ze szczegółami opowiadali o tym, jak katowali nastolatka.

To się zaczęło w kuchni

– wyjaśniał Jakub D.

Kamil patrzył na mnie, bo oczekiwał, że mu pomogę. Ale ja tego nie zrobiłem

– dodał.

Ustalono, że katowanie nastolatka trwało od czterech do sześciu godzin.

Szliśmy pić i znowu wracaliśmy do kanapy

– relacjonowali, dziwiąc się, że nastolatek po prostu nie uciekł z mieszkania.

. . .

Biegli medycyny sądowej znaleźli na ciele Kamila G.wielomiejscowe zasinienia naskórka, rany tłuczone głowy, rany błony śluzowej jamy ustnej, ranę kłutą w okolicy biodrowej, rany cięte na kończynach górnych, szyi, tułowiu i kończynach dolnych, rany błony śluzowej, wylewy krwawe oraz wielomiejscowe podpłynięcia krwawe w tkankach miękkich odbytu i błony śluzowej odbytu. Przyczyną zgonu nastolatka było dwumiejscowe złamanie kości gnykowej, w wyniku czego G. się udusił.

Zgromadzony materiał dowodowy dał Prokuraturze Rejonowej w Nakle podstawy do postawienia Dawidowi R. oraz Jakubowi D. zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem oraz zgwałceniem (art. 148, par. 2, pkt. 1,2 kk.). Z kolei Jakub R. usłyszał zarzut pobicia.

Biegli psychiatrzy stwierdzili, że D. i R. byli świadomi swoich poczynań. U obu stwierdzono jednak typ osobowości nieprawidłowej.

Biegły z dziedziny seksuologii uznał:

U oskarżonych nie stwierdziłem objawów dewiacji seksualnych w rozumieniu choroby. Czyny, których się dopuścili, nie miały motywacji seksualnej, ale miały na celu upokorzenie ofiary. Tu istotnym czynnikiem był spożywany alkohol, który ma działanie odhamowujące, obniża krytycyzm.

. . .

Akt oskarżenia przeciwko Dawidowi R. oraz Jakubowi D. trafił do Sądu Okręgowego w Bydgoszczy 27 czerwca 2014 r., a 30 września ruszył proces (klik) (klik).

Jakub D. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) wszedł na salę potrząsając demonstracyjnie łańcuchami i już na początku rozprawy kazał sobie zdjąć kajdanki, na co przewodniczący składu sędziowskiego nie zezwolił.

Proszę z łaski swojej, oskarżony się nie rusza, bo to przeszkadza. Zrozumiał oskarżony?

– mówił Marek Kryś, sędzia Sądu Okręgowego w Bydgoszczy.

Może nie będę oddychał?

– odparł Jakub D.

Słucham?

– dociekał sędzia.

Może nie będę oddychał?

– powtórzył D.

Oskarżony jest bezczelny

– powiedział sędzia.

Co jestem?

– pytał oskarżony.

Bezczelny

– powtórzył sędzia.

Później już do końca rozprawy Jakub D. uśmiechał się ironicznie, śmiał, poprawiał sędziów, przerywał i dyskutował.

Dawid R. (zdjęcie) (zdjęcie) robił wrażenie dużo mniej pewnego siebie. Stał z potulnie spuszczoną głową, a na jego twarzy trudno było dostrzec jakąkolwiek emocję nawet wtedy, gdy przeprasza ciotkę zamordowanego:

Przepraszam panią bardzo. Wiem, że to niewiele zmieni, ale żałuję tego bardzo.

Życia mu nie oddasz

– odpowiedziała kobieta.

Tym razem mężczyźni wyparli się jakoby mieli zgwałcić Kamila i przyznali się jedynie do zabójstwa, mimo tego, że wcześniej kilkukrotnie przyznawali się do obu z zarzutów.

Brat mi pisał z więzienia, że mam nie brać gwałtu na siebie. Przyznałem się wtedy, bo mieliśmy uzgodnione z Różko, że bierzemy winę po połowie, ale o gwałcie mieliśmy nie mówić. Jak zobaczyłem, że on mówi, no to też powiedziałem, a teraz się wycofuję. Zmyśliłem to

– tłumaczył Jakub D.

Ja bym do chłopaka nie stanął, gejem nie jestem. Zabić tak, ale nie zgwałcić. To tak trudno zrozumieć?

– dodał jeszcze.

Nic nie uzgadnialiśmy

– stwierdził R.

Jak, nie?

– odparł Jakub D.

My piliśmy w czasie ucieczki, a jak się pije, to nie można ustalać

– stwierdził.

(klik)

Następnego dnia przed sądem zeznawał Jakub R., który opowiadał co pamięta z nocy z 12 na 13 listopada 2014. Jakub D. ponownie zakłócał przebieg rozprawy, a na zeznania świadka reagował śmiechem. Gdy sędzia spytał co go tak bawi, stwierdził:

Zeznania. Bo nie są prawdą.

Na następną rozprawę, która odbyła się także w listopadzie, został doprowadzony z zakładu karnego Łukasz D., brat Jakuba. Mimo wielu upomnień mężczyźni usiłowali uciąć sobie pogawędkę. Starszy z braci nie chciał nic mówić przed sądem i skorzystał z prawa do odmowy składania zeznań. Chwilę później, gdy policjanci wyprowadzili go z sali rozpraw, krzyknął do Jakuba siedzącego na ławie oskarżonych:

Tylko cicho, nie?!

. . .

Na grudniowej rozprawie biegły psychiatra podkreślał, że u Jakuba D. nie stwierdzono choroby psychicznej. Posiada on osobowość nieprawidłową, która jednak nie ma wpływu na poczytalność, a jego cechy osobowości znajdują się pod pełną kontrolą badanego. U Dawida R. także stwierdzono nieprawidłową osobowość, dodatkowo od 14 roku życia był uzależniony od alkoholu i środków odurzających. Występowały u niego cechy zespołu zależności alkoholowej. Psycholog Ewa Napierała stwierdziła jednoznacznie, że u D. sprawność intelektualną ma na poziomie przeciętnym. Natomiast u R. znajduje się ona w dolnych granicach normy.

Tego dnia na świadków powołane zostały biegłe z Zakładu Medycyny Sądowej w Bydgoszczy, które zgodnie stwierdziły, że Kamila można było jeszcze uratować.

Nawet, jeśli dojdzie do złamania kości gnykowej, a ucisk na szyję zostałby zwolniony i wdrożone odpowiednie leczenie, istniałaby możliwość odratowania ofiary, jednak ta pomoc musiałaby być natychmiastowa.

W styczniu 2015 r. na rozprawie puszczono nagranie z wizji lokalnej. Podczas fragmentu, w którym jeden z oskarżonych opowiadał o zgwałceniu Kamila, oskarżony Jakub D. śmiał się szyderczo (zdjęcie).

. . .

10 marca 2015 r. w swojej mowie końcowej ciotka Kamila pytała oskarżonych, jakie mieli prawo, by go zamordować.

Czy pamiętacie jak on wyglądał? Pamiętasz? A jak go pobiłeś też pamiętasz? Bo ja do końca życia nie zapomnę tego widoku

– mówiła.

Jemu bólu żeście narobili i mnie też

– dodała po chwili.

Adwokat wspierający kobietę, mec. Jerzy Matysiak, nie wierzył w resocjalizację oskarżonych i żądał dla obu dożywotniego pozbawienia wolności. Takiego samego wymiaru kary chciał prokurator, który proponował jeszcze, by zapłacili rodzinie pokrzywdzonego zadośćuczynienia w wysokości 100 tys. zł.

Obrońcy oskarżonych chcieli niższej kary. Adwokat Jakuba D. mec. Ireneusz Olszewski mówił, że do tej tragedii mogłoby nie dojść, gdyby nie zaniedbania ze strony policji. To, że w mieszkaniu D. trwała impreza zgłosiła na komisariacie matka Jakuba R., jednak mundurowi zlekceważyli jej zgłoszenie. Podkreślił także, że to nie Jakub D. rozpoczął katowanie Kamila:

Po prostu się przyłączył, nie chcąc pozostać w tyle. Jest to swoisty element młodzieńczej subkultury.

Inną linię obrony przyjął obrońca Dawida R. mec Bartłomiej Krakowski:

Oskarżony nie jest zbytnio inteligentny. Jak na tę jego inteligencję niezbyt wysoką wpłynęło to, że był od tygodnia w momencie zdarzenia pijany i naćpany, bez momentów dłuższego trzeźwienia?

Dawid R. ponownie wyraził skruchę, a Jakub D. prosił o łagodny wymiar kary.

(klik)

. . .

17 marca 2015 r. w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy zapadł wyrok. Jakub D. i Dawid R. zostali skazani na karę po 25 lat pozbawienia wolności. Ich warunkowe zwolnienie nie może nastąpić wcześniej niż po odbyciu co najmniej 20 lat orzeczonej kary.

Według sądu motyw działania sprawców był banalny:

Uznali, że po bójce z Jakubem R., który wcześniej był w mieszkaniu, Kamil był jeszcze za mało pobity. Poza tym – nie zrobił oskarżonym kotletów.

Ich działanie było bezduszne, bestialskie, świadczące wręcz o odczłowieczeniu. Oskarżeni mieli możliwość przerwania ciągu zdarzeń, jednak napawali się agresją wobec bezbronnego człowieka, który nic im nie zrobił. Potraktowali pokrzywdzonego jak worek treningowy, jak śmiecia, który można wrzucić do skrzyni tapczanu, a po wyjęciu dalej gnębić i tłamsić

– mówiła sędzia sprawozdawca Anna Warakomska w uzasadnieniu wyroku.

Prokurator żądał dla oskarżonych dożywocia, jednak sędzia Anna Warakomska uzasadniła:

Kara dożywotniego pozbawienia wolności swą rangą jest zrównana z kiedyś obowiązującą karą śmierci. Można ją wymierzyć wtedy, kiedy w sprawie brak jest jakichkolwiek okoliczności łagodzących.

Zdaniem sądu okoliczności łagodzących było kilka, z czym nie zgodził się adwokat ciotki zamordowanego Kamila i złożył apelację.

W październiku 2015 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku podtrzymał stanowisko sądu w Bydgoszczy, jednak dodatkowo zaostrzył wyrok.

Sąd podtrzymał orzeczenie z marca, uznając, że kara 25 lat pozbawienia wolności za to zabójstwo jest kara adekwatną. Dodatkowo włączył w treść orzeczenia winę za czyn z artykułu 197 kodeksu, czyli dokonanie zgwałcenia

– mówił mec. Jerzy Matysiak.

Dlatego Jakub D. i Dawid R. nie będą mogli ubiegać się o przedterminowe zwolnienie z odbywania kary.

. . .

W październiku 2014 r. matka Jakuba D., Wioletta udzieliła krótkiego wywiadu "Gazecie Pomorskiej".

Ja nie wiem, czemu oni wszyscy, te pismaki wypisują takie bzdury o moim Kubie

– denerwowała się.

Nigdy nie miałam z nim problemów. Nie pozwalałam kupować alkoholu. To, jak już przestałam pić. Bo ja już nie piję

– zaznaczała. Wspominała też, że mówiła synowi by się "z tymi gówniarzami" nie zadawał i że najgorszym z nich wszystkich to "był ten Różko".

Nie wiem, co teraz zrobię. Chyba napiszę do niego list. Do Kuby. Nie widziałam go od zeszłego roku. Robią z niego w sądzie takiego, co to tylko w kącie stał. A on taki nie jest. Oj nie. Nie pozwoliłby, żeby ktoś go przestawiał z kąta w kąt...

. . .

Jakub D. ma obecnie około 25 lat, a Dawid R. 29. Do końca kary zostało im jeszcze do odsiedzenia około 20 lat.

. . .

*jakby ktoś chciał zobaczyć sobie to miejsce i przekonać się jak bardzo blisko znajduje się od komisariatu policji to proszę —> klik ( ͡° ͜ʖ ͡°)

• • •

Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego @IgorK.

• • •

Zapraszam także na mój drugi hasztag rejestrzboczencow.

• • •

Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd oraz z artykułu Agnieszka Kozak "Cztery godziny piekła", który ukazał się w magazynie "Detektyw" nr. 10/2018 (jeżeli ktoś będzie zainteresowany mogę wysłać na priv zdjęcia, chociaż średnio widzę w tym sens, ponieważ pani Kozak skopiowała fragmenty z "Ekspressu Bydgoskiego" i innych gazet, więc tam macie to samo, istne kopiuj–wklej, tylko w innej kolejności + dodała do tego zmyślone informacje i przeinaczyła kilka faktów).

• • •

pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #gwalt #zgwalcenie #naklo #naklonadnotecia #bydgoszcz
+1483
derko123
Nocna zmiana w nastawni.

Był październik roku 1999. Rozpoczynała się nocna zmiana w nastawni kolejowej KD1, która jest częścią bocznicy kolejowej należącej do Kopalni Węgla Kamiennego “Dębieńsko”. O godzinie 22 na stanowisku zameldowała się 25 letnia dróżniczka Małgorzata Żarnowska. Mieszkała w Czerwionce-Leszczynach razem ze swoim mężem i kilkunastomiesięcznym dzieckiem. O Małgorzacie można było powiedzieć wiele dobrego, była ambitna, solidna, można było na niej polegać, a łączenie obowiązków zawodowych z macierzyństwem nie stanowiło dla niej problemu. Była także przezorna - nigdy nie wpuszczała do swojego miejsca pracy nieznajomych. Nie wiadomo, co stało się tamtej nocy z 26 na 27 października. Cokolwiek to było, rezultat był i nadal jest tragiczny.

Pierwsze godziny pracy upłynęły Małgorzacie rutynowo, zamykała rogatki, sprawowała pieczę nad sygnalizacją i ruchem pociągów, wszystko skrupulatnie zapisując w dzienniku pracy. O 2:20 obok nastawni przejeżdża skład pociągu kopalni “Dębieńsko”. Załoga zna Małgorzatę, więc widząc zamknięte rogatki omija bocznicę pozdrawiając dziewczynę. Dziewięć minut później w dzienniku Małgorzata zostawia ostatnią w swoim życiu notatkę odnotowując tamten przejazd.

Ta sama załoga wraca o godzinie 3:40. Tym razem nikt nie zamyka rogatek. Maszynistę zaskakuje ta niecodzienna sytuacja, postanawia zatrzymać skład i razem z resztą pracowników sprawdzić co się dzieję. W budynku nastawni nie było żywej duszy. Małgorzata nigdy nie opuściłaby miejsca pracy, bez żadnej informacji. Dlatego maszynista skontaktował się drogą radiową z nastawnią CWD1, lecz tam także nikt nie otrzymał żadnej wiadomości od kobiety. Pracownicy nastawni zadzwonili do męża Małgorzaty, który pracował na stanowisku sztygara w tej samej kopalni. Mężczyzna był pewien, że żona jest w pracy i nic nie wiedział o jej wyjściu. Kolejarze na własną rękę postanowili odnaleźć kobietę.

Dwie godziny później dotarli do murowanego pojemnika na węgiel 70 metrów od nastawni KD1. To co tam zobaczyli, zostało w ich pamięci na zawsze. Na ziemi i miale węglowym leżały zwłoki Małgorzaty Żarnowskiej. Natychmiast zawiadomiono policję. Na miejscu pojawiła się ekipa policjantów kryminalnych z Rybnika, razem z prokuratorem. Rozpoczęły się oględziny miejsca zbrodni. Nie mogła zrobić tego sama. Wszyscy byli pewni jednego - padła ofiarą mordercy.

Ciało Małgorzaty było obnażone. Kobietę przykrywał czarny sweter, wokół jej ust i nosa były ślady krwi. Wokół ciała znaleziono jej nóż i spinki do włosów. Sprowadzony na miejsce wyszkolony pies podjął trop, który prowadził wzdłuż torów. Policjanci odnaleźli tam portfel należący do Małgorzaty. Dalej trop się urwał. Ważnym śladem był odcisk ucha odnaleziony na jednej z szyb nastawni KD1 Zabezpieczono także reklamówkę z puszkami i butelkami odnalezioną niedaleko ciała, jednak nie udało się ustalić czy miała jakikolwiek związek z morderstwem.

Sekcja zwłok wykazała, że bezpośrednią przyczyną zgonu kobiety były rozległe obrażenia wewnętrzne, wynikające z silnego ucisku klatki piersiowej i brzucha. Morderca działał ze szczególnym okrucieństwem, bił kobietę tępym narzędziem, dusił a chwile przej jej zgonem zgwałcił.

W toku śledztwa przesłuchano ponad setkę osób z otoczenia Małgorzaty, pobierano materiał genetyczny, ubrania i ręczniki w poszukiwaniu krwi czy jakiegokolwiek śladu, który mógł okazać się przełomem w śledztwie. Powstały dwie wersje zdarzenia: był to napad rabunkowy, lub na tle seksualnym. W trakcie prowadzenia czynności policjanci wywnioskowali, że druga wersja jest bardziej prawdopodobna.

30 grudnia 2000.r śledztwo umorzono, a bliscy nie skorzystali z możliwości zaskarżenia tego postanowienia sądu.

Przełom miał nastąpić dwa lata później, kiedy rybnicka policja dostała informację jakoby jeden z osadzonych w Nowym Sączu przestępców przechwalał się współwięźniom, że to on dokonał morderstwa dróżniczki spod Rybnika. Te informację pozwoliły na ponowne wszczęcie śledztawa.

Odnalezienie mężczyzny nie stanowiło żadnego problemu, ponieważ nadal znajdował się on w ośrodku zamkniętym. Podczas przesłuchania wyparł się jednak wszystkiego, a testy materiału genetycznego i porównanie odcisku ucha potwierdziło brak związku więźnia ze sprawą.

Sprawę umorzono po raz kolejny ze względu na brak śladów, rodzina znowu nie starała się o wznowienie śledztwa. Śląska policja nadal bada okoliczności morderstwa dwudziestopięciolatki. Nie wyklucza się, że była to osoba ze środowiska Małgorzaty, która znała rozkład pociągów i wiedziała, że tego dnia kobieta będzie w nastawni sama. Możliwe, że to Małgorzata wpuściła ją do środka. Przedawnienie sprawy nastąpi w 2029 roku.

Pozwólcie mi na pewne rozważania.
Możliwe, że ślad ucha nie należał do mordercy, lecz do jedynego świadka. Co jeśli Małgorzata widząc, że do nastawni wchodzi obcy mężczyzna, jako sygnał alarmowy zamknęła rogatki. Ktoś z pracowników kopalni zatrzymał się na przejeździe. Wiedząc, że pociągi nie będą kursować przez kilka godzin wyszedł z samochodu i usłyszał odgłosy szamotaniny. Podszedł do nastawni, przycisnął ucho do szyby i wystraszył się tego co usłyszał lub zobaczył. To mało prawdopodobna wersja, ponieważ ta osoba nie miałaby powodu do ukrywania swoich zeznań. Chyba, że znała mordercę.

#kryminalne #rybnik #morderstwo #sprawykriminalne

Dla osób które wolą posłuchać:
http://soundcloud.com/user-874874855/drozniczka-z-debienska

Źródła:
http://www.nowiny.pl/duzy-kaliber/121925-zabojca-zostawil-odcisk-ucha.html
http://polskatimes.pl/z-archiwum-x-zabojstwo-25letniej-malgorzaty-na-terenie-kopalni-debiensko/ar/470797
http://bezprzedawnienia.blogspot.com/2018/10/nocna-zmiana.html
+287
popkulturysci
Informator - recenzja serialu BBC

Miało wyjść godne zastępstwo dla sierot po świetnym Bodyguardzie, a dostaliśmy takiego sobie Informatora. Ten brytyjski thriller w odcinkach również traktuje o terroryzmie, jednak stawia w tej tematyce własne, często nieporadne kroki. Czytaj więcej >>

#informator #bbc #seriale #serial #kryminalne #thriller
Tr1ckshot
Ech Mircy, zwykle lurkuje ale proszę was o małą pomoc (╥﹏╥). Mojemu dobremu znajomkowi 23.12.18 z Gdańska ukradli busa (Volksvagen Multivan). Dzień po jego zakupie (w wigilię), gdzie jeszcze dopinał szczegóły jego ubezpieczenia, nawet nie zdążył zmienić rejestracji (niestety były zagraniczne) i jest kilkadziesiąt koła w plecy. Sprawa zgłoszona policji, ale oni sobie radzą z tym dosyć wolno, w końcu umorzone śledztwo też podbija statystykę. Dzisiaj dostał w końcu mnóstwo nagrań z monitoringu, na kilku z nich widać złodziei, samochód którym przyjeżdzają. Monitoring jest całkiem ok, (Na tyle że można bez problemu rozpoznać rodzaj auta, lecz nie rejestracje). Mam sporo tego ale nie chcę upubliczniać bez powodu tego na wykopie ale znacie może jakiś program który pozwala wyostrzać jeszcze bardziej stopklatki/grafika który by się tym zajął?

#csiwykop #kryminalne #kradziez #busiarze #gdansk #policja
+19
kvoka
Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

• • •

KRZYSZTOF ROGUS, rocznik '89
DAWID PĘDZIK, rocznik '84

Krzysztof Rogus już jako nastolatek trafił do schroniska dla nieletnich za usiłowanie zabójstwa i dotkliwe pobicie starszej kobiety. Lekko upośledzony i zdemoralizowany chłopak pracował jako stolarz, chociaż ukończył tylko szkołę podstawową, w przeciwieństwie do swojego o pięć lat starszego kolegi Dawida. Pędzik z zawodu był kucharzem, a w swoim 24-letnim życiu był już dwunastokrotnie sądownie karany — za popełnienie przestępstw przeciwko mieniu, bezpieczeństwu w komunikacji i ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii.

Mężczyźni (zdjęcie) mieszkali w małej podkarpackiej wsi Siedliska-Bogusz. 13 lutego 2009 r. 19-letni Rogus w towarzystwie Pędzika odwiedził męża swojej starszej siostry. 33-letniemu Krzysztofowi Kurczowi w małżeństwie nie układało się najlepiej, dlatego też zażądał rozwodu, a żona wraz z dziećmi wyprowadziła się z ich wspólnego domu na obrzeżach wsi. Tam też tego zimowego dnia pili wódkę. Młodsi mężczyźni już wcześniej uzgodnili między sobą, że zabiją i okradną Kurcza dlatego, gdy już pijany przysypiał na krześle, przystąpili do ataku. Pędzik uderzył go dwukrotnie trzykilogramowym metalowym młotkiem w część ciemieniową głowy, po czym Rogus włączył piłę motorową i przeciął mu kark, prawie ucinając głowę.

Popatrz, jaką mu zrobiłem ranę!

— krzyknął do kolegi, po czym wyciągnął martwemu szwagrowi 100 zł z kieszeni.

Mieszkanie spłynęło krwią. Pędzik spalił swoje zakrwawione buty w piecu, po czym obaj udali się nad rzekę. Gdy narzędzia zbrodni zniknęły pod wodą, poszli do sklepu, a z zakupionym za skradzione pieniądze alkoholem wrócili do domu Krzysztofa Kurcza. Martwego gospodarza przykryli kołdrą, by podczas picia wódki nie musieć patrzeć na jego zmasakrowane zwłoki. Mężczyźni imprezowali tam jeszcze przez kilka dni, a telefony od zmartwionej matki Kurcza odbierał Rogus i zapewniał kobietę, że u jej syna wszystko w porządku.

Gdy po trzech dniach skończyły im się pieniądze oraz wódka, udali się do sąsiedniego domu, gdzie mieszkała 75-letnia Aniela Kurcz — ciotka zamordowanego Krzysztofa.

Gdy weszliśmy do domu, zasłoniłem okna, żeby nikt nic nie widział

— opowiadał później przed sądem Pędzik.

Mężczyźni grozili staruszce siekierą i nożem oraz dotkliwie ją pobili. Kobieta miała złamany nos z przemieszczeniem, złamane żebro oraz pękniętą ścianę żołądka. Obolałą kobietę Rogus uderzył otwartą dłonią w twarz, zdjął majtki, pociągnął za nogi, a gdy z krzesła upadła plecami na podłogę, Pędzik przytrzymał jej nogi, a Rogus zgwałcił. Po tym jeden z oprawców zaczął okładać ją obuchem siekiery po głowie, powodując jej zgon. Z mieszkania zabrali 2,5 tys. zł i udali się do sklepu po alkohol.

Już następnego dnia, 17 lutego zapukali do drzwi 79-letniej Zofii N. Poprosili kobietę o wodę, twierdząc, że wyczerpała się w chłodnicy ich auta. Gdy zorientowali się, że jest sama, wtargnęli do domu i grożąc nożem, zażądali wydania pieniędzy. Staruszka oddała im tysiąc złotych, jednak sprawcy nie chcieli uwierzyć, że to wszystkie oszczędności, które posiadała, dlatego związali ją sznurem oraz kablem elektrycznym. N. nie miała więcej gotówki, a nieusatysfakcjonowani mężczyźni, ze strachu przed wydaniem ich policji, postanowili zabić staruszkę. Rogus nakrył jej głowę swetrem, a Pędzik dwukrotnie uderzył obuchem siekiery w głowę. Po wszystkim udali się do sklepu po alkohol.

. . .

18 lutego sąsiadka jednej z zamordowanych kobiet razem z pracownicą pomocy społecznej odkryły zwłoki. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) Policjanci interweniujący w związku z tym zgłoszeniem dowiedzieli się od pobliskich mieszkańców, że od kilku dni nie widzieli także mieszkającego obok Krzysztofa Kurcza. Mundurowi zapukali do domu mężczyzny, a gdy nie było odpowiedzi nawet na uderzenia w okna, postanowili wyważyć drzwi i wejść do środka.

Rogus i Pędzik zostali zatrzymani już pięć godzin później. Przyznali się do morderstw i kradzieży.

(krótki reportaż)

Podejrzanych aresztowano na trzy miesiące, a od 19 lutego zaczęły się wizje lokalne z ich udziałem. Podczas jednej z nich mężczyźni przyznali, że gdyby zabrakło im pieniędzy, byłyby kolejne ofiary.

Zarówno Krzysztof Rogus, jak i Dawid Pędzik zostali uznani za poczytalnych i świadomych swoich czynów w trakcie popełniania zbrodni. Stwierdzono u nich obniżony intelekt oraz nieprawidłowo ukształtowane osobowości, ale nie choroby psychiczne.

Proces rozpoczął się w marcu 2010 r. (zdjęcie) (zdjęcie) i trwał zaledwie tydzień. Przed pierwszą rozprawą poirytowany Rogus pokazywał wulgarne gesty w kierunku mediów.

Mężczyźni przyznali się do wszystkich zarzucanych im czynów, ale odmówili składania wyjaśnień. Podtrzymali jednak swoje wcześniejsze wyjaśnienia, złożone w czasie śledztwa, które na pierwszej rozprawie odczytał sąd. Wtedy też Pędzik powiedział, że zabili Kurcza, bo jego żona "miałaby wtedy spokój". Twierdził także, że miał z nią romans, a kobieta chciała i tak się rozwieść.

Podczas ostatniej z trzech rozpraw prokurator domagał się dla oskarżonych wyroku dożywocia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dla Rogusa po odbyciu 60 lat kary, a dla Pędzika — po 55.

Według prokuratury, działania sprawców były planowane i ukierunkowane na zysk, a następnie na zatarcie śladów zbrodni. Oskarżeni działali pod wpływem alkoholu, wybierali na ofiary osoby samotne, o których wiedzieli, że otrzymują regularne świadczenia, oraz mieszkające w domach oddalonych od innych zabudowań. Z zebranego materiału dowodowego wynikało, że motywem działania oskarżonych była chęć uzyskania pieniędzy na alkohol, a następnie pozbawienie życia pokrzywdzonych, którzy mogli ich zidentyfikować.

Obrońcy oskarżonych wnosili o łagodniejsze wyroki, natomiast sami oskarżeni w mowie końcowej przeprosili za swoje czyny.

Wyrok zapadł 1 kwietnia 2010 r. Sąd Okręgowy w Rzeszowie uznał obu mężczyzn (zdjęcie) (zdjęcie) za winnych zarzucanych im czynów oraz skazał:

• za zabójstwo (art. 148 § 1 kk) oraz rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia na osobie Krzysztofa Kurcza (art. 280 § 2 kk), na kary po 25 lat pozbawienia wolności;

• za rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia na osobie Anieli Kurcz (art. 280 § 2 kk), na kary po 8 lat pozbawienia wolności;

• za zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem Anieli Kurcz (art. 197 § 4 kk oraz art. 197 § 3 kk) Krzysztofa Rogusa na 8 lat pozbawienia wolności, z kolei Dawida Pędzika na 6 lat;

• za zabójstwo (art. 148 § 1 kk) Anieli Kurcz na kary po 25 lat pozbawienia wolności;

• za rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia na osobie Zofii N. (art. 280 § 2 kk), na kary po 10 lat pozbawienia wolności;

• za zabójstwo (art. 148 § 1 kk) Zofii N. na kary po 25 lat pozbawienia wolności.

Orzeczona kara łączna za ww. przestępstwa dla obu sprawców to dożywotnie pozbawienie wolności. Dla Krzysztofa Rogusa z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po upływie 45 lat, a dla Dawida Pędzika po 40. Obaj mężczyźni mają też zapłacić matce zamordowanego, Danucie Kurcz, po 10 tys. zł.

Sąd zezwolił także na publikację pełnych danych oraz wizerunków oskarżonych.

W uzasadnieniu wyroku sędzia Piotr Popek powiedział, że nie ma wątpliwości, iż doszło do zbrodni o dużym stopniu szkodliwości społecznej, dlatego też obaj oskarżeni zasłużyli na kary o charakterze eliminacyjnym, a społeczeństwo należy przed nimi chronić.

Każda zbrodnia jest tragedią. Jednakże oskarżeni działali z rozmysłem, wyrachowaniem, na zimno, nie okazywali żadnych oznak wyrzutów sumienia. Potrafili wrócić na miejsce przestępstwa, spożywać alkohol obok zwłok. To wszystko świadczy o wysokim zdemoralizowaniu oskarżonych

— podkreślał.

Po wyjściu z sali sądowej wujek zamordowanego Krzysztofa Kurcza ze łzami w oczach powiedział:

Teraz czujemy się bezpieczni. Sędzia wymierzył słuszną karę, ale za takie czyny powinna być śmierć.

. . .

Obrońcy oskarżonego złożyli apelację po ogłoszeniu wyroku, domagając się po 25 lat dla każdego ze sprawców.

Zaniedbania wychowawcze i rodzinne spowodowały, że ma taki charakter. To rzutowało na czyny, które popełnił. Trzeba dać mu szansę, jest młody

— przekonywał adwokat Pędzika. Z kolei obrońca Rogusa uznał, że okolicznością łagodzącą powinno być to, że przyznał się do winy. Matka zamordowanego oraz prokuratura chcieli utrzymania wyroku w mocy. Prokurator Stanisław Rokita z Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie uznał:

To są seryjni mordercy. Drapieżnik zabija, by zdobyć pożywienie. Oni zrobili to dla dzikiej przyjemności. Czy można każdego z nich nazwać człowiekiem? Jedyna słuszna kara to całkowita eliminacje ze społeczeństwa.

Krzysztof Rogus poprosił o ponowne badania psychiatryczne, kwestionując opinie biegłych. Próbował przekonać, że popełniając zbrodnie, nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi. Sąd także miał wątpliwości, czy normalni ludzie są w stanie dopuścić się takich czynów, dlatego przystał na wniosek i wysłał obu mężczyzn na dalsze obserwacje.

. . .

8 marca 2011 r. odbyła się ostatnia rozprawa (zdjęcie) (zdjęcie), na której sędzia Zbigniew Śnigórski z Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie przytoczył opinię biegłych, którzy ponownie nie stwierdzili u oskarżonych żadnych chorób psychicznych.

Psychiatrzy uznali, że byli poczytalni, gdy zabijali. Dlatego sąd nie znalazł żadnych podstaw do obniżenia im kary. Jedyną jest całkowita eliminacja

— wyjaśniał sędzia.

Mowę prokuratora skazani zakłócali wulgarnymi odezwaniami. Uciszyli się dopiero po kolejnym upomnieniu przez sędziego i groźbie wyrzucenia z sali.

Wyrok Sądu Okręgowego w Rzeszowie został utrzymany w mocy, a w uzasadnieniu tej decyzji przez Sąd Apelacyjny w Rzeszowie czytamy:

Wysoki stopień demoralizacji oskarżonych, niekorzystne prognozy resocjalizacyjne wręcz przemawiają za tym, aby takiego sprawcę eliminować z życia społecznego na maksymalnie długi okres czasu, a nawet jak w tym przypadku dożywotnio.

Tylko przypomnieć należy, że stosowany w przeszłości wobec Krzysztofa Rogusa środek poprawczy za czyn związany z usiłowaniem popełnienia zbrodni zabójstwa, jak też środki karne orzekane w 12 wyrokach wobec oskarżonego Dawida Pędzika okazały się całkowicie bezskuteczne. (...)

Podobnie, nie mogła mieć istotnego znaczenia na wymiar kary okoliczność wynikająca z faktu przyznania się oskarżonych do popełnienia zarzucanych im czynów i nie tylko dlatego, że ich wyjaśnienia co do przebiegu samych zdarzeń nie zawsze były zgodne. (...)

Nie można również podzielić twierdzeń apelacji, że oskarżeni wyrazili żal i skruchę za swoje czyny.

Ich zachowania, a zwłaszcza oskarżonego (nazwisko ocenzurowane) na rozprawie apelacyjnej, w sposób jednoznaczny przeczą temu, co jest podnoszone w apelacjach.

Na rozprawie apelacyjnej sędzia przewodniczący stwierdził:

To były trzy egzekucje. Szwagier był tak pijany, że nawet dźwięk piły motorowej go nie obudził. Nie trzeba było go zabijać. Wystarczyło sięgnąć do jego kieszeni. Staruszki można było tylko przytrzymać i też zdobyliby pieniądze. Trudno o tym mówić bez załamania głosu, ciarki przechodzą.

Na koniec dodał jeszcze:

Wiedzieli, co robili. Zacierali ślady. Obaj nie dają gwarancji, że po opuszczeniu więzienia po 25 latach nie popełnią kolejnej zbrodni.

Danuta Kurcz po wyjściu z sali z sądowej odetchnęła z ulgą. Nie mogła liczyć na karę śmierci dla morderców jej syna, jednak zarówno ona, jak i mieszkańcy miejscowości Siedliska-Bogusz oraz okolicznych wsi bali się, że skazani mogą wyjść po 15 latach i wrócić w rodzinne strony.

• • •

Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Rzeszowie oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

• • •

Zapraszam też na mój drugi tag polskiepato.

• • •

pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #siedliskabogusz #podkarpacie #seryjnimordercy #seryjnemorderstwo #krzysztofrogus #dawidpedzik #dozywocie #polskiesprawykryminalne
+805
dziczyzna
Kto czytał ?( ͡º ͜ʖ͡º) #kryminalne #ksiazki #kryminalistyka +2
dzika-konieckropka
Polecam wszystkim którzy lubią klimaty #kryminalne #mordercy i trochę też #seryjnimordercy.
"Adaptacja jedynego dzieła non-fiction w dorobku Johna Grishama o sprawie dwóch morderstw popełnionych w Oklahomie w latach 80. XX wieku."
Nie będę pisać więcej co by nie robić spoilerów ( ͡° ͜ʖ ͡°) Ktoś już oglądał ? Jak wrażenia ?

#netflix #dokument #seriale
+9
PalNick
#szkolastandard

Zapraszam na zapoznanie się z historią napadu, który po latach nadal porusza całą Japonię. 118 tys. przesłuchanych, setki detektywów (dwóch z nich zmarło z wycieńczenia podczas śledztwa) - wszystko na nic. Zuchwałej kradzieży dokonał facet podający się za policjanta.

Link do artykułu.
Link do znaleziska (zachęcam do wykopywania).

Standardowo zapraszam na fanpage na Facebooku - dzięki za wszelkie polubienia!

#angielski #angielskizwykopem #jezykangielski #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #japonia #kryminalne #zbrodnia #kryminalistyka
+11
cebulepotargalwiatr
W tym roku, mimo drobnych turbulencji, udało mi się po raz drugi przekroczyć magiczną granicę 52 książek rocznie.
O ile w poprzednim przebrnęłam przez 68 pozycji, to tym razem licznik zakończonych książek stanął na 57. Nadal jestem z tego bardzo zadowolona, ponieważ przez moment miałam zupełną niechęć do czytania, ale dzięki technice "audiobook + książka/ebook" (czytanie i słuchanie na zmianę, by korzystać z sytuacji jak najbardziej) dokonał się przełom ( ͡° ͜ʖ ͡°) Ponieważ ludzie często pytają mnie, jak to jest tyle czytać, dobrze czy niedobrze - przede wszystkim czy w ogóle pamiętam co czytałam - wrzucę chociaż krótką listę fajnych pozycji, które na pewno zostaną ze mną na dłużej, a które może i wam przypadną do gustu. Tutaj też krótki zaśpiew do @xxx-xxx-xxx, bo pytał o to na mirko.

1) "My, dzieci z dworca Zoo" - absolutny klasyk, który jakimś cudem nie zainteresował mnie wcześniej. Poskładał mnie zupełnie.
2) "Dom pod biegunem. Gorączka (ant)arktyczna" - naprawdę fajnie napisane wspomnienia polskiej pary, która na zmianę odwiedza oba bieguny. Obecnie można zgłosić się na wyjazd na stację Arctowskiego, po lekturze zapewne wzrośnie konkurencja ( ͡° ͜ʖ ͡°)
3) "Wzgórze psów" - książka autora "Ślepnąc od świateł". Ciężko powiedzieć, jaki to gatunek - obyczajowa? - ale trzyma w napięciu do ostatniej strony, przerażająca wizja relacji międzyludzkich w mniejszych miejscowościach (z tego co czytałam to częściowo inspirowana prawdziwymi wydarzeniami)
4) "Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej" - jeśli są tu fani kryminalnych zagadek z przeszłości, to powinna nie być wam obca historia Rity Gorgonowej. Książka rzuca światło na wiele ważnych faktów dotyczących procesu i samej zbrodni. Może przypaść do gustu tym, którzy są na bieżąco z vlogami #kryminalne Jaśmin.

... oraz kilka takich, na których opisy nawet "szkodaszczempicryja", ale i tak to zrobię ...
1) "Virion. Wyrocznia" A. Ziemiański - co mnie podkusiło, to ja nie wiem. Może ładna okładka?
2) "Hasztag" Remigiusz Mróz - jeśli ktoś kojarzy moje stare książkowe wpisy to wie, że uniwersum Mroza jest moim ulubionym guilty pleasure, natomiast ta pozycja jest tak kiepsko sklecona i nafaszerowana tyloma bzdurami, że po połowie musiałam zbierać mózg z sufitu.
3) "Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym" - poważny temat, do którego poruszenia potrzeba specjalistycznego podejścia, albo chociaż wiedzy na temat, hm, życia. Tutaj sprawy odebranych przez norweską opiekę dzieci opisane są tak, że sama bym im te dzieci oddała bez wahania XD ("No to prawda, że pijemy, że bijemy, ale je bardzo kochamy, oddajcie nasze dzieci faszyści!!!!")
4) "Zaginione Miasto Boga Małp" - jeśli w historii o upadku starożytnej cywilizacji co chwilę wtrącany jest motyw Donalda Trumpa i nieuniknionego upadku USA, to wiedz, że wszystko to spiseg i mocne 2/10

#czytajzwykopem #ksiazki #ksiazka #polecam #52bookchallengepl #audiobook #audiobooki #ebook #ebooki
+16
popkulturysci
Ty - recenzja serialu o mordercy, który zabija z miłości. Już na Netfliksie

Joe Goldberg to całkiem miły koleś. Zarządza nowojorską księgarnią. O literaturze wie wiele, a o odnawianiu książek prawie wszystko. Jest inteligentny, uczynny i skromny. Pewnego dnia trafił na Guinevere Beck i już dochodzi do niego, że to ta jedyna. Tym samym postanowił zdobyć serce młodej studentki, aspirującej pisarki. Jednak Goldberg to również diabeł. Dlatego jej serce będzie zdobywał w typowy dla siebie egocentryczny i socjopatyczny sposób. Pozbędzie się wszystkich, którzy staną na drodze jego miłości. Jakkolwiek wcześniej musi poznać życie Beck od podszewki. Dlatego stanie się jej cieniem, śledzącym ją na mieście, jak i stalkującym w sieci. Czytaj więcej>>

#ty #you #netflix #serial #seriale #kryminalne
+1
popkulturysci
Berlińskie psy – recenzja niemieckiego serialu kryminalnego Netflixa

Berlińskie psy to kolejny efekt niemieckiego romansu z Netflixem. A ten nie zawsze wychodzi na dobre widzom.

Chociaż nie pałam wielką sympatią do Dark, czyli serialu, który pochłonął miliony widzów, a Pachnidło wyszło mi trochę bokiem, to miałem nadzieję, że Niemcy i Netflix dadzą radę przy okazji Berlińskich psów. I niby dali, ale nie do końca. Czytaj więcej>>

#berlinskiepsy #netflix #seriale #serial #kryminalne
+3
popkulturysci
Chyłka - Zaginięcie - recenzja polskiego serialu kryminalnego
Chyłka i Zordon są niczym Batman i Robin.

Chociaż Chyłka – Zaginięcie to serial niespecjalnie wyróżniający się z tłumu podobnych historii w odcinkach, to sprawdza się jako kryminał i przede wszystkim wciąga. Czytaj więcej>>

#chylka #zaginiecie #player #playerpl #serial #seriale #kryminalne
+3
popkulturysci
PACHNIDŁO - recenzja serialu kryminalnego na NETFLIKSIE

Zaleciało trupem w serialowym Pachnidle. Kto i dlaczego zabił?

Lawirując gdzieś pomiędzy kryminalnym Dochodzeniem, wywodzącym w pole Safe i szokującym Hannibalem, Pachnidło zainspirowane prozą Patricka Suskinda próbuje wkupić się w serca widzów żerujących na brutalnych klimatach. Odnajdą tu sporo resztek, ale i kilka lepszych kąsków. Czytaj więcej>>

#pachnidlo #netflix #seriale #kryminalne
+2
miehu
Uff, udało się wrócić z wigilii firmowej. I przechodzę do recenzji tej swiątecznej przesyłki. Wykopaka pełną gębą! Wielkie brawa dla @Szpeju - Paka przerosła moje oczekiwania, wszystko trafione w 100% Polecam tę Mirabelkę. Z rzeczy które dostałem to przede wszystkim masa słodyczy, od których na pewno nie zredukuje wagi, ale z pewnością poprawię humor . Koszulka z motywem z Peaky Blinders (jednego z moich ulubionych seriali) - pasuje! Książka o kryminalnych zagadkach PRL też z pewnością zostanie niebawem przeczytana.W paczce znalazł się też premix do zrobienia liquidu do e-papierosa i jeszcze w tym tygodniu będzie palony :-) Do tego wszystkiego dochodzi niebanalny, pisany na papierze kancelaryjnym list, w który było włożone serducho i sporo pracy. Reasumując dziękuję Pani @Szpeju i życzę bardzo bardzo wesołych świąt i dużo zdrówka <3 Do zobaczenia w barze! (。◕‿‿◕。)
#wykopaka #peakyblinders #vapenation #slodycze #kryminalne
+18
adam-nowakowski
Z życia elit 3 RP: Czy zagadka śmierci Bartłomieja Frykowskiego zostanie kiedykolwiek wyjaśniona? Gdzie przebywa koleżanka Karoliny Wajdy – Katarzyna Z.? Mogłaby uchylić rąbka tajemnicy. Gdyby zechciała. Kim jest młody asystent dziennikarza, który kilka lat temu zbierał informacje do reportażu dla TVP? Szybko zniknął z korytarzy na Woronicza. Twierdził, że wie, kim była czwarta osoba przebywająca wówczas w dworku w Głuchach... Śledztwo w sprawie śmierci Bartłomieja Frykowskiego zostało prawomocnie umorzone po czterech miesiącach z orzeczeniem, że popełnił samobójstwo.

http://sofaforlife.com/link/4704267/smierc-bartlomieja-frykowskiego-czyja-reka-wbila-noz/

#polska #kryminalne #kryminalistyka #samobojstwo #morderstwo #film #kino
+5
resorak
Do spania, do pracy i w ogóle polecam mój kanał na którym znajdziecie ,,Sensacje XX wieku w radiu Zet'', ,,Misja specjalna'' radia RMF FM oraz ,,Dorwać bestie'' program kryminalny.

Linki do playlist:
====================
Sensacje XX wieku w radiu Zet (Wszystkie audycje)
http://www.youtube.com/watch?v=syljjnSUwto&list=PLfHIyGyjQpo9sY5Y2rpNBwmGrgMcqaaPK
====================
Sensacje XX wieku - I Wojna Światowa
http://www.youtube.com/watch?v=syljjnSUwto&list=PLfHIyGyjQpo9w7-PSy8n9LX4X91oYLyhq
====================
Sensacje XX wieku - XX-lecie międzywojenne
http://www.youtube.com/watch?v=-KS2rrZ386Y&list=PLfHIyGyjQpo8Znbb2sN1Ii2j-2R_UP7T6
====================
Sensacje XX wieku - II Wojna Światowa
http://www.youtube.com/watch?v=5qpIVTtbRaY&list=PLfHIyGyjQpo-BJY8QZzOLl25pGualLSUi
====================
Sensacje XX wieku - Okres powojenny
http://www.youtube.com/watch?v=PKkI0gAatzE&list=PLfHIyGyjQpo-IMeQK_KmBL84L2kLWayr5
====================
Sensacje XX wieku - Czasy współczesne
http://www.youtube.com/watch?v=TEAnplaH904&list=PLfHIyGyjQpo_2pYE0wzV2FkvAjhOoUdzk
====================
====================
====================
Misja specjalna:
http://www.youtube.com/watch?v=DrgagVwvCNQ&list=PLfHIyGyjQpo8-7jFtaEZ4DRBm25tM7SNV
====================
Dorwać bestie
http://www.youtube.com/playlist?list=PLfHIyGyjQpo_2nUZSN9wAdyovG85rbPt4
====================
#swiat #podcast #radio #historia #ciekawostki #iiwojnaswiatowa #sensacjexxwieku #kryminalne #mikroreklama
+7
Poro6niec
Belle Gunness, czarna wdowa z Norwegii

Belle Gunness urodziła się jako Brynhild Paulsdatter Størset w miejscowości Innbygda, niedaleko Trondheim. W 1881 roku przeprowadziła się do USA, gdzie na kartach historii zapisała się jako jedna z niewielu seryjnych morderczyń. Ma na sumieniu około 40 do 70 ofiar.

Jak Norweżka stała się morderczynią w Ameryce?
Pierwsze morderstwo
Według nieoficjalnych opowieści Belle Gunness popełniła swoje pierwsze morderstwo jeszcze w Norwegii. Belle podobno zaszła w ciążę i podczas jednej z wiejskich zabaw pewien chłopak uderzył ją w brzuch, co spowodowało poronienie. Sprawca pochodził z bogatej rodziny, więc nie spotkały go żadne prawne konsekwencje. Kilka miesięcy później umarł, podobno na raka żołądka.
Przeprowadzka do USA
W 1881 roku, dzięki pomocy siostry, Belle wyemigrowała do Chicago w USA. Wyjazd z Norwegii był jednym z jej największych marzeń.

Niedługo po przyjeździe poznała Madsa Ditleva Antona Sørensena, za którego wyszła. Belle przyjęła jego nazwisko. Mads Sorensen miał nieduży sklep, którego prowadzenie nie było szczytem marzeń Belle.

Kobieta była niezadowolona, ponieważ chciała osiągnąć wysoki status społeczny. Pragnęła bogactwa, pieniędzy i wystawnego domu, czyli wszystkiego, czego Sorensen nie mógł jej dać. W ciągu pierwszego roku trwania małżeństwa ich sklep spłonął w tajemniczym pożarze.

Za pieniądze z ubezpieczenia Sorensenowie kupili nowy dom.
Zabiła męża i … własne dzieci?
Według niektórych źródeł para doczekała się trójki lub czwórki dzieci. Dwoje z nich umarło we wczesnym dzieciństwie na zapalenie jelit, którego symptomy są bardzo podobne do objawów otrucia. Dzieci były ubezpieczone.

Mąż Belle zmarł w 1900 roku, w dniu, w którym jego obydwa ubezpieczenia na życie się pokrywały. Początkowo jako przyczynę śmierci podejrzewano otrucie strychniną, jednak stały lekarz Madsa zapewnił, że mężczyzna cierpiał na problemy sercowe. Gunness zeznała, że lekarz przepisał jej mężowi „proszki” na jego dolegliwości i śledztwo umorzono bez przeprowadzenia autopsji na nieboszczyku.

Za pieniądze z ubezpieczenia Belle kupiła farmę w Indianie.

„Czarna wdowa”
W 1902 roku Belle wyszła za norweskiego wdowca, Petera Gunnessa. Gunness miał córkę, która wkrótce zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach, gdy ona i Belle były w domu same. Nowy mąż Belle, po zaledwie pół roku małżeństwa, umarł w „tragicznym wypadku”. Podobno sięgał po kapcie, które znajdowały się przy kuchennym piecyku, gdy poparzył się gorącym rosołem. Później Belle przyznała, że Peter umarł w wyniku „przypadkowego” uderzenia w głowę częścią maszynki do mielenia mięsa.

Drugi mąż również posiadał ubezpieczenie, z którego pieniądze otrzymała Belle. Niedługo po śmierci męża urodziła syna Phillipa. Z dzieci z poprzedniego małżeństwa pozostała jedynie adoptowana córka, Jennie Olsen, która podobno „wyjechała do luterańskiej szkoły”.

Ciało Jennie znaleziono później na terenie gospodarstwa.

W 1907 roku Gunness zatrudniła do pomocy w gospodarstwie Raya Lamphere, który stał się jej wspólnikiem w zbrodni.
Oszustka matrymonialna poluje na ofiary
W tym okresie Belle zaczęła „polować” na mężczyzn zamieszczając ogłoszenia matrymonialnych w gazetach. Wkrótce zainteresowani ogłoszeniem mężczyźni zaczęli odwiedzać ją w jej domu, i znikali w nim bez śladu. Jedyny adorator, który uszedł z życiem to George Anderson.

Anderson obiecał poślubić Belle, jednak pewnego razu, gdy nocował w jej domu, gwałtownie się obudził i ujrzał Belle, która stała nad nim „z mordem w oczach”. Mężczyzna przeraził się tak bardzo, że zerwał się z łóżka, chwycił swoje ubrania i uciekł. Już nigdy więcej nie skontaktował się z Gunness.

Napływ adoratorów nie podobał się Rayowi Lamphere, wiernemu pracownikowi Belle, który sam był w niej zakochany. Stał się zaborczy, co spowodowało zwolnienie go ze służby u Belle w luty 1908 roku. Kobieta wkrótce zaczęła rozpowiadać wszystkim, że obawia się o swoje życie i życie jej trójki dzieci – podobno Lamphere groził, że zabije ją i dzieci, a farmę podpali.
Makabryczne odkrycie i tajemnicza śmierć
W kwietniu 1908 roku spłonęła farma Belle Gunness. W zgliszczach domu znaleziono cztery ciała – troje dzieci i bezgłową kobietę. Początkowo zwłok kobiety nie zidentyfikowano jako Belle. Gunness była słusznej postury, zaś znalezione bezgłowe ciało były szczupłe i nieduże. Głowy nigdy nie odnaleziono.

Nie był to jednak koniec makabrycznych odkryć na farmie.

Na jej terenie znaleziono około 12 pochowanych zwłok, jednak nie można dokładnie potwierdzić tej liczby przez brak odpowiedniej technologii w tamtym czasie, która umożliwiłaby odpowiednie badania.

Ray’a Lamphere skazano za podpalenie, jednak nie udowodniono mu morderstwa. Do swojej śmierci powtarzał, że Belle Gunness żyje, mimo że w pewnym momencie śledztwa stwierdzono, że kobieta zmarła.

Zdaniem Lamphere, Gunness zabiła około 42 mężczyzn. Na morderstwach zyskała majątek wynoszący 250 tys. dolarów (obecnie jej fortuna byłaby warta ok. 6 mln dolarów). Krótko przed pożarem domu, Gunness opróżniła swoje konta bankowe, co może wskazywać na to, że planowała uciec.

Podobno widywano Gunnes w wielu miejscowościach USA. Kobieta wkrótce stała się tzw. miejską legendą – nie wiadomo gdzie uciekła i jak długo żyła. Zapisała się w historii jako jedna z niewielu kobiet – seryjnych morderczyń

#seryjnimordercy
#kryminalne
http://www.mojanorwegia.pl/historia/belle-gunness-norweska-seryjna-morderczyni-ktora-polowala-na-bogaczy-w-ameryce-11118.html
+26
PanKarolKnuropatwa
Mircy czytał ktoś książki Andrzeja Gawlińskiego? Dobre to to? #literatura #kryminalistyka #kryminalne #czytajzwykopem
Poro6niec
W październiku 2002 roku Waszyngton i okolice zastały sparaliżowane przez serię, wydawało się, przypadkowych zabójstw dokonanych przez nieznanych sprawców przy pomocy broni palnej. Zginęło 10 osób, a 6 kolejnych odniosło rany. Wszystko wskazywało na to, że czynów tych dokonał snajper, którego jednak nie udało się zlokalizować. Nie znano jego motywów ani okoliczności oddania śmiertelnych strzałów.

Podejrzewano, że strzały zostały oddane z samochodu. Większość ofiar została postrzelona na stacjach benzynowych , parkingach oraz przed centrami handlowymi. Relacje świadków były chaotyczne i niespójne.
Wkrótce jednak nieznana osoba zadzwoniła kilkakrotnie na policję żądając sporej sumy pieniędzy w zamian za zaprzestanie ataków. Podała szczegóły kilku zabójstw. W tle rozmówcy słychać było głosy drugiej osoby, do której rozmówca powiedział w pewnym momencie „zamknij się”.

Policja powiązała te zdarzenia z trzema wcześniejszymi morderstwami z użyciem broni palnej ( wrzesień), w których udział brało dwóch czarnych mężczyzn.
18 października policja znalazła w pobliżu kolejnego morderstwa ( kierowca autobusu) worek w którym znaleziono rękawicę oraz kilka włosów. Przeprowadzono testy DNA i sprawdzono dostępną bazę danych. Materiał genetyczny należał do Johna Allena Muhammeda. Wytypowano też na podstawie zeznań świadków oraz niedoszłych ofiar, jakim samochodem poruszał się przestępca lub przestępcy. Miał to być Chevrolet Caprice.

22 października przed szóstą rano w Silver Spring w stanie Maryland kula raniła śmiertelnie 35-letniego kierowcę autobusu Conrada Johnsona, gdy stał w drzwiach swego pojazdu. Tym razem zabójca pozostawił list z żądaniem pieniędzy.
W jednym ze swych przesłań poradził policjantom, aby „sprawdzili u ludzi z Montgomery”. Prowadzący śledztwo doszli do wniosku, że chodzi mu o zabójstwo, do którego doszło 21 września podczas napadu na sklep z alkoholem w Montgomery w stanie Alabama. Od kul napastnika zginęła wtedy 52-letnia Pauline Parker, a jej towarzyszka została ranna. Snajper nakazał wpłacenie 10 mln dol. okupu na numer karty kredytowej, którą przypuszczalnie zrabował w Montgomery. Na miejscu zbrodni w Alabamie znaleziono odciski palców 17-letniego Lee Malvo. Policja postanowiła przeszukać dom w Tacoma w stanie Waszyngton, w którym chłopak przez pewien czas mieszkał ze swym opiekunem. W ten sposób władze wpadły również na trop Johna Allena Muhammada

Rozpoczęła się obława. Ostatecznie po telefonicznej informacji jednego z obywateli, znaleziono na parkingu w Frederick County podobny samochód do poszukiwanego (Chevrolet Caprice), w którym spało dwóch ludzi. Obu aresztowano.

To co znaleziono samochodzie nie budziło żadnych wątpliwości, że złapano sprawców. Znaleziono urządzenie satelitarne ( odpowiednik GPS), mapy, karabin snajperski z lunetą, amunicję oraz jedną rękawiczkę – jak się okazało pasującą do drugiej, znalezionej w worku. W bagażniku samochodu wykonano „dziurę” przez którą Muhammed strzelał do swych ofiar.

John Allen w latach 1985-1994 służył w armii w Fort Lewis w pobliżu Tacoma, brał udział w wojnie w Zatoce Perskiej i otrzymał Order Wyzwolenia Kuwejtu. W wojsku uzyskał stopień sierżanta i specjalizację „snajpera-eksperta”. Oznacza to, że 40 sztukami amunicji musiał trafić w 36 celów na odległość od 50 do 300 m. Dziennik „Washington Post” nazywa Williamsa życiowym nieudacznikiem, „seryjnym przegranym”. Dwukrotnie żonaty, został ojcem pięciorga dzieci i dwa razy się rozwiódł. Kiedy przegrał proces o prawo do opieki uprowadził troje swoich dzieci. W końcu jednak musiał je oddać.

W 1985 r. przeszedł na islam, w 16 lat później zmienił nazwisko na Muhammad. „Kiedy został muzułmaninem, zadzwonił do mnie i powiedział, czego mam nie dawać naszemu dziecku do jedzenia. Odrzekłam, że dopóki nasz syn jest ze mną, ja o tym decyduję”, opowiada była żona Williamsa, Carol, która jednak wspomina męża jako człowieka towarzyskiego i pełnego humoru. Obdarzony był wyjątkową siłą fizyczną. W latach 1997-1998 usiłował prowadzić szkołę karate dla muzułmańskiej młodzieży, lecz chętnych było niewielu. W ostatnich miesiącach wraz z 17-latkiem, na którego wywierał zgubny wpływ, prowadził wędrowny tryb życia, popełniając drobne kradzieże. Na razie nie wiadomo, co popchnęło byłego sierżanta na drogę zbrodni. Według dziennika „Seattle Times”, po 11 września domniemany snajper żywił wybitnie antyamerykańskie uczucia i z sympatią wyrażał się o pilotach samobójcach, którzy obrócili w gruzy World Trade Center. Muhammad działał jednak na własną rękę, nie miał związków z Al Kaidą

Muhammad nigdy nie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Jego obrońcy argumentowali, że był on niepoczytalny, bowiem cierpiał na zespół stresu pourazowego wywołany przeżyciami z czasów wojny w Zatoce Perskiej. Z kolei Malvo jeszcze przed serią morderstw w Waszyngtonie miał na koncie zabójstwo agentki FBI.

Muhammad został skazany za jedno morderstwo na karę śmierci, którą wykonano w 2009 roku za pomocą zastrzyku z trucizną. Z kolei Malvo, który w chwili popełnienia zbrodni nie był jeszcze pełnoletni, został skazany dożywotnie więzienie bez możliwości ubiegania się o przedterminowe zwolnienie.

#seryjnimordercy
#kryminalne
+24
kvoka
Więcej historii kryminalnych z Polski na #polskiepato oraz rejestrzboczencow.

• • •

Gdy Józef Wagner miał cztery lata, jego ojciec popełnił samobójstwo. Od tej pory wspomnienie poczucia strachu towarzyszącego widokowi trumny spuszczanej do wąskiego dołu było z nim już zawsze. Mały Józio został sam z matką, która biła go za najdrobniejsze przewinienia. Czasami zamykała też w ciemnej piwniczce, gdzie siedział skulony na węglu. Ze strachu przed karą często nie wracał do domu i głodny tułał się po ulicach Gliwic. Zaczął włamywać się do domów i mieszkań, aż trafił do domu dziecka. Stamtąd też uciekał, więc został umieszczony w ośrodku wychowawczym. Tam także nie miał łatwego życia – kary cielesne i przemoc seksualna były na porządku dziennym. Bywało, że rozbierano go do naga i wyprowadzano na zewnątrz, gdzie w listopadowym mrozie polewano go lodowatą wodą i bito pasem.

Po przejściu przez wiele ośrodków wychowawczych spędził lata w więzieniu za kradzieże i rozboje. W końcu założył warsztat stolarski, ożenił się, pogodził z matką, która sama nie radziła sobie z wspomnieniami z własnego dzieciństwa naznaczonego przemocą i gwałtami. Zaczęła uczęszczać na spotkania biblijne, gdzie zabierała syna. Ten nie zrezygnował jednak z kradzieży, w których teraz pomagała mu małżonka. Doczekał się także córki. W końcu firma splajtowała, a on zaczął się imać różnych prac dorywczych i coraz częściej pić alkohol. Leczył się także psychologicznie.

27 lutego 1992 r. zaprosił do siebie kolegę, a gdy skończyło im się piwo, postanowili udać się do osiedlowego sklepu. Józef wziął ze sobą tłuczek do mięsa, tłumacząc żonie, że to na wypadek awantury. Po drodze spotkał sąsiada, z którym wdał się awanturę, a podczas bójki uderzył go w głowę obuchem, powalając na ziemię. Oprawca wraz z towarzyszem ruszył do sklepu. Po zakupieniu alkoholu zjawili się u znajomych w mieszkaniu przy ulicy Raciborskiej, w którym przebywało trzech innych mężczyzn. Tam Józef przy wódce opowiedział kolegom, jak dwa dni wcześniej wdarł się na mównicę w kościele świętej Barbary i próbował wygłosić kazanie. Wierni zaczęli z niego szydzić, co go rozwścieczyło, dlatego wyjął nóż i zaczął im wygrażać. Potem chciał utoczyć własną krew do kielicha i opowiedzieć o swojej nadludzkiej sile, jednak powstrzymała go policja. Ta historia bardzo rozbawiła jego towarzyszy, co także nie spodobało się Józefowi, który wszczął kłótnię. Doszło do bójki, w trakcie której Wagner sięgnął po tłuczek i siekierę. Mężczyźni błagali go o życie, jeden z nich mówił, że ma żonę i dziecko, jednak nawet to nie przekonało oprawcy. Kazał im uklęknąć i się modlić. Zadawał im ciosy, wykrzykując religijne hasła. Jeden z ranionych mężczyzn zaczął uciekać w stronę drzwi, aż w końcu padł, charcząc krwią. Oprawca podszedł do niego i zadał kilka uderzeń siekierą w tył głowy. Wrócił do pastwienia się nad pozostałymi, nikomu nie pozwalając wezwać pogotowia. Krew tryskała na wszystkie strony, a każda z ofiar otrzymała po kilkanaście ciosów. Trzej mężczyźni zmarli na miejscu. Nie udało się także uratować sąsiada, zatłuczonego w osiedlowej bramie.

Jedyny ocalały opowiadał później:

Jego twarz zmieniła się, gdy zabijał, był blady, miał wywrócone białka oczne.

Policjanci, którzy zjawili się na miejscu, wręcz brodzili we krwi i ludzkich tkankach. Ze względu na silne rozczłonkowanie, trudno było dopasować niektóre części ciała do ofiar. W katowickim instytucie medycyny sądowej zabrakło stołów, aby pomieścić wszystkie fragmenty zwłok. Prasa nazwała zabójcę "wampirem z Gliwic".

Wagner nie przyznał się do zabicia wszystkich czterech mężczyzn. Obwiniał kolegę, jedną z ofiar. Utrzymywał, że sam jest odpowiedzialny tylko za jedną śmierć i że działał w afekcie. Podczas przesłuchania zachowywał się dziwnie, mówił, że ma dar i posłał go sam Bóg i że "coś mu kazało rąbać". Później odwołał swoje wyjaśnienia, jednak zeznania świadków i dowody pozwoliły ustalić, że to on zabijał. Badania psychiatryczne wykazały, że jest psychopatą oraz charakteropatą.

W 1993 r. Sąd Wojewódzki w Katowicach skazał go na 25 lat pozbawienia wolności (w kodeksie karnym widniała wtedy kara śmierci, jednak obowiązywał zakaz jej wykonywania, czyli moratorium, o którym pisałam tutaj; nie było ówcześnie kary dożywotniego pozbawienia wolności). Po ogłoszeniu wyroku żona Wagnera powiedziała córce, że jej ojciec nie żyje.

Według dyrektora Zakładu Karnego nr 2 w Strzelcach Opolskich Józef Wagner "należał do wyjątkowo spokojnych skazanych". Brał udział w spotkaniach religijnych, angażował się w prace społeczne, udzielał się w wolontariacie i uczęszczał na zajęcia kulturalne. Nauczył się na pamięć kodeksu karnego, dzięki czemu pomagał innym więźniom. Wykonywał także prace odpłatne poza murami więzienia, m.in. w przedszkolu: zajmował się ogrodem, remontami i naprawą; (możliwość pracy w zakładzie karnym jest formą nagrody, nie każdy ma taki przywilej, tym bardziej z możliwością wychodzenia poza więzienne mury). Rodzice dzieci nie wiedzieli, za co został skazany mężczyzna pracujący w pobliżu ich pociech. W więzieniu nie brał jednak udziału w żadnej terapii, która pomogłaby mu uporać się ze swoimi cechami osobowościowymi. Przez wszystkie lata spędzone za kratami ukończył jedynie 30-godzinny kurs zastępowania agresji.

Po odbyciu 15 lat kary Józef Wagner mógł już starać się o przedterminowe zwolnienie (art. 78 k.k.) – ubiegał się o nie aż 13 razy.

Przesłanką do udzielenia warunkowego przedterminowego zwolnienia jest pozytywna prognoza kryminologiczna, czyli przekonanie, że więzień nie popełni ponownie przestępstwa. Przy jej ocenie brana jest pod uwagę opinia psychologa i wychowawcy oraz postawa skazanego, okoliczności popełnienia przestępstwa czy zachowanie po jego popełnieniu i w czasie odbywania kary (art. 69 k.k.). Dopiero na podstawie tych dowodów sąd może podjąć decyzję i ocenić, czy może udzielić przedterminowego zwolnienia. Jednak mimo pozytywnej prognozy nie musi on podejmować pozytywnej decyzji.

W przypadku Józefa Wagnera decyzja sądu była każdorazowo odmowna ze względu na negatywną prognozę kryminologiczną, którą więzienny wychowawca wystawiał ze względu na przestępstwa oraz brak krytycyzmu w stosunku do popełnionych morderstw.

W końcu, 8 sierpnia 2012 r. Sąd Okręgowy w Opolu stwierdził, że Wagner jest gotowy na powrót do społeczeństwa. Prognoza poprzedzająca decyzję sądu była także negatywna, jednak tym razem skazany sporządził pisemne wyrażenie żalu za zabójstwa. Dodatkowo wniosek jego poparli dyrektor i wicedyrektor zakładu, kapelan i psycholog oddziałowy. Nie byli jednak powołani biegli w tej sprawie. Prokurator także nie wyraził sprzeciwu, a w sądzie Wagner sprawiał wrażenie pokornego i skruszonego. Zapewniał, że się zmienił i jest innym człowiekiem.

Decydując o zwolnieniu, sąd mógł zlecić przeprowadzenie dodatkowych badań psychiatrycznych skazanego, nie wnioskował o to jednak ani prokurator, ani wychowawca. Dlatego w lutym 2013 r. Józef Wagner po 21 latach, w wieku 49 lat wyszedł na wolność. Został mu przyznany jedynie kurator sądowy na 10 lat, czyli na okres próbny. Sąd nałożył na niego także obowiązki: zarabiania, powstrzymania się od alkoholu, zawiadamiania o zmianie miejsca pobytu oraz niekontaktowania się z osobami karanymi.

. . .

Po wyjściu z więzienia Wagner otrzymał mieszkanie przy ulicy Zabrskiej w Gliwicach. Zajął się pracami wykończeniowymi — malował mieszkania, układał parkiety i kafelki.

13 sierpnia 2013 r. znajomi Józefa zabrali go ze do mieszkania ich koleżanki. Towarzystwo piło piwo i rozmawiało, a dialog najbardziej kleił się pomiędzy Wagnerem a 21-letnią Martyną*. Dziewczyna zaszła do swojej przyjaciółki prosto z urzędu pracy. Była rozżalona, ponieważ jedynym proponowanym jej zatrudnieniem było sprzątanie klatek schodowych. Zwierzała się mężczyźnie, że ma dwójkę małych dzieci, którym chciałaby zapewnić jak najlepszy byt, jednak przez ciążę w młodym wieku nie uzyskała odpowiedniego wykształcenia i teraz ciężko jej znaleźć porządną pracę. Józef słuchał jej uważnie i ze spokojem, w ojcowski wręcz sposób pocieszał. Nie podrywał jej, nie prawił komplementów, sprawiał raczej wrażenie psychologa lub księdza z powołania. W końcu towarzystwo zaczęło się rozchodzić. Józef mieszkał nieopodal, więc zaproponował Martynie, by wpadła do niego kontynuować rozmowę. Dziewczyna zgodziła się, nie mając pojęcia, że sprawiający dobre wrażenie mężczyzna w średnim wieku to czterokrotny morderca. Na miejscu poczęstował ją piwem i włączył muzykę. Był bardzo spokojny, a Martyna czuła się bezpiecznie, dopóki po wyjściu z toalety nie zobaczyła, że czeka na nią na korytarzu. Zaczęła czuć się nieswojo, dlatego po niedługim czasie rozmowy podziękowała za towarzystwo i chciała wyjść, jednak okazało się, że drzwi do mieszkania są zamknięte. Józef uśmiechnął się tylko i odparł:

Już nie wyjdziesz.

Przestraszona dziewczyna zaczęła płakać i błagać, by ją wypuścił, ten jednak był nieugięty. Zmienił się nie do poznania: z osoby miłej, ciepłej i ujmującej – w potwora. Przystawił jej do szyi nóż i powiedział:

Bądź cicho. Nie zrobi mi różnicy, jeśli ciebie też zabiję. Już to robiłem.

Po czym rzucił ją na łóżko i zaczął dusić. Rozkazał jej być grzeczną, wtedy może wypuści ją nad ranem. Zgwałcił ją kilkukrotnie, a później stwierdził, że ją zwiąże i będzie trzymał przez miesiąc. W końcu zamknął dziewczynę w mieszkaniu i wyszedł kupić alkohol i papierosy. Wtedy Martyna, która ciągle miała przy sobie telefon komórkowy, zadzwoniła do męża z prośbą o pomoc. Znała tylko numer budynku, dlatego, gdy przyjechał na miejsce wraz ze znajomymi, dziewczyna uderzała głośno w drzwi. Mężczyźni wyłamali je, a schodząc po klatce schodowej, spotkali wracającego ze sklepu Józefa. Mąż Martyny rzucił się na niego i dotkliwie pobił, po czym odwiózł żonę do domu i natychmiast zadzwonił na policję.

Myślałem, że przyjedzie pani psycholog z policjantką, ale przysłano siedmiu mężczyzn, którzy zaczęli wypytywać żonę o szczegóły gwałtu. Zadano jej ten ból na nowo. Pojechaliśmy na miejsce. Wagnera już tam nie było. Potem na komisariacie żona znów musiała zeznawać przed mężczyzną. Nie wiem, czemu Wagnera. od razu nie zatrzymano

– opowiadał.

Mężczyzna po pobiciu trafił do szpitala z dość poważnymi obrażeniami, skąd w końcu samowolnie się oddalił i ukrył. Mąż poszkodowanej opowiadał:

Dzwonił potem do żony wielokrotnie. Groził, że skrzywdzi ją i dzieci. Próbował wymusić, by wycofała zeznania. Zdarzyło się nawet, że gdy jechała z córką i teściową autobusem, usiadł naprzeciw niej i się uśmiechał. Znów zadzwoniłem na policję. Dopiero pani prokurator przesłuchała żonę z udziałem psychologa i wydała nakaz zatrzymania.

Wagner wysyłał jej także SMS-y, w których groził śmiercią jej i jej całej rodzinie. Został zatrzymany dopiero 4 września, po czym stał się pierwszym w historii gliwickiej prokuratury oskarżonym o gwałt, którego przyprowadzono bez kajdanek. Najprawdopodobniej zagadał funkcjonariuszy, którzy uwierzyli, że jest niewinny.

Zaraz po tym do prokuratury zadzwonił pracownik więzienia w Strzelcach Opolskich, który miał przeczucie, że stanie się coś złego i Wagner nie powinien zostać zwolniony z zakładu karnego. Dodał, że to człowiek bardzo inteligentny, który zyskał przychylność kierownictwa zakładu, tak że wszyscy zapomnieli o zbrodni, której dokonał.

Józef Wagner nie przyznał się do winy. Zaprzeczył, jakoby miał przetrzymywać Martynę w mieszkaniu i odbyć z nią stosunki seksualne wbrew jej woli. Zapewniał także, że nie stosuje przemocy wobec kobiet.

Ja myślę, że jestem więźniem przeszłości. Ja muszę siedzieć. Ja nie mam prawa być na wolności, mnie można pomówić o byle co i ja siedzę dlatego, że kiedyś byłem karany

– powiedział reporterom. Pytany o zabójstwo z 1992 r. odparł, że nie nazywa tego morderstwem i źle się czuje z takim nazewnictwem. Te zdarzenia nazywa po prostu bójką, która zakończyła się tragicznie. A socjopatą nazwali go po to, by go "wsadzić".

Wagner został umieszczony w areszcie tymczasowym, a prokuratura w Gliwicach oskarżyła go o kilkakrotne zgwałcenie, uwięzienie, grożenie pozbawieniem życia oraz stosowanie przemocy fizycznej.

. . .

W mediach zawrzało. Wszyscy zadawali sobie pytanie, jak to możliwe, że czterokrotny morderca, który dzięki lukom w kodeksie karnym w latach 90. zamiast kary śmierci lub dożywocia dostał tylko 25 lat pozbawienia wolności, opuścił teraz więzienie za "dobre sprawowanie".

Okazało się, że w jednym z więzień – w Jastrzębiu-Zdroju – mówił wychowawcy, że nie czuje się winny tych zabójstw. Ten wtedy doradził mu, że aby wyjść na wolność, musi okazać skruchę i przyznać się do winy, ponieważ sąd już zawierzył wersji świadków. Dlatego właśnie napisał oficjalne pismo i nikt później nie badał, czy sam wierzy w to, co w nim zawarł. Okazało się także, że jego zachowanie analizowali tylko pracownicy zakładu karnego, w którym przebywał, nikt z zewnątrz.

Psycholog więzienny widział go zaledwie kilka razy, ponieważ najczęściej w zakładach karnych na 200 skazanych przypada jeden psycholog. Z kolei wychowawca ma przydzielone 600-800 osób.

Kurator Józefa Wagnera widział się z nim w ciągu pół roku (od wyjścia z więzienia do gwałtu) sześć razy. Jego zdaniem podopieczny nie naruszył żadnego z nałożonych na niego obowiązków.

Tam doszło do bójki. Nie możemy być pewni, że ktoś inny nie zabił, a on za to odbywa karę. W bójce ktoś może stracić przytomność i nie pamiętać całego obrazu sytuacji. Trudno mi uwierzyć, że zabił tylu ludzi. Wagner był uczciwy. Nie robił awantur przez cały okres odbywania kary. W celi jest mała przestrzeń. Osoby o skłonnościach do agresji bardzo szybko ją ujawniają. To moje prywatne odczucia — myślę, że znalazł się w złym czasie i miejscu. Ale nie kwestionuję wyroku.

Tę rażąco nieprofesjonalną wypowiedź skrytykowali goście magazynu reporterskiego "Państwo w państwie". Na temat sprawy wypowiadał się biegły sądowy, były sędzia i prezes Fundacji "Sławek".

klik <– "Państwo w państwie", gdzie pokazano m.in. fragmenty wywiadu z Wagnerem, w którym usiłuje minimalizować wszystko to, co się stało i udaje ofiarę systemu. Symuluje nawet, że ma problemy ze słuchem.

To, że skazany jest grzeczny w zakładzie, o niczym nie świadczy. Człowiek, który morduje siekierą i tłuczkiem do mięsa, powinien siedzieć w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym, mieć dobrego lekarza, intensywną terapię, której nie przeprowadza się w więzieniu

– komentował w rozmowie z “Gazetą Wyborczą” były szef więziennictwa Paweł Moczydłowski. Z kolei prof. Piotr Kruszyński, znany karnista z Uniwersytetu Warszawskiego stwierdził:

Jestem zdumiony tą decyzją, nie mieści mi się to w głowie. W normalnych często banalnych sprawach, bardzo trudno jest uzyskać przedterminowe zwolnienie. Trzeba spełnić szereg warunków, przejść długą, skomplikowaną procedurę. A tutaj mamy sytuację, że człowiek skazany za poczwórne zabójstwo, wychodzi na wolność zdecydowanie zbyt wcześnie.

Wagner ma silne zaburzenia

– mówiła prokurator.

Z jednej strony często się wzrusza, wydaje się subtelny, mówi o poezji, książkach. Ale gdy przedstawiłam mu akt oskarżenia, stał się niezwykle agresywny, używał mocnych wulgaryzmów, twarz mu się wykrzywiła. Tak jakby znajdowały się w nim dwie kompletnie różne osoby.

Wagner rzuciłby się na nią z pięściami, gdyby nie interwencja policjanta.

Specjaliści zgodnie twierdzili, że Sąd Okręgowy w Opolu popełnił błąd, udzielając „wampirowi z Gliwic” warunkowego zwolnienia.

. . .

Dziennikarzowi TVN24 Józef Wagner opowiadał, że wdarł się na mównicę w kościele po to, by "powygłupiać się" i trafić do zakładu psychiatrycznego, zamiast do więzienia, które groziło mu za wcześniejsze napady i rozboje. A podczas mordowania kolegów po prostu wpadł w amok i "szał bitewny", z którego niewiele pamięta (klik).

Dziennikarka Gazety Wyborczej, która przeprowadzała z nim kilkugodzinny wywiad, była przekonana, że Wagner nie żałuje tego, co zrobił, nie odczuwa wyrzutów sumienia, co więcej – jak sam mówił – nie jest pewien, czy popełnił przypisane mu zbrodnie.

Jestem niewinny. Wszystko wymyśliła prokuratura. Na panią prokurator napisałem już kilkadziesiąt skarg: do Ministerstwa Sprawiedliwości, Prokuratury Generalnej, prezesa sądu okręgowego, prezesa sądu rejonowego. Chcę założyć sprawę mężowi kobiety, która mnie pomawia, ale mi odmawiają. Założę sprawę psycholog, bo napisała też, że nadużywam środków psychoaktywnych, a ja nigdy nie brałem narkotyków.

Na dowód przygotował dla niej stertę pism i skarg na prokuraturę oraz na kierownictwo aresztu.

Staram się nie marnować czasu. Nie oglądam telewizji, wolę grać w szachy, pisać wiersze, aforyzmy, książki. Wiem, że jestem nadwrażliwy. Płaczę przy filmach jak "Waleczne Serce" lub słuchając muzyki Jean-Michela Jarre'a. Postanowiłem, że sam nauczę się grać. Napisałem pismo do dyrektora zakładu, by pozwolili mi na keyboard. Zaznaczyłem, że rozumiem, iż fortepian nie zmieści się do celi. Dostałem odmowę, więc napisałem kolejną prośbę o dostęp do szkoły muzycznej. Powołałem się na konkretne zapisy prawne i następnego dnia powiedziano, że mogę mieć ten keyboard. W zakładach karnych miałem w celi telewizor, odtwarzacz wideo, kablówkę. Czasem było mi wręcz źle, że posiadam tak wiele, gdy inni ludzie nie mają za co żyć

– opowiadał.

Dziennikarka oceniała go jako niezwykle inteligentnego człowieka, z wyjątkowym darem przekonywania ludzi do swojej wersji zdarzeń. Podczas wizyty w więzieniu była zaskoczona, z jaką wyższością odnosił się do strażników, wręcz rozstawiał ich po kątach. Natomiast, gdy została z nim już sama, stał się subtelny, wyważony i ze spokojem odpowiadał na wszystkie pytania. Stwarzał wokół siebie aurę bezpieczeństwa, można było poczuć się z nim bardzo swobodnie.

Dopiero przy drugiej rozmowie, gdy dziennikarka była uprzednio ostrzeżona przez psychologów, w jaki sposób może zachowywać się wobec niego, by cokolwiek z niego wydobyć, postanowiła kontrolować swoje wypowiedzi. Wtedy wyszła z niego jego druga strona — zaczął się bardzo denerwować, wykazywał niezdrowe pobudzenia, gdy mówił o śmierci i zabijaniu, błyszczały mu oczy. Widać było, że tematy związane z zabijaniem go ekscytują. W nerwach opowiadał dziennikarce, że nie dziwi się ludziom, którzy strzelają do polityków.

Umiem robić naboje, broń, bomby. Od lat interesują mnie militaria, potrafię zrobić nawet te skomplikowane konstrukcje. Myślałem, aby wejść do budynku prokuratury lub sądu. Posługiwanie się trotylem jest proste i można zabić wielu ludzi. W zamknięciu mój gniew tylko się kumuluje

– chwalił się.

klik <- wersja wydarzeń Wagnera

. . .

Według opinii psychologów i psychiatrów z 2013 r., Wagnera charakteryzuje wysoki poziom rozwoju intelektualnego, bardzo dobra orientacja w relacjach interpersonalnych oraz wysoka koncentracja na sobie. W celu zaspokojenia potrzeb może być nastawiony instrumentalnie i mieć skłonności do manipulacji. O dziwno, tym razem nie stwierdzono u niego psychopatii, socjopatii czy charakteropatii.

Psycholog kryminalny Jan Gołębiowski (osobiście jestem wielką fanką tego pana) zajmujący się tworzeniem profili psychologicznych stwierdził jednak:

Myślę, że Wagner ma wysoką, choć niestabilną samoocenę. Jego postawa wielkościowa zasłania wątpliwości i kompleksy, których pewnie nabawił się w dzieciństwie. Trzeba też pamiętać, że 20 lat w więzieniu bardzo zmienia człowieka, niestety na gorsze. To tam człowiek się socjopatyzuje. Aby przetrwać, musi manipulować, odgrywać rolę, kłamać. Psychopaci potrafią idealnie dostosować się do warunków zamknięcia. To często najlepsi więźniowie. Stają się niebezpieczni na wolności, gdy pozbawi się ich rutyny i kontroli. Często mają ogromne możliwości kreacji. Do perfekcji opanowali przekonywanie innych do swojej wersji zdarzeń.

W więzieniu w Raciborzu, do którego trafił Wagner, uznano, że nie klasyfikuje się on do terapii, bo nie ma choroby psychicznej.

. . .

Na początku sierpnia 2014 r. w Sądzie Okręgowym w Gliwicach odbyła się pierwsza rozprawa (klik). Prowadząca sprawę prokurator nie dziwiła się, że mężczyzna potrafił przekonać do siebie bardzo wiele osób. Była przekonana, że gdyby nie natychmiastowa reakcja męża życie Martyny byłoby zagrożone.

Na pewno oskarżony jest osobowością skomplikowaną. Z jednej strony sprawia wrażenie osoby bardzo spokojnej, spolegliwej wręcz. Takiej, która chce przekonać do swoich racji. Natomiast w momencie, w którym mu się to nie udaje, kiedy zauważa, że osoba, która go przesłuchuje, lub przeprowadza badania, ma odmienne zdanie, to natychmiast reaguje gniewem, agresją, czy nawet wulgaryzmami. Niewątpliwie jest osobą, która kreuje się, i po części mu się to udaje, na osobę bardzo spokojną, chętną do współpracy. Rozmawiającą. Interesującą się wieloma dziedzinami sztuki

– powiedziała.

(zdjęcie) (zdjęcie)

19 września 2016 r. sąd w Gliwicach, bazując na opinii lekarza chorób wewnętrznych, uniewinnił Józefa Wagnera. Prokurator uznał ten wyrok za niesłuszny i zapowiedział apelację. Jednak od tej pory media milczą w tej sprawie.

. . .

*imię wymyśliłam na potrzebę tekstu

• • •

Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

• • •

pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #gwalt #zgwalcenie #gliwice #jozefwagner
+567
kvoka
Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

• • •

Dziś krótki wpis i – jak zawsze – maksimum informacji, do których udało mi się dotrzeć. Jutro lub za dwa dni wrzucę Wam coś dłuższego.

Jest to także wpis, do którego po raz pierwszy nie wołam, bo jak wynikło z ankiety –- większość z Was woli, bym z tego zrezygnowała. Zresztą, te Mirkolisty nie działają należycie, i każdorazowo bardzo wiele osób pomijały. Wiem, że nie każdemu będzie się podobała ta zmiana, ale nie jestem w stanie zrobić tak, by wszyscy byli zadowoleni. ( ͡° ʖ̯ ͡°) Mam nadzieję, że obserwując tag, niczego nie przegapicie!

• • •

DARIUSZ BUDA, rocznik '69

Buda urodził się w Nowym Dworze Gdańskim (woj. pomorskie), gdzie jego dzieciństwo podobno nie należało do łatwych, ale nie doszukałam się szczegółów.

Został skazany z artykuł 168 § 2 kk/69 (który od 1969 do 1998 r. traktował o zmuszeniu kogoś do "czynu nierządnego") po raz pierwszy już w roku 1993 jako 24-letni mężczyzna. Nie odbył jednak całej kary i zamiast trzech lat w więzieniu spędził tylko półtora roku.

Kilka lat po wyjściu na wolność, 28 lipca 1996 r. we wsi Laskowice Wielkie (woj. opolskie) zaatakował przypadkowo spotkaną kobietę. Ogłuszył ją kilkoma ciosami w głowę i gwałcił, bijąc po całym ciele. Skatowanej ofierze zacisnął na szyi sznurówkę i udusił. Z martwą odbył jeszcze stosunek analny.

Prokuratura postawiła mu zarzut morderstwa oraz zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem, co było działaniem w recydywie. Sąd Wojewódzki w Elblągu uznał Budę za winnego zarzucanych mu czynów, a w listopadzie 1998 r. mężczyzna usłyszał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności oraz pozbawienia praw publicznych na okres 10 lat.

Obrońca oskarżonego wniósł apelację, w której wnioskował o zmianę kary na 25 lat pozbawienia wolności. Adwokat uważał m.in., że sąd nie wziął pod uwagę jednej z ekspertyz wyrażającej pogląd, że w chwili popełniania zbrodni zdolność sprawcy do kierowania swoim postępowaniem była w znacznym stopniu ograniczona. Powołał się także na jego młody wiek, dobrą opinię w miejscu pracy oraz nienaganne zachowanie w więzieniu podczas odsiadywania pierwszego wyroku za zgwałcenie.

W kwietniu 1999 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku nie uwzględnił apelacji. Wspomniana ekspertyza została zgodnie odrzucona przez dwóch psychiatrów, ponadto wśród jej twórców nie było żadnego lekarza z tej dziedziny. Z kolei dobrą opinię o Budzie sąd dostrzegł, jednak nie nadał jej żadnego znaczenia dla sprawy, ponieważ jej ranga jest zbyt mała w zestawieniu z całym szeregiem okoliczności wyjątkowo obciążających, w świetle których rozpatrywana zbrodnia jawi się jako szczególnie drastyczna i wstrząsająca. Za okoliczności łagodzące nie uznał także faktu, że w momencie popełnienia zbrodni oskarżony miał niespełna 27 lat, ani tego, że przez trudne dzieciństwo był osobą niedowartościowaną, co według obrońcy miało być przyczyną pojawienia się dewiacji seksualnej. Zbrodnię sąd uznał za wyjątkowo odrażającą, a sposób działania Budy za bezlitosny i okrutny, dlatego bezdyskusyjnie występuje potrzeba trwałej eliminacji oskarżonego z życia społecznego.

. . .

Dariusz Buda karę pozbawienia wolności zaczął odsiadywać w Zakładzie Karnym w Sztumie, jednak informacja o jego aktualnym pobycie nie jest podana. Pewne jest tylko, że mężczyzna wciąż nie przebywa na wolności.

• • •

Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Elblągu oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego w Gdańsku, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

• • •

pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #nowydworgdanski #laskowicewielkie
+585
Poro6niec
Niebezpieczny nieznajomy

Jest koniec 1978 roku. 33-letni Dennis Nilsen poznaje w pubie młodego mężczyznę i zaprasza go do swojego domu na Melrose Avenue 195 w Londynie. Tamtego wieczora obaj mężczyźni wspólnie spożywali alkohol, a następnie udali się do łóżka na spoczynek. Nilsen obudził się z pierwszym brzaskiem i zdał sobie sprawę, że jego nowy przyjaciel niedługo sobie pójdzie. Podniecił się gładząc dłonią nagie ciało chłopaka. Jego serce biło jak oszalałe i zaczął się pocić. Obserwując śpiącego mężczyznę, zwrócił uwagę na leżącą nieopodal stertę ich ubrań. Zauważył krawat, więc wyskoczył z łóżka, żeby go podnieść.

"Podniosłem go i założyłem mu na szyję" - wyznał Nilsen cztery lata później. "Szybko usiadłem na nim okrakiem i zacisnąłem krawat z całej siły. Jego ciało ożywiło się natychmiast. Sturlaliśmy się z łóżka na podłogę."

Nilsen zacisnął uścisk jeszcze mocniej, nie chcąc przegrać tej walki na śmierć i życie. Jego ofiara odpychała się nogami, nadal mając Nilsena siedzącego na sobie. Kiedy mężczyźnie udało się doczołgać do ściany, skulił się, dając za wygraną. Nilsen rozluźnił uścisk, ale zdał sobie sprawę, że mężczyzna jeszcze żyje, jest tylko nieprzytomny. Pobiegł do kuchni po plastikowe wiadro, do którego nalał wody, chcąc utopić w niej chłopaka. Nilsen ułożył go na krześle, a następnie wepchnął jego głowę do wiadra. Mężczyzna nie stawiał oporu, jednak mimo to woda zachlapała cały dywan.

"Po kilku minutach bąbelki powietrza w wodzie zniknęły" - wspomina Nilsen - "Podniosłem go i posadziłem na fotelu. Woda ściekała z jego krótkich, kręconych, brązowych włosów."

Nilsen właśnie zabił człowieka, którego imienia nawet nie znał. Siedział trzęsąc się cały, nie do końca uświadamiając sobie co właśnie zrobił i jakie będą tego konsekwencje. Zrobił sobie filiżankę kawy i wypalił kilka papierosów, próbując wymyślić co dalej robić. Jego czarno-biały pies, Bleep, przyszedł z ogrodu i obwąchał zwłoki siedzące na fotelu. Nilsen wygonił psa i usiadł będąc nadal w szoku. Zdjął krawat z szyi martwego mężczyzny i tylko się na niego patrzył. Później wstał i dźwignął ciało na swoje ramiona, aby zanieść je do łazienki. Delikatnie położył chłopaka w wannie, napuścił wody i umył mu włosy. Namęczył się wyciągając bezwładne zwłoki z wanny i osuszając je ręcznikiem. Wówczas zabrał je z powrotem do pokoju i położył do łóżka. Jego nowy przyjaciel nie mógł go już opuścić.
Początek końca?
Dennis przebiegł palcami po jeszcze ciepłym ciele, zauważając delikatną zmianę koloru jego warg oraz twarzy. Zasłonił zwłoki pościelą, usiadł na łóżku i próbował myśleć.

"To był początek końca mojego starego życia" - napisał Nilsen - "Wszedłem na drogę śmierci i posiadania nowego rodzaju współlokatora."

Zamiast przerazić się widokiem zwłok, uznał je za piękne. Nie wiedział do końca dlaczego zabił tego młodego człowieka. Po prostu nie chciał, żeby ten go opuścił. Samotnie spędził Boże Narodzenie i nie chciał, żeby tak samo było w Nowy Rok. A teraz miał go z kim spędzić. Później tego samego dnia poszedł do sklepu z narzędziami, aby zakupić elektryczny nóż i duży garnek, chociaż wcale nie chciał pociąć ciała. Zamiast tego ubrał zwłoki w nową bieliznę. Następnie wziął kąpiel. Wtedy zdecydował się spróbować seksu ze zwłokami. Poszedł do łóżka, ale nie mógł utrzymać wzwodu, który dostał kilka chwil wcześniej, więc ściągnął ciało z łóżka i położył na podłodze. Użył zasłony, aby je przykryć. Położył się ponownie do łóżka i zasnął. Później, kiedy już wstał, zrobił obiad i oglądał telewizję, mając ciągle leżącego trupa na podłodze. W końcu uświadomił sobie, że musi coś z tym zrobić. Wyważył kilka desek z podłogi i próbował wrzucić pod nie ciało, ale stężenie pośmiertne nie pozwoliło mu na żaden manewr. Postawił ciało przy ścianie, postanawiając poczekać aż sztywność minie. Jednak następnego dnia nieboszczyk nadal stał przy ścianie w tej samej pozycji, więc Nilsen położył go i próbował rozluźnić jego kończyny. W końcu udało mu się położyć zwłoki do podpodłogowego grobu. Przykrył ciało deskami.

Po tygodniu ciekawość Nilsena wzięła górę, więc podniósł dywan i jeszcze raz otworzył dziurę w podłodze. Ciało było brudne, więc Nilsen zabrał je znowu do łazienki, aby je umyć. Później wykąpał się w tej samej wodzie. Kiedy niósł zwłoki z powrotem do salonu, tak bardzo go to podnieciło, że ukląkł i masturbował się, dokonując ejakulacji na brzuch nieboszczyka. Zamiast upchnąć go znów pod podłogą, związał trupa za kostki. Jednak w końcu złożył go do jego grobowca. Ciało zostało tam przez siedem i pół miesiąca, zanim Nilsen je wyciągnął i spalił resztki w ognisku. Do ognia dodał gumy, aby zamaskować zapach palonego ciała. Popioły zagrzebał w ziemi. Młody mężczyzna nigdy nie został zidentyfikowany. Nilsen był w szoku, że całe zdarzenie uszło mu na sucho i wierzył, że nigdy się to już nie powtórzy. Mylił się. Zdarzyło się jeszcze czternaście razy.
Posmak śmierci
W październiku 1979 roku, prawie rok po pierwszym morderstwie, młody student z Chin, Andrew Ho, poszedł z Nilsenem do jego domu. Młody mężczyzna chciał spróbować seksu z krępowaniem (bondage). Nilsen nie chciał się w to bawić, ale założył na szyi chłopaka krawat i powiedział, że zabawią się w niebezpieczną grę. Ho wyszedł i poinformował policję, jednak nie doszło do postawienia Nilsenowi zarzutów.

Do 1981 roku Nilsen w swoim mieszkaniu zabił dwunastu mężczyzn. Zidentyfikowano tylko czterech z nich. Byli to: Kenneth Ockendon, Martyn Duffey, Billy Sutherland oraz Malcolm Barlow. Wiele z jego ofiar było bezrobotnymi lub bezdomnymi ludźmi, szukającymi sposobu na zarobienie pieniędzy. Część z nich była homoseksualistami, a kilkoro było męskimi prostytutkami. Nilsen twierdził, że wpadł w "zabójczy trans", ale w siedmiu przypadkach uwolnił mężczyzn zamiast ich zabić, ponieważ potrafił się powstrzymać.

Drugą ofiarą Nilsena był Kenneth Ockendon, turysta z Kanady. Mężczyzna poznał Nilsena podczas lunchu w pubie 3 grudnia 1979 roku. Pili razem przez kilka godzin alkohol, zwiedzali Londyn, a na koniec trafili do mieszkania Nilsena. Dobrze się ze sobą dogadywali, więc im bardziej Nilsenowi odpowiadało towarzystwo Ockendona, tym bardziej był zdesperowany na myśl o jego powrocie do Kanady, który miał nastąpić następnego dnia. Udusił go więc przewodem od słuchawek, przeciągnął po podłodze, a następnie usiadł i słuchał muzyki, podczas gdy ciało leżało na ziemi. Potem zdjął jego ubranie i zabrał do łazienki na kąpiel. Kiedy skończył, położył ciało w łóżku i spał z nim przez resztę nocy, przytulając się do niego. Rano Nilsen upchnął zwłoki w szafce, wyrzucił ubranie i poszedł do pracy. Podczas dnia ciało zesztywniało w pozycji, w jakiej je pozostawił. Nilsen wyciągnął je dzień później i ponownie umył. Następnie ubrał zwłoki i posadził na krześle, robiąc im zdjęcia w różnych pozycjach. Kiedy skończył, zabrał ciało znów do łóżka i ułożył z rozłożonymi rękami i nogami na sobie. Rozmawiał z martwym chłopakiem, tak jakby ten mógł go usłyszeć. Potem skrzyżował jego nogi i uprawiał seks wkładając penisa między jego uda. W końcu Nilsen przeniósł Ockendona w przestrzeń pod płytkami podłogowymi. Wyciągał go stamtąd kilkukrotnie, żeby mogli razem posiedzieć i pooglądać telewizję.

"Myślałem sobie, że jego ciało i skóra były bardzo piękne" - wyznał później Nilsen. Później przebierał go w świeże ubrania, kładł do łóżka i mówił dobranoc.

Minęło pięć miesięcy zanim doszło do kolejnej zbrodni. 13 maja 1980 roku zaginął Martyn Duffey, lat 16. Był bezdomny, więc zaakceptował zaproszenie Nilsena na nocleg. Po dwóch piwach udał się do łóżka. Nilsen wspiął się na niego i go udusił. Jego ciało zwiotczało, ale nadal żył, więc Nilsen zabrał go do kuchni i utopił jego głowę w zlewie pełnym wody. Następnie zabrał go do łazienki i wykąpał się z nim.

Rozmawiałem z nim i powiedziałem mu, że jego ciało wyglądało tak młodo, jak jeszcze nigdy nie widziałem". Nilsen wziął go z powrotem do łóżka i całował, a potem usiadł mu na brzuchu i się masturbował. Duffey powędrował do szafki na dwa pełne tygodnie, a potem dostał miejscówkę pod klepkami podłogi.

Następna ofiara, Billy Sutherland (lat 27), sypiał z mężczyznami za pieniądze. Nilsen nawet nie chciał brać go do domu, ale chłopak poszedł za nim po jednej ze wspólnych nocnych eskapad. Nilsen ledwie pamięta uduszenie go i znalezienie jego zwłok następnego ranka. Malcolm Barlow (lat 24) był sierotą z problemami umysłowymi. Był także patologicznym kłamcą. Nilsen znalazł go włóczącego się pod jego domem, twierdzącego, że ma atak epilepsji, więc zabrał go do domu i zadzwonił po karetkę. Kiedy chłopaka zwolniono ze szpitala, wrócił i czekał na Nilsena pod jego drzwiami. Nilsen zaprosił go do środka po powrocie z pracy i razem pili alkohol, a potem Barlow zapadł w głęboki sen. Nilsen uważał jego obecność za kłopot, więc go udusił. Następnego dnia upchnął jego zwłoki w szafce pod zlewem kuchennym. Mieszkał w mieszkaniu z pół tuzinem innych zwłok czekających na pozbycie się. Część z nich Nilsen trzymał w łóżku około tygodnia w celach seksualnych. Przerażało go posiadanie kontroli nad tymi mężczyznami, a tajemnica martwego ciała, które na nic nie reaguje fascynowała go. Wydawało mu się, że docenia ich wszystkich bardziej niż ktokolwiek kiedykolwiek wcześniej mógłby ich docenić.

Ogród Nilsena

Nilsen opryskiwał mieszkanie dwa razy dziennie, aby pozbyć się wylęgających się tam much. Jedna z sąsiadek wspomniała później o przenikliwym odorze, ale Nilsen zapewnił ją, że to budynek ulega rozkładowi. Kiedyś rozważał popełnienie samobójstwa, ale wtedy wszedł jego pies i zaczął merdać ogonem, co spowodowało, że zmienił zdanie. Kiedy pozbywał się ciał, swojego psa i kota wypuszczał do ogrodu, rozbierał się do bielizny i kroił zwłoki nożem kuchennym na kamiennej posadzce kuchni. Czasami w garnku, który kupił dla pierwszej ofiary gotował głowy, aby pozbyć się z nich mięsa. Nauczył się sztuki rzeźniczej, więc wiedział jak najlepiej pociąć ciało. Organy trzymał w plastikowych workach. Takie pakunki chował pod podłogą. W pewnym momencie były pod nią trzy kompletne ciała i jedno poćwiartowane.
Niektóre części ciał chował w ogrodowej szopie lub w dziurze za krzakami. Organy wewnętrzne ofiar ukrył w szczelinie między podwójnym płotem na podwórzu. Kilka pociętych torsów upchnął w walizkach. Kiedy było to możliwe, zabierał torby i walizki do ogrodu i palił ich zawartość kilka stóp od płotu. Zawsze dziwiło go, że nikt nigdy go o nic nie wypytywał, ani nie próbował powstrzymać. Zdarzało się, że z okolicy przychodziły dzieci, aby obejrzeć płonący przez cały dzień ogień, a Nilsen tylko ostrzegł je, żeby nie podchodziły za blisko. Kiedyś, gdy ogień już zgasł, zauważył w środku ogniska czaszkę i zmiażdżył ją na proch. Potem zagrabił szczątki sześciu mężczyzn do ziemi. Jeszcze pięciu miało zginąć w tym mieszkaniu, a ich szczątki miały być strawione przez trzecie ognisko. Kiedy przygotowywał się do przeprowadzki, zrobił obchód swoich włości i niemal zapomniał, że zostawił ręce i ramiona Martyna Barlowa w krzakach. Zajął się tym ostatnim szczegółem i odjechał, mając nadzieję, że zostawi tę część życia za sobą. Szesnaście miesięcy później, po tym jak został aresztowany, oficerowie policji znaleźli ponad tysiąc odłamków kości w jego poprzednim ogrodzie.

Poddasze

Nilsen porzucił użytkowanie ogrodu i miejsca pod klepkami podłogowymi. Budynek, do którego się wprowadził był podzielony na sześć mieszkań, a jego mieszkanie na ul. Cranley Gardens 23 było na poddaszu. Był pewien, że to będzie czynnik odstraszający dla jego kompulsywnych i destrukcyjnych zachowań. Jednakże, jeszcze trzy morderstwa miały miejsce, a jego kwatera okazała się dość problematyczna w kwestii pozbywania się ciał.

Pierwszą ofiarą w nowym miejscu był John Howlett, którego Nilsen nazywał Johnem Gwardzistą. Spotkali się w pubie, gdzie prowadzili długą rozmowę. Jakiś czas później Nilsen pił sam, a John wszedł do pubu i go rozpoznał. Rozmawiali i zdecydowali się udać do mieszkania Nilsena, gdzie, po małym pijaństwie, John poszedł z nim do łóżka. Nilsen próbował zmusić go do wyjścia, ale ten odmówił. Nilsen znalazł fragment luźnej tapicerki z fotela, którego użył do uduszenia mężczyzny. W pewnym momencie bał się, że mężczyzna go pokona, więc zaciskał uścisk w miarę jak John walczył o odzyskanie kontroli. Potem uderzył go w głowę i obezwładnił. Trzymał zaciśnięty wokół jego szyi pasek materiału dopóki nie był pewien, że mężczyzna nie żyje, a następnie, trzęsąc się cały, udał się do drugiego pokoju. Wkrótce uświadomił sobie, że John nadal żyje. Owinął pasek materiału ponownie wokół jego szyi i przytrzymał przez dwie lub trzy minuty. Ale serce Johna nadal biło, więc Nilsen zabrał go do łazienki, aby go utopić i zostawił go tam na resztę nocy. Potem włożył zwłoki do szafy na czas wymyślenia sposobu na pozbycie się ich. Zdecydował się pociąć je na malutkie kawałeczki i spłukać w toalecie. Musiał się jednak śpieszyć, bo niebawem miał go odwiedzić kolega. Kiedy proces spłukiwania zajmował dłużej niż się spodziewał, ugotował część ciała w kuchni ? głowę, ręce i stopy. Wówczas odseparował kości i wyrzucił do śmietnika. Większe kości wrzucił na śmietnik znajdujący się za ogrodowym płotem, a inne włożył do torby wysypanej wewnątrz solą i ukrył w skrzynce na herbatę. Zakrył to czerwoną zasłoną.

Scena zdrady

Drugim z zabitych mężczyzn był Archibald Graham Allan. Nilsen przygotował mu omlet, a to co zapamiętał z zabicia go było dość dziwne. "Zauważyłem, że siedział tam i nagle albo zasnął albo stracił przytomność, bo zastygł w bezruchu z kawałkiem omleta zwisającym z ust" - powiedział.

Wtedy pomyślał, że sam go udusił, jednak nie pamiętał tego. Pomyślał, że może mężczyzna zakrztusił się jedzoną potrawą i umarł. Ale przecież omlet nie jest w stanie zostawić czerwonych śladów na czyjejś szyi, więc Nilsen przypuszczał, że to on sam jest odpowiedzialny za śmierć mężczyzny. Położył Allana w wannie i zostawił go tam na trzy dni, a następnie rozczłonkował go w sposób jak to zrobił z Johnem Gwardzistą.

Trzecią i ostatnią ofiarą był Stephen Sinclair (lat 20), który brał narkotyki i włóczył się po Leicester Square. 23 stycznia 1983 znajomi zobaczyli jak oddala się z dziwnym mężczyzną. Obaj udali się do domu Nilsena, gdzie on sam siedział i słuchał muzyki, a Sinclair zasnął na krześle. Nilsen poszedł wtedy do kuchni i znalazł kawałek grubego sznurka, myśląc sobie "Znowu to samo." Sznurek był za krótki, więc przymocował go do krawata. Założył wiązanie wokół kolan śpiącego mężczyzny i nalał sobie drinka. Potem usiadł i kontemplował całe cierpienie w życiu Stephena, postanawiając je skrócić. Wrócił do niego, upewnił się, że mocno śpi i udusił go. Chłopak trochę się szarpał, ale w końcu stracił przytomność. Nilsen wtedy powiedział: "Nic nie może cię już zranić." Ściągnął bandaże znajdujące się na rękach Stephena i odkrył, że chłopak próbował ostatnio popełnić samobójstwo podcinając sobie żyły. Nilsen wykąpał go i położył do łóżka. Obok łóżka umieścił dwa lustra i rozebrał się. W taki sposób mógł obserwować ich obojga leżących razem nago. Przepełniało go uczucie harmonii i pomyślał, że to jest właśnie prawdziwy sens życia i śmierci. Rozmawiał ze Stephenem, zupełnie jakby ten nadal żył. Do łóżka wskoczył pies i obwąchał trupa. Nilsen odwrócił głowę chłopaka w swoją stronę i pocałował go. Nie miał wtedy pojęcia, że to właśnie ciało zdradzi go i stanie się przyczyną jego upadku.

Samotne dorastanie

Dennis Nilsen urodził się 23 listopada 1945 roku we Fraserburgh w Szkocji, jako jedyne dziecko Betty i Olava Nilsenów. To małżeństwo nie było udane z powodu pijaństwa Olava oraz jego częstego znikania z domu. Związek przetrwał jedynie 7 lat, a Betty rozwiodła się z mężem. Ona, Dennis oraz dwójka jego rodzeństwa pozostali w domu jej rodziców, ponieważ Olav nawet w czasie trwania małżeństwa nie był w stanie znaleźć dla nich lepszego lokum. Młody Dennis bardzo kochał swojego dziadka Andrew Whyte?a, który umarł, gdy chłopak miał tylko 6 lat. Nie mówiąc Dennisowi co się stało, matka zabrała go, aby zobaczył nieboszczyka, co wywołało u niego uczucie niepowetowanej straty. Nilsen uważa, że z perspektywy czasu to właśnie spowodowało pewien rodzaj jego emocjonalnej śmierci. Kiedy Dennis miał 8 lat, prawie utopił się w morzu, jednak został uratowany przez starszego chłopca, który bawił się na tej samej plaży. Chłopaka prawdopodobnie podnieciło leżące twarzą ku ziemi ciało Nilsena, bo się rozebrał i najwyraźniej masturbował. Kiedy Nilsen się ocknął, znalazł białą, kleistą substancję na swoim brzuchu.

Dwa lata później jego matka wyszła ponownie za mąż, a Dennis stał się bardzo wycofany i samotny. Betty miała oprócz niego jeszcze czworo dzieci, więc nie mogła poświęcić Dennisowi wystarczającej ilości czasu. W przeciwieństwie do większości seryjnych morderców, Nilsen nigdy nie przejawiał okrucieństwa wobec zwierząt czy innych dzieci, ani nawet żadnego rodzaju agresji. Właściwie sam bywał przerażony okrucieństwem, które widział u innych. Pewnego razu pomagał szukać zaginionego mężczyzny i wraz z kolegą znalazł jego zwłoki na brzegu rzeki. Mężczyzna włóczył się w nocy, wpadł do rzeki i utonął. Widok bezwładnego ciała przypomniał Nilsenowi o jego dziadku, którego śmierć i odejście z jego życia były dla niego tak niezrozumiałe. Czuł się dziwnie wyalienowany. Nie doświadczając żadnych intymnych stosunków jako dorastający chłopak, ale czując pociąg do innych chłopców, Nilsen pozostał dosyć niewinny. Pewnego razu podglądał swojego śpiącego nago brata, ale był to jednorazowy incydent. W 1961 roku wstąpił do wojska i został tam kucharzem, dzięki czemu nauczył się sztuki rzeźnictwa.

Fantazje w lustrze

Żeby zmniejszyć poczucie samotności, Nilsen zaczął nadużywać alkoholu. Ale prawda jest taka, że to on sam dystansował się od innych. To właśnie w czasie, kiedy wreszcie miał własny pokój zdarzało mu się kłaść na przeciw lustra w taki sposób, aby nie widzieć swojej głowy i udawać nieprzytomnego. To ?inne ciało? podniecało go i czasem masturbował się patrząc na nie. Podczas ostatnich kilku miesięcy służby poznał mężczyznę określanego w książce o Nilsenie autorstwa Briana Mastersa jako "Terry Finch" i zaprzyjaźnił się z nim dość blisko. Nilsen ewidentnie się w nim zakochał, ale młody mężczyzna okazał się nie być gejem, chociaż nie przeszkadzało mu to udawać trupa w kręconych domową metodą filmikach. Ich rozstanie było źródłem dużego cierpienia dla Nilsena. Zniszczył wtedy wszystkie filmy i oddał Terry?emu projektor. W 1972 roku przeszedł szkolenie policyjne. Jednym z lepiej zapamiętanych przez niego wspomnień był widok ciał poddawanych autopsji w kostnicy. Bardzo go to fascynowało. Jednak okazało się, że tego rodzaju praca nie była dla niego, więc po roku zrezygnował. Zamiast tego znalazł pracę jako osoba przeprowadzająca rozmowy kwalifikacyjne i tak zarabiał na życie aż do czasu aresztowania.

W tejże pracy poznał młodego mężczyznę, Davida Paintera, który szukał zatrudnienia. Nilsen spotkał go kiedyś na ulicy i poszli razem do jego mieszkania. Painter położył się do łóżka i zasnął. Gdy się obudził, zobaczył Nilsena robiącego mu zdjęcia i zrobił taką awanturę, że sam się zranił i musiał zostać zabrany do szpitala. Nilsen został przesłuchany przez policję i wypuszczony na wolność. Jego życie było pełne niezobowiązujących związków, ale martwiło go, że są one tak krótkotrwałe i powierzchowne. Szukał czegoś o wiele bardziej trwałego. Był gotów się zaangażować, jeśli tylko ktoś ofiarowałby mu to samo w zamian. Jego lustrzane fantazje stały się jeszcze dziwniejsze. Teraz myślał o tym "innym" ciele jak o martwym - a był to stan, który uważał za emocjonalną i fizyczną perfekcję. Używał makijażu, aby efekt był bardziej wiarygodny. Używał także sztucznej krwi, aby wyglądało na to, że ktoś go zamordował. Wyobrażał sobie, że zaraz ktoś przyjdzie i go pochowa. Czasami martwił go fakt, że tak bardzo kocha swoje martwe ciało.

W 1975 roku Nilsen przeniósł się na Melrose Place 195 (północny Londyn), do mieszkania na parterze. Zamieszkał z Davidem Gallichanem, który później zaprzeczał jakoby ich przyjaźń miała charakter homoseksualny. Kupili sobie szczeniaka, którego nazwali Bleep, a później przygarnęli jeszcze kota. Dwa lata później ich odmienne charaktery spowodowały, że Nilsen kazał Davidowi się wyprowadzić. Później jednak bardzo się przestraszył, że zostanie sam. Samotność to długotrwały, nieznośny ból? - napisał. Rzucił się więc w wir pracy, bardziej zainteresował się polityką, więcej pił i oglądał dużo telewizji. Morderstwa zaczęły się półtora roku po odejściu Gallichana.

Fatalny błąd

Ostatnie zwłoki, które Nilsen poćwiartował, czyli te należące do Stephena Sinclaira, zostały poddane takiemu samemu procesowi jak dwoje poprzednich. Głowę, ręce i stopy ugotował w garnku, a pozostałości włożył do plastikowych toreb. Jedną z toreb włożył do schowka w łazience, a resztę do skrzyni na herbatę. Część ciała i organów zostały spłukane w toalecie. Nilsen prawdopodobnie porzucił też część większych kawałków, gdyż pewien mężczyzna mieszkający nieopodal znalazł tuż przy swoim ogrodzie rozdartą torbę, która zawierała coś na kształt kości klatki piersiowej i kręgosłupa. Jednak nigdzie tego nie zgłosił, a torba po kilku dniach zniknęła. Nigdy nie powiązano jej z Nilsenem. W budynku na Cranley Gardens 23 było jeszcze pięcioro lokatorów, jednak żaden z nich nie znał Nilsena za dobrze. W pierwszym tygodniu lutego jeden z nich zauważył, że toaleta na dole nie spłukuje się jak należy.

Próbował rozpuścić zator środkami chemicznymi, jednak bezskutecznie. Inne toalety wydawały się funkcjonować podobnie, ale Nilsen zaprzeczał, że ma jakikolwiek problem ze swoją toaletą. Wezwano hydraulika, jednak nawet jego narzędzia nie poskutkowały. Zadzwoniono więc po specjalistę. Nilsen bał się, że to jego potajemne działania mogą być przyczyną problemów na dole, więc wepchnął resztę ciała Sinclaira do plastikowych toreb razem z częściowo ugotowaną głową. Szczątki zamknął w szafie. Przestał spłukiwać toaletę. Dwa dni później wieczorem przyjechali pracownicy firmy Dyno-Rod, aby sprawdzić co powoduje zator. Przypuszczając, że problem znajduje się pod ziemią, technik Michael Cattran wszedł do studzienki kanalizacyjnej położonej obok budynku. Wchodząc tam poczuł specyficzny zapach. Cattran był pewien, że pochodzi on od czegoś martwego. Na dnie ścieku zauważył grubą na osiem cali warstwę szlamu składającego się z trzydziestu lub czterdziestu kawałków ciała.

Zanieczyszczenie pochodziło z głównej rury. Cattran zgłosił swoje odkrycie przełożonym. Gdy wykonywał telefon, lokatorzy wraz z Nilsenem otoczyli go, słysząc jak wspomina, że być może powinni wezwać policję. Najpierw jednak jego firma miała dokonać dokładniejszej analizy, tym razem w świetle dziennym. Pracownik firmy kanalizacyjnej zabrał Nilsena oraz innego lokatora, aby pokazać im stertę gnijącego mięsa. Nilsen wrócił ma to miejsce około północy, aby usunąć resztki ciała. Wyrzucił je za płot. Pomyślał, że mógłby zastąpić je kawałkami kurczaka. Rozważał także samobójstwo. Jednak zamiast tego siedział sam w swoim mieszkaniu i pił, otoczony szczątkami trzech mężczyzn. Jednak sąsiedzi z dołu zauważyli jego nocną wycieczkę. Kiedy Cattran wrócił i zauważył wyczyszczony ściek, mieszkańcy budynku opowiedzieli mu o swoich podejrzeniach. Udało mu się wyciągnąć jeden kawałek obrzydliwie śmierdzącego mięsa z głębi ścieku i wezwać policję.

9 lutego 1983 Nilsen powiedział do swojego współpracownika: "Jeśli nie będzie mnie jutro to znaczy, że albo jestem chory, albo martwy, albo w więzieniu." Oboje się roześmiali. Ale Nilsen przeczuwał, że coś się stanie. Kiedy wszedł do ciemnego korytarza prowadzącego do jego mieszkania, zobaczył trzech mężczyzn, którzy na niego czekali. Główny inspektor Jay powiedział mu, że przyszli w sprawie jego ścieków. Poinformował go także, że to ludzkie szczątki je zapchały. Nilsen aż zakrzyknął z przerażenia i zapytał skąd pochodzą. Powiedzieli mu, że mogą pochodzić jedynie z jego mieszkania i zapytali o resztę ciała. Nilsen poddał się i powiedział, że może z nimi jechać na komendę. Znał swoje prawa i przyznał, że chce rozmawiać. Opowiedział o wszystkim z szokującymi szczegółami. Im więcej mówił, tym bardziej policjanci zdawali sobie sprawę, że już poprzednie lata przynosiły im wskazówki, co do możliwości popełnianych zbrodni. Gdyby tylko wtedy postępowali inaczej, to zakończyliby to mordercze szaleństwo o wiele szybciej.

Przeszukanie szafy Nilsena dało w rezultacie kilkanaście toreb z męskimi szczątkami w różnych stadiach rozkładu. Zabrano je do kostnicy do analizy. Nilsen powiedział im, żeby poszukali też w skrzyni na herbatę i pod szafką w łazience. Doprowadził ich także do swojego poprzedniego mieszkania, gdzie zabił ?dwunastu lub trzynastu? mężczyzn. Przyznał, że było także siedmiu innych, których próbował zabić, ale mu się nie udało. Na komisariacie Nilsen powiedział: "Ofiara jest brudnym talerzem po uczcie, a umycie go jest zwyczajnym higienicznym zabiegiem."
Zeznania
Pomimo ostrzeżeń Nilsen zaczął natychmiast opisywać swoje zbrodnie ze wszystkimi szczegółami. 11 lutego rozpoczęło się oficjalne przesłuchanie. Trwało ono ponad 30 godzin i ciągnęło się w sumie przez tydzień. Nilsen opisywał swoje techniki i pomagał policji identyfikować części ciał ofiar. Nie potrzebował do tego żadnej zachęty. Eksplodował lawiną informacji, jak gdyby chciał oczyścić swoje sumienie i pozbyć się każdego możliwego wspomnienia z tamtego okresu. Nie robił żadnych dygresji ani nie prosił o współczucie. Ale nie okazywał też skruchy. Później twierdził, że jego zawodowa praktyka pozwoliła mu udawać spokój, aby policjanci mogli zapisać wszystkie informacje. Powiedział im wszystko, czego potrzebowali do postawienia mu zarzutów, ale poza tym nic osobistego. Prywatnie bardzo się bał i był głęboko poruszony tym, co zrobił. Dzięki Nilsenowi było możliwe znalezienie różnych części ciał ofiar i zgromadzenie ich w jedną całość, tak jak to zrobili chociażby ze Stephenem Sinclairem. Jego dolna połowa ciała znajdowała się w torbie w łazience. Dzięki temu śledczy mogli wydedukować, który tors należał do niego. Ze skompletowanymi zwłokami mogli oskarżyć Nilsena i zatrzymać go do dalszego przesłuchania.

Nilsen także udał się z policjantami na Melrose Avenue 195 i pokazał gdzie zakopywał rzeczy i rozpalał ogniska. Przydzielono mu obrońcę z urzędu ? Ronalda T. Mossa, który przysłuchiwał się szczegółowym zeznaniom Nilsena razem z policją. Był zadowolony, że Nilsen rozumiał co się dzieje. Nieco później Dennis spisał swoje krwawe wspomnienia. Dzięki pomocy młodego pisarza Briana Mastersa, chaotyczne wątki zostały złożone w spójną całość. Jak powiedział Masters: "Nilsen jest pierwszym mordercą, który prezentuje wyczerpujące źródło informacji na temat swojej własnej introspekcji. Jego więzienne dzienniki są więc unikalnym dokumentem w historii zabójstwa kryminalnego."

Po przesłuchaniu Nilsen został przeniesiony do więzienia Brixton, aby oczekiwać na rozprawę. Zaniepokoiła go reakcja prasy zaraz po jego aresztowaniu. "Nikt nie chce wierzyć, że jestem zwykłym człowiekiem, który tylko doszedł w życiu do niezwykłych i przytłaczających wniosków." - stwierdził wtedy.

Ci, którzy przeżyli

Wielu młodych mężczyzn (a nawet jedna kobieta) poszło z Nilsenem do jego domu, a jednak wyszło z niego całych i zdrowych. Kilkoro jednak ledwie stamtąd uciekło, a część z nich nawet złożyło doniesienia na policji. Bardziej szczegółowe śledztwo mogło uratować kilka żyć. Nilsen twierdzi, że podjął siedem prób, w których albo został pokonany, albo zmienił zdanie. Pamięta nazwiska jedynie czworo z ocalonych osób, ale tylko troje z nich zeznawało przeciwko niemu na rozprawie. W październiku 1979 roku Andrew Ho złożył doniesienie na policji. Powiedział, że Nilsen go zaatakował, ale nie chciał złożyć pisemnych zeznań ani zgodzić się na zeznawanie w sądzie. Być może Ho nie chciał przyznać się do związku z Nilsenem. Prawie rok później Douglas Stewart zeznał, że Nilsen jego również zaatakował. Stewart zasnął wówczas w fotelu i obudził się ze związanymi nogami, widząc Nilsena zawiązującego krawat na jego szyi. Odepchnął go i zwalił z nóg, a wtedy Nilsen kazał mu wyjść. 11 sierpnia 1980 roku około 4 rano wezwał policję na Melrose Place 195, a policjanci zauważyli, że chłopak był pijany. Zapukali do drzwi, a Nilsen wydawał się zaskoczony tym, o co go oskarżali. Funkcjonariusze zdali sobie sprawę, że w całej sprawie chodzi o jakieś homoseksualne porachunki, a obie strony coś ukrywają. Napisali raport, ale Stewart nie chciał go podpisać.

Nilsen mieszkał na Cranley Gardens mniej niż półtora roku, ale zabił tam trzech mężczyzn. A usiłował zabić kilkanaście innych. 23 listopada 1981 roku, w swoje 36 urodziny, Nilsen zabrał 19-letniego studenta geja do swojego mieszkania, gdzie razem spożywali alkohol. Chłopak nazywał się Paul Nobbs. Następnie poszli do łóżka i Nobbs przebudził się o 2:30 nad ranem z potwornym bólem głowy. Zasnął i ponownie obudził się o szóstej i poszedł do kuchni. W lusterku zobaczył głęboki czerwony ślad na swojej szyi. Białko oczu podeszło mu krwią, a twarz wyglądała na posiniaczoną. Nilsen skomentował to mówiąc, że wygląda okropnie i powinien iść do lekarza. Tamtego dnia Nobbs odwiedził uczelniane ambulatorium i dowiedział się, że ślady wokół szyi wyglądają na próbę uduszenia. Jednak odmówił złożenia doniesienia na policję. Ofiarą tuż po nim był John Howlett, któremu nie udało się uciec.

W Sylwestra tego samego roku Nilsen zaprosił do swojego mieszkania sąsiadów, jednak mieli oni już inne plany na ten wieczór. Poza tym mężczyzna wyglądał na pijanego, co wcale nie zachęciło ich do odwiedzin. Słyszeli później jak wychodzi z domu i wraca już nie sam. Na górze słyszeli jakieś zamieszanie. Ktoś zbiegał po schodach, zanosząc się płaczem i wybiegł frontowymi drzwiami. Był to niejaki Toshimitsu Ozawa. Policji powiedział, że myślał, że Nilsen chciał go zabić. Podszedł do Ozawy z krawatem rozciągniętym na dłoniach. Jednak przesłuchanie nie wywołało żadnej reakcji ze strony policjantów.

W kwietniu 1982 Nilsen flirtował z przebranym za kobietę artystą. Był to Carl Stotter (21 l.). Razem się upili i poszli do łóżka. Nilsen próbował udusić chłopaka, który obudził się nie mogąc zaczerpnąć tchu. Myślał, że Nilsen próbuje mu pomóc, ale to nie była prawda. Nilsen zabrał go do łazienki i położył do wanny pełnej wody, zanurzając go kilka razy, do momentu aż Stotter błagał go żeby ten przestał. Stotter zanurzył się pod wodę i przestał się szamotać. Nilsen myślał, że chłopak nie żyje, więc zabrał go na kanapę. Bleep wskoczył na kanapę i zaczął lizać twarz Carla, wiedząc, że tak naprawdę żyje. Wtedy Nilsen zabrał go do łóżka i przytulał się do chłopaka dopóki ten nie odzyskał świadomości. Nilsen powiedział Stotterowi, że przyciął sobie gardło zamkiem od śpiwora, którym się przykrył. Stotter przypisał złe wspomnienia sennemu koszmarowi, pomimo wykonanej obdukcji i informacji, że jego obrażenia wskazują na próbę uduszenia. Nawet zgodził się spotkać z Nilsenem ponownie, ale nie przyszedł na spotkanie. Nie poszedł także na policję.

Sędzia skazał Dennisa Andrew Nilsena na dożywocie bez możliwości ubiegania się o warunkowe zwolnienie przez 25 lat.
(o rozprawie macie więcej w linku poniżej, nie mogłem więcej wkleić bo treść byłaby za długa)

http://killer.radom.net/~sermord/New/zbrodnia.php-dzial=mordercy&dane=Nilsen.htm
#seryjnimordercy
#kryminalne
+31
riley24
Morderstwo Arlis Perry

Hej Mirki i Mirabelki,
Nową historię możecie przeczytać TUTAJ :)

#historieriley #kryminalne
+710
Bemiko
Dziś mija 29 lat od masakry w Montrealu.

W środę 6 grudnia 1989 roku 25-letni mężczyzna, Marc Lepine, wszedł do budynku Politechniki Uniwersytetu w Montrealu niosąc półautomatyczny karabin. Strzelając, zabił 14 kobiet i ranił 13 innych osób: 9 kobiet i 4 mężczyzn.

Lepine uważał, że to przez studentki nie dostał się na Politechnikę. Zanim popełnił samobójstwo zostawił list, w którym umieścił tyradę przeciwko feministkom i listę 19 prominentnych, najbardziej znienawidzonych przez niego kobiet.

#ciekawostki #historia #kryminalne
+5
Poro6niec
Paweł Tuchlin. "Skorpion" polujący z młotkiem

Z budynku Akademii Medycznej w Gdańsku wychodzą studentki. Jest ciepły, jesienny wieczór, spacerujący w parku Paweł Tuchlin wybrał to miejsce i tę porę nieprzypadkowo. Jedna z dziewcząt oddziela się od grupki koleżanek i skręca w pustą alejkę. Na to czekał. Zachodzi jej drogę i demonstruje swoje przyrodzenie. Chce zobaczyć znajomy wyraz przerażenia, którym zwykle reagują w tej sytuacji zaatakowane przez niego kobiety. Lubi to. Jednak tym razem słyszy coś, co jednocześnie upokarza go i rozwściecza: - Chłopie, czym ty się chwalisz?

Jakby dostał w pysk. Tuchlin dobrze zna to uczucie. „Śmierdziel”, „sikacz”, „strażak” - tak mówiły o nim dziewczyny, które prosił do tańca na zabawach w remizie. I śmiały się. Miał wtedy prawie 16 lat i wciąż moczył się w nocy, żadna nie chciała z nim tańczyć. Każdego ranka rodzice sprawdzali prześcieradło. Jeśli było mokre (a przeważnie było), dostawał „lekarstwo”: lanie pydą, czyli splecionymi rzemieniami. Sikał, więc go bili. Billi go, więc sikał. Na dziewczyny we wsi był wściekły. Potem na wszystkie inne. Jeszcze im pokaże, co potrafi.

Studentka, którą zaczepił, szybkim krokiem zmierza w kierunku przystanku na Alei Zwycięstwa. Jeszcze nie wie, że właśnie spotkała przyszłego „Skorpiona”. Jednego z najbrutalniejszych seryjnych morderców w Polsce, który w ciągu kolejnych ośmiu lat zabije i wykorzysta seksualnie 9 kobiet, a 11 poważnie okaleczy.
Czego się pani boi?

Pierwsze trzy ofiary Tuchlina przeżywają napad. Przypadkiem, bo zabójca dopiero uczy się swojego krwawego rzemiosła. Łatwo się płoszy, zwleka z pierwszym ciosem, nie wie, jak go zadać, atakuje w mieście, próbuje najpierw zagadywać upatrzone kobiety. Później zmieni taktykę, stanie się szybki, sprytny, bezwzględny i niezauważony. Na razie mamy zimny, październikowy dzień 1975 roku, godzinę 20.00, a Paweł Tuchlin wie tylko, że musi wreszcie zrealizować chorą seksualną fantazję, która nie daje mu spokoju. 21-letnia Danuta przemierzająca właśnie skwer sąsiadujący z peronem PKP na gdańskiej Oruni, nadaje się do tego idealnie. Jest ładną, zgrabną dziewczyną, ale to dla oprawcy sprawa drugorzędna. Najważniejsze, że jest sama, a warunki wydają się sprzyjające.

_Tuchlin wówczas stawiał pierwsze kroki w swej zbrodniczej działalności, z każdym kolejnym przestępstwem „oswajał się” – mówi Adrian Wrocławski, adwokat prowadzący zajęcia z kryminalistyki na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego._


Skorpion łapie Danutę za ramię i pyta, czy ma zapałki. Dziewczyna nie reaguje, idzie dalej. Po chwili jednak upada twarzą na ścieżkę, kilka razy uderzona przez Tuchlina młotkiem w tył głowy. Udaje mu się zaciągnąć ją w krzaki, ale później wszystko idzie nie po jego myśli. Zauważa brak młotka, który musiał wypaść na ścieżkę, wraca po niego, w tym czasie ktoś nadchodzi. Skorpion musi uciekać.

Po dwóch miesiącach atakuje ponownie w tej samej okolicy, jednak i tym razem nie zaspokoi swojej żądzy. Po ogłuszeniu młotkiem, zdąży zawlec 26-letnią pielęgniarkę Mirosławę za ogrodzenie jednego z domów i zsunąć jej spodnie. Ucieka, gdy zauważa zapalone światło i ruchy za firanką jednego z okien. Zabiera ofierze torebkę, co potem stanie się nieodłącznym elementem jego ataków. Mirce życie ratuje czapka z futra lisa, która amortyzuje uderzenia młotkiem.

Po odzyskaniu przytomności, zakrwawiona, brudna, z rozbitą głową i poszarpanym ubraniem dobija się do drzwi sąsiadów (Tuchlin dopadł ją przy samym domu). Prosi, by ją wpuścili i pozwolili się umyć. Nie chce w takim stanie pokazać się matce.

Kolejna kobieta, upatrzona przez Tuchlina miesiąc później na gdańskich Siedlcach, zaskakuje go. Słysząc za sobą coraz wyraźniejsze kroki, odwraca się i oświetla jego twarz latarką. Widzi gotową do ciosu dłoń, w której mężczyzna trzyma młotek.

- Czego się pani boi? - pyta zdezorientowany mężczyzna, mija ją i znika w mroku. Nie musi długo czekać na kolejną okazję. Jest nią 19-letnia Jadwiga, „Mała”, wracająca do domu z potańcówki w „Rudym Kocie”. Uderza ją młotkiem w tył głowy, wlecze w osłonięte miejsce, zdąży jeszcze rozpiąć jej spodnie, gdy po raz kolejny spłoszą go kroki przypadkowego przechodnia. To ratuje Jadwidze życie. Cudem, bo na miejscu zbrodni funkcjonariusze milicji znajdują odłamki czaszki wielkości dłoni.

Tego się nigdy nie liczy, ręka sama lata - powie kilka lat później Tuchlin, zapytany na wizji lokalnej o liczbę zadanych ciosów.

Biegli policzyli, że zwykle było ich od 5 do 20. Jadwigę uderzył 11 razy.
Chodź się popieścić

Ataki Tuchlina ustają po tym zdarzeniu na trzy lata. Jak się później okaże, odsiaduje w tym czasie wyroki za kradzieże, nie niepokojony najmniejszymi podejrzeniami o dokonanie znacznie gorszych czynów.

Po wyjściu z zakładu karnego, gdzie prawdopodobnie przemyślał swoje działanie, rozpoczyna się faza, którą dr Jerzy Wnorowski nazwał „Apogeum”, trwająca od 1979 do 1980 – wyjaśnia Adrian Wrocławski. - Cechowała się ona spokojem, rozważnością, uwagą, brutalną precyzją i dokładnością. Wówczas jego działanie pochłonęło życie sześciu kobiet w jednym zbrodniczym ciągu.


Pierwszą ofiarą śmiertelną jest Irena, 18-letnia pielęgniarka. Wracając z kuzynką z kawiarni, słyszy trzask łamanej gałęzi dochodzący z zagajnika. Dziewczęta ignoruja odgłos i wkrótce, na nieszczęście Irki, rozdzielają się. Skorpion śledzi je z odległości 100 metrów. Na drodze w Niestępowie obnaża się przed Ireną i wypowiada zdanie, które padnie z jego ust jeszcze wiele razy: „Chodź, będziemy się pieścić”. Pieszczoty oferowane przez Tuchlina to kilkanaście ciosów młotkiem w głowę, wleczenie do rowu i zdzieranie dolnej części garderoby. On sam zadowala się wreszcie w taki sposób, o który mu zawsze chodziło: dotyka narządów płciowych kobiety i onanizuje się. To mu wystarczy - do penetracji nigdy nie dochodzi.

Jak ja sobie tak pogrzebałem, to przez dwa dni rąk nie myłem, tylko wąchałem – powie potem podinspektorowi Stefanowi Chrzanowskiemu, szefowi grupy „Skorpion”, która przez lata usiłowała wytropić mordercę kobiet.

Pech, przypadek i ludzkie niedbalstwo decydują o tym, że pierwsze zabójstwo nie jest również ostatnim. Tuchlin, uciekając z miejsca zdarzenia, gubi narzędzie zbrodni – owinięty bandażem młotek. Są na nim wyryte litery ZNTK. To Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego, w których morderca pracuje. Nie ma go jednak na liście pracowników pobierających narzędzia. Osoba sporządzająca wykaz nie wpisała jego nazwiska. Skorpion może grasować dalej.

30-letnią Anastazję, która wcześniej pokłóciła się z mężem, atakuje i zabija na Zakoniczynie. Alicja ze Skowarcza, wracajaca z pracy do męża i dziecka, zostanie znaleziona dopiero pod dwóch dniach: półnaga, w śniegu, z rozrzuconymi nogami i twarzą zastygłą w przerażeniu. 22-letnią Cecylię, księgową z Radziejowa, Skorpion dopada na 10 dni przed jej ślubem. Dziewczyna wysiada z autobusu w Lubikach i spieszy się na ostatnią przymiarkę sukni ślubnej, a potem do narzeczonego, który czeka na nią w domu. Nigdy już tam nie dotrze. Tuchlin zabija ją w lesie, a potem dokonuje swoich „pieszczot”. Z siatki, którą niosła dziewczyna, wysypują się zakupy: bułka paryska, wędlina, śliwki i ciastka, tzw. „Katarzynki”. Tuchlin posilia się nimi nad ciałem umierającej. Taki koszmarny posiłek jeszcze kiedyś powtórzy.

- Zimno dziś, prawda? – zaczepia w listopadzie 22-letnią Grażynę, pracownicę domu dziecka, zmierzającą do Kamionki k. Malborka, gdzie mieszkają jej rodzice.
- Rzeczywiście, niezbyt ciepło - odpowiada zaniepokojona dziewczyna i próbuje iść dalej.
- Jednak nie za zimno, żeby się popieścić.

Na ucieczkę nie ma już szans. Dziewczyna otrzymuje siedem ciosów prętem - tym razem Skorpion wyruszył na polowanie bez młotka. Zanim 1980 rok dobiegnie końca, zabije jeszcze raz: Wandę, matkę ośmiolatka, która o 5.00 nad ranem wyrusza do pracy w sklepie spożywczym przy ul. Kartuskiej w Gdańsku i wpada prosto w ręce Skorpiona.
Chciałem je tylko unieruchomić

Skuteczność tych ataków i poczucie bezkarności spowodowało dalszą ewolucję sprawcy i zaowocowało wyodrębnieniem fazy trzeciej, „nonszalanckiej” - tłumaczy Adrian Wrocławski. - Trwała ona od 1981 do 1983 roku, kiedy Tuchlin działał wyjątkowo zuchwale, nieostrożnie, zaczął dokonywać ataków w dzień, często w odstępie kilku dni. Wówczas zamordował trzy kobiety, ale też w siedmiu przypadkach miały one szczęście ujść z życiem.


Genowefę napada latem, w biały dzień i dotkliwie rani prętem (kobieta jakimś cudem uchodzi z życiem). W Krystynę i w Bogumiłę wjeżdża… skradzionym żukiem - im również udaje się uniknąć śmierci. Tyle szczęścia nie ma 19-letnia Halina, którą Skorpion atakuje w Kokoszkach. Znaleziona w krzakach 14 listopada 1981 roku i przewieziona do szpitala w Gdańsku kona jeszcze przez cztery doby. W dniu napadu miała wyprawić swoje urodziny.

Jedną z najbrutalniejszych i najgłośniejszych zbrodni Tuchlina jest zabójstwo 24-letniej Bożeny w Skarszewach. Dziewczyna kończy pracę o 20.30 i spieszy się do domu - ma liczne rodzeństwo, po śmierci ojca pomaga matce jak może. Skorpion uderza ją w głowę na chodniku, przeciąga przez jezdnię na drugą stronę i wraca jeszcze po torebkę, która wypadła Bożenie z ręki. W tym czasie dziewczyna odzyskuje przytomność, próbuje wstać. Oprawca zadaje jej kolejne ciosy i przerzuca przez murek, za którym zaczyna zdzierać z niej ubranie. Bożena próbuje się opierać, bełkocze, spadają więc na nią kolejne ciosy rozwścieczonego już zabójcy.

_Chciałem je tylko unieruchomić - powie śledczym Paweł Tuchlin. - Gdyby się nie ruszały, nie musiałbym zabijać._


Gdy oddala się od niej w stronę ulicy i ogląda za siebie, dziewczyna jeszcze się rusza. Od godziny 21.00 do północy kilka, a może nawet kilkanaście osób przechodzących nieopodal i mieszkających w okolicznych blokach słyszy dobiegające zza murku jęki Bożeny: „Mamo, mamusiu”. Tego wieczoru hucznie obchodzone są w wielu domach imieniny Marii. Ofiarę Skorpiona znajduje w końcu przed pierwszą w nocy trzech mężczyzn, którzy wychodzą z imprezy po alkohol. Jest już za późno. W momencie przyjazdu karetki Bożena nie żyje.

Pamiętam jak robiliśmy wizję w Skarszewach - wspomni po wielu latach od tego zdarzenia podinsp. Stefan Chrzanowski. - Gdyby nie było zabezpieczenia milicyjnego, to doszłoby do samosądu. W klika osób nie dalibyśmy rady go uchronić.


Fetyszysta

Paweł Tuchlin był zdziwiony, że zabił tyle kobiet. Już w areszcie domagał się ich nazwisk i adresów, chciał do nich napisać i dowiedzieć się, czy to wszystko, co mu zarzucają, to prawda. Widział w dzieciństwie, jak ogłusza się świnie. Siły ciosów młotkiem, które zadawał kobietom, nie kontrolował. Twierdził, że oddychały, gdy je zostawiał.

_Po osiągnięciu wytrysku ubierałem się, przeglądałem torebkę kobiety i zabierałem pieniądze, biżuterię, jedzenie. Przedmioty te miałem w domu, bawiłem się nimi albo dawałem żonie. Kiedy taka kobieta doszła do siebie i stwierdziła ich brak, to na pewno się martwiła. Ta myśl cieszyła mnie, ale nie wiem dlaczego - pisze w trakcie pobytu w areszcie._


Oprócz pieniędzy, obrączek, zegarków, zdarzało mu się również zabrać wycięte z majtek skrawki materiału. Używał ich później jako chusteczek do nosa. Badania psychiatryczne potwierdziły, że u Tuchlina z biegiem lat wykształciła się parafilia. Najpierw był podglądaczem, potem ekshibicjonistą, wykształcił najprostsze formy kontaktu z kobietami, jak obnażanie się czy łapanie ich za krocze. Interesowały go przede wszystkim ich narządy rodne i seks oralny. Nie miał innego pomysłu na przekonanie kobiety do „pieszczot” niż ogłuszenie jej młotkiem.

Co ciekawe, Skorpion był zbrodniczym alter ego zwykłego, niczym niewyróżniającego się mężczyzny. Paweł Tuchlin wiódł przeciętny żywot, sąsiedzi byli zdziwieni, że ten spokojny, nieśmiały człowiek dopuścił się takich czynów. Był dwuktornie żonaty. Obie kobiety twierdziły, że pożycie seksualne układało się normalnie. Co prawda czasem potrafił zachować się dziwnie, np. wyjść z domu w trakcie rozmowy albo nie reagować na pytania. Czasem uderzyć żonę. Ale który chłop tego nie robił? On sam nie był specjalnie szczęśliwy w małżeństwie: żony nie chciały uprawiać miłości francuskiej, a pierwsza w dodatku nie sprzątała w mieszkaniu i podobno go zdradzała. Wydaje się, że głębsze uczucia żywił jedynie w stosunku do synka (miał dwoje dzieci). Przed wykonaniem wyroku pojechał się z nim pożegnać i długo tulił w ramionach. Jednak nawet myśl o dziecku nie powstrzymała go wcześniej przed dokonywaniem okrutnych zbrodni. Liczyło się jedynie zaspokojenie potrzeb.

Pogoda była jego wspólnikiem

Paweł Tuchlin wyruszał na polowanie, gdy zmieniała się pogoda, a ciśnienie spadało. Stąd jedna z teorii, że ten groźny zabójca był baropatą. On sam mówił później, że zanim zaatakował, przez cały dzień odczuwał dziwny niepokój, podniecenie, którego nie potrafił i raczej nie chciał powstrzymać. Brał młotek, obwiązywał go bandażem, aby stal nie ziębiła ciała i chował za pasek. Znał na pamięć rozkłady jazdy, najdogodniejsze połączenia. Czasem godzinami jeździł po okolicy, zanim znalazł odpowiednią dziewczynę. I okazję, bo choć jego ofiarami padały zwykle młode, ładne i szczupłe kobiety, uroda nie była najważniejszym kryterium. Czasem wysiadał za którąś tylko dlatego, że w okolicy nie było nikogo, a ona szła sama.

Ale warunki pogodowe sprzyjały zbrodniom Tuchlina również z innych względów. Mgła, która była częstym świadkiem jego przestępstw, ograniczała widoczność i pozwalała na szybkie, niezauważone opuszczenie miejsca zbrodni. Nie bez powodu atakował o świcie lub po zmroku. Deszcz, wiatr i śnieg wielokrotnie zniszczyły ślady, które po sobie zostawiał, skutecznie komplikując milicjantom dochodzenie. Gdy przybywali na miejsce, trudno było znaleźć jakikolwiek dowód.
Podpis zabójcy

Jak to możliwe, że przez siedem lat pozostał nieuchwytny? Przez cały ten czas, mimo że atakował w ten sam sposób, nikt nie połączył zabójstw kobiet z jednym sprawcą. Dziś wydaje się to nieprawdopodobne.

_O nieuchwytności Skorpiona zaważyła i niedoskonałość technik wykrywczych i często czysty pech - mówi mec. Adrian Wrocławski. - Ale Tuchlin był również przebiegłym człowiekiem. Nie zostawiał wielu śladów. Pozostawała jedynie inwigilacja różnych środowisk, która była przeprowadzana bardzo dokładnie, a mimo to nie udawało się go namierzyć._


Mec. Wrocławski tłumaczy, że przez swoje „rozpasanie” w ostatniej fazie morderczej działalności Skorpion zaczął pozostawiać na miejscach ataków konkretne i wartościowe ślady. Ostatecznie udało się powiązać je ze sobą. Bezpośrednią przyczyną, która wepchnęła go w ręce milicji nie było zabójstwo, ale… kradzież świń. Załadował je do żuka, którym przewoził później jedną z ofiar. Leśna droga była zabłocona, samochód utknął, Skorpion musiał uciekać pieszo. W porzuconym aucie znaleziono ślady świnskiego kału. Funkcjonariusze nie mieli jeszcze stuprocentowej pewności, że mordercą jest Tuchlin, ale krąg podejrzanych zawężał się. Pojechali po niego 31 maja 1983 roku pod pozorem wyjaśnienia kradzieży, w chlewie znaleźli skradzione prosiaki. Gdy skuli go w kajdanki, zaczął drżeć. Wiedział, że to koniec.

Modus operandi, czyli ekspertyza dotycząca sposobu działania zabójcy po raz pierwszy w polskiej kryminalistyce została uznana jako dowód w sprawie. Fakt, że morderca atakuje o określonej porze, używa konkretnego narzędzia, zadaje ciosy w tył głowy, rozbiera ofiary i okrada je, zabiera swoje „trofea”. To wszystko zauważył, uporządkował i przypisał do jednej osoby dr Jerzy Wnorowski z Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego.

Michał Pruski i Zbigniew Żukowski, dziennikarze „Głosu Wybrzeża”, którzy dostali „sprawę Skorpiona” na wyłączność, wspominali później, że zapytali go, co by zrobił, gdyby udało mu się wyjść na wolność. „Zapolowałbym” – miał odpowiedzieć.

Biegli stwierdzili, że Paweł Tuchlin był poczytalny, gdy dokonywał zbrodni i może odpowiadać za nie przed sądem. Sąd zdecydował, że taki człowiek jak on może podlegać tylko jednej karze – trwałej eliminacji ze społeczeństwa. Był przedostatnim skazanym w Polsce, na którym wykonano karę śmierci. Paweł Tuchlin został powieszony 25 maja 1987 roku. Jeden z obrońców Tuchlina (miał ich aż trzech), mec. Marek Maj, mówił później, powołując się na wiarygodne źródło, że przed zamknięciem wieka trumny grabarze oddali do niej mocz.

Choć proces Skorpiona był burzliwy: morderca m.in. wycofał swoje zeznania, twierdził, że to nie on zabijał, w końcu nie przyznał się do dwóch zarzucanych mu zbrodni, prosił nawet o operację zmiany płci, nie ma osoby, która mogłaby potwierdzić, że przez chwilę żałował tego, co robił.

Przed wizjami lokalnymi, jeszcze w areszcie musieli dawać mu środki uspokajające, tak bardzo podniecały go same wspomnienia dokonanych morderstw – mówi Michał Pruski. – W rolę ofiar wcielała się pozorantka z milicji, drobna dziewczyna. Na wszelki wypadek Tuchlin dostawał młotek zrobiony ze styropianu.

#seryjnimordercy
#polska
#kryminalne
http://magazyn.wp.pl/artykul/polowal-z-mlotkiem-gdyby-sie-nie-ruszaly-nie-musialbym-zabijac
+112
Poro6niec
The Axeman of New Orleans

Seryjny morderca czynny w Nowym Orleanie (i okolicznych hrabstwach, w tym Gretnie) od maja 1918 roku do października 1919 roku. W szczytowym okresie wywołanej przezń paniki prasa donosiła o podobnych morderstwach dokonanych już w 1911 roku, ale ostatnie badania wykazały, że te sprawozdania należy postawić pod znakiem zapytania
Pseudonim zabójcy wziął się z jego modus operandi - sprawca atakował swe ofiary siekierą. W niektórych przypadkach Kat wpierw otwierał siekierą drzwi do mieszkania ofiary. Zabójca nie został schwytany ani zidentyfikowany, chociaż morderstwa ustały równie tajemniczo, jak się zaczęły. Tożsamość mordercy jest nieznana do dziś, mimo że proponowano różne rozwiązania.

Nie wszystkie ofiary Kata umierały, ale brutalność i zupełna przypadkowość jego ataków terroryzowała społeczeństwo. Niektóre wczesne ofiary Kata to Amerykanie włoskiego pochodzenia, w szczególności syn Pietro Pepitone, który kilka lat wcześniej zabił szantażystę, członka Black Hand, Paula Di Cristinę (Paolo Marchese); gazety donosiły, że w to zabójstwo mogła być zamieszana mafia (podobnie jak w przypadku Shotgun Mana). Jednakże późniejsze przestępstwa wyraźnie nie pasowały do tego profilu, ponieważ ujmowały znacznie szerszą część społeczeństwa. Do ofiar Kata należały m.in. kobieta w ciąży czy dziecko zabite w ramionach swojej matki. Wydaje się, że Kat czerpał inspirację z Kuby Rozpruwacza, ponieważ on (bądź ktoś podający się za niego) wysyłał gazetom kpiące listy, w których pisał o przyszłych zbrodniach i twierdził, że jest nadprzyrodzonym demonem "z piekieł".

13 marca 1919 roku w gazetach został opublikowany list, rzekomo od Kata. W liście Kat napisał, że ponownie zabije kwadrans po północy 19 marca, ale nie zabije w miejscach, gdzie grupy muzyczne będą grały jazz. W nocy z 18 na 19 marca wszystkie sale taneczne w Nowym Orleanie były wypełnione do granic możliwości, a zespoły zawodowe i amatorskie grały jazz w setkach domów w mieście. Nikt nie zginął tamtej nocy.

Nie wszyscy zostali zastraszeni przez Kata. Niektórzy dobrze uzbrojeni obywatele za pośrednictwem gazet wysyłali Katu zaproszenia, by ten odwiedził ich domy i przekonał się, kto zginie pierwszy. W jednym zaproszeniu zapraszający obiecywał zostawić Katu otwarte okno, uprzejmie prosząc o nieuszkodzenie drzwi.

Colin Wilson spekulował, że Katem mógł być Joseph Momfre, mężczyzna zastrzelony w 1920 roku w Los Angeles przez wdowę po Mike'u Pepitonie, ostatniej znanej ofiary Kata. Teoria Wilsona była później często powtarzana. Jednakże Michael Newton przeszukał dokumenty policji i sądów oraz archiwalne numery gazet z Nowego Orleanu i Los Angeles i nie znalazł żadnego dowodu, że człowiek nazwiskiem "Joseph Momfre" (lub podobnym) został zaatakowany bądź zabity w Los Angeles. Newton nie znalazł także żadnych informacji, że pani Pepitone (gdzieniegdzie identyfikowana jako Esther Albano, a gdzie indziej jako "kobieta, która utrzymywała, że jest wdową po Pepitone") została aresztowana, sądzona lub skazana za takie przestępstwo, a nawet, że przebywała w Kalifornii. Newton zaznaczył, że nazwisko "Momfre" i jego warianty nie było w czasie zbrodni niezwykłym nazwiskiem w Nowym Orleanie. Newton przyznał, że rzeczywiście w Nowym Orleanie mogła przebywać osoba nazwiskiem Joseph Momfre lub Mumfre mająca przeszłość kryminalną bądź powiązana z przestępczością zorganizowaną, ale dane z tamtego okresu nie pozwalają na potwierdzenie tej informacji. Podkreślił także, że wyjaśnienia Wilsona są miejską legendą, i obecnie nie ma więcej dowodów na tożsamość mordercy aniżeli w czasie zabójstw.

Jedna z domniemanych "wczesnych" ofiar Kata, włoska para nazwiskiem Schiambra, została zastrzelona przez intruza w ich domu w Lower Ninth Ward wczesnym rankiem 16 maja 1912 roku. Mężczyzna przeżył, a kobieta zginęła. W relacjach gazet główny podejrzany miał nazwisko "Momfre". Chociaż modus operandi sprawcy był inny niż Kata, to wtedy po raz pierwszy pojawiło się powiązanie Momfre z Katem.

Ofiary

1. Joseph Maggio – Włoch, właściciel sklepu spożywczego. Został zaatakowany w nocy 22 maja 1918 roku, gdy spał obok żony, Catherine w ich domu na rogu ulic Upperline i Magnolia. Przeżył atak, ale zmarł kilka minut po przybyciu jego braci, Jake'a i Andrew, którzy ze swojego mieszkania po drugiej stronie ulicy usłyszeli krzyki ofiar.

2. Catherine Maggio – żona Josepha Maggio. Także została zaatakowana w nocy 22 maja 1918 roku. Zabójca przeciął gardła Josepha i Catherine brzytwą, potem zaś rozłupał im głowy siekierą. W wypadku pani Maggio rany szyi były tak głębokie, że jej głowa została nieomal odcięta od ciała.

3. Louis Besumer – także właściciel sklepu spożywczego, zaatakowany wczesnym rankiem 6 czerwca 1918 roku wraz z kochanką Harriet Lowe. Został uderzony siekierą w prawą stronę głowy, tuż nad skronią. Mimo tych ciężkich obrażeń przeżył atak. Ponieważ Lowe wskazała go jako napastnika, został aresztowany. Spędził za kratami dziewięć miesięcy, by zostać uniewinnionym przez przysięgłych po dziesięciominutowej naradzie.

4. Harriet Lowe – zaatakowana podczas przebywania w łóżku z Louisem Besumerem. Zabójca uderzył ją siekierą w lewą stronę czaszki, co wprawdzie nie zabiło pani Lowe, wywołało jednak częściowy paraliż twarzy. Lowe zmarła 5 sierpnia 1918 roku, dwa dni po operacji w trakcie której chirurdzy starali się usunąć paraliż.

5. Pani Schneider – zaatakowana wczesnym wieczorem 5 sierpnia 1918 roku. W czasie ataku była w ósmym miesiącu ciąży. Uświadomiła sobie nagle, że stoi nad nią ciemna postać, po czym została kilkakrotnie uderzona w twarz siekierą. Została znaleziona przez męża, który wracał z pracy. W szpitalu doszła do zdrowia, a trzy tygodnie po ataku urodziła zdrową dziewczynkę.

6. Joseph Romano – starszy mężczyzna mieszkający wraz z dwiema siostrzenicami, Pauline i Mary Bruno. 10 sierpnia 1918 roku dziewczęta zostały obudzone przez dziwne odgłosy, dochodzące z sypialni wuja. Gdy tam weszły, ujrzały uciekającego przez okno krępego osobnika o ciemnej karnacji, odzianego w ciemne ubranie i kapelusz z szerokim rondem. Pan Romano, mimo, że ciężko ranny w głowę, był w stanie przejść o własnych siłach do wezwanej karetki, jednak dwa dni później zmarł w szpitalu. Śledczy znaleźli na podwórzu zakrwawioną siekierę, odkryli też, że sprawca dostał się do domu zrobiwszy dziurę w tylnych drzwiach.

7. Charles Cortimiglia – imigrant mieszkający wraz z żoną i dzieckiem na rogu Jefferson Avenue i Second Street w Gretnie. W nocy 10 marca 1919 roku sąsiad Cortimigliów, sklepikarz Iorlando Jordano, zaalarmowany dochodzącymi z ich mieszkania krzykami przybiegł na ratunek, by zastać tam ranną w głowę Rosie, tulącą do siebie ciało córeczki, Mary. Charles Cortimiglia leżał na podłodze, krwawiąc ze strzaskanej czaszki. Oboje odwieziono do Charity Hospital.

8. Rosie Cortimiglia – żona Charlesa Cortimiglii. Została zaatakowana wraz z mężem w trakcie snu 10 marca 1919 roku, mając dziecko w rękach. Została ciężko ranna, ale przeżyła atak.

9. Mary Cortimiglia – dwuletnia córka Charlesa i Rosie Cortimigliów. Została zamordowana 10 marca 1919 roku w trakcie snu w rękach jej matki, otrzymawszy jeden cios w kark.

10. Steve Boca – właściciel sklepu spożywczego, zaatakowany siekierą przez intruza w trakcie snu 10 sierpnia 1919 roku. Boca przeżył atak. Intruz dostał się przez tylne drzwi, tak jak w przypadku innych ataków Kata.

11. Sarah Laumann – dziewiętnastoletnia kobieta, zaatakowana w nocy 3 września 1919 roku. Otrzymała liczne ciosy siekierą w głowę, straciła również kilka zębów, mimo tego udało jej się przeżyć. Nie pamiętała niczego, co wydarzyło się podczas tamtej nocy.

12. Mike Pepitone – zaatakowany w nocy 27 października 1919 roku. Jego żona została zbudzona przez hałas i dotarła do drzwi jego sypialni w momencie, w którym Kat uciekał. Pepitone został przewieziony do szpitala, gdzie zmarł.

#seryjnimordercy
#kryminalne
+9
entliczek_pentliczek
"Urodziłem się z diabłem we mnie. Nie mogłem zdusić w sobie potrzeby mordowania, tak jak poeta nie może powstrzymać w sobie inspiracji do tworzenia"

-H.H.Holmes - Zbudował 3-piętrowy hotel, robiąc z niego labirynt tortur, pełen morderczych pułapek dla gości. Niektóre pokoje miały wbudowane w ściany lampy lutownicze, które służyły do podpalania ofiar, inne zamieniały się w komory gazowe. W większości znajdowały się również specjalne zsuwnie prowadzące do piwnic… prosto do sali tortur, krematorium i dwóch pieców, gdzie Holmes palił zwłoki. Prymitywne dzwonki alarmowe natychmiast informowały właściciela o próbach wymknięcia się z pokoju. Uciekający w pośpiechu goście natrafiali na schody prowadzące donikąd, ukryte przejścia, zapadnie i fałszywe windy, które prowadziły tylko w jedno miejsce - do piwnicy.
Dokładna liczba ofiar nie jest znana, lecz podejrzewa się, że mogło ich być nawet ponad 200.

Po więcej tego typu wypowiedzi i historii zapraszam na mój fanpage "Cytaty moderców" (。◕‿‿◕。)

#reklama #ciekawostki #kryminalne #mordercy #cytaty #zbrodnia #ciekawerzeczy #zapraszam
+221
kuromicz
Co za poyebana akcja xD
#ksiazki #kryminalne #mniesmieszy
+99
kvoka
PIERWSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

• • •

Część 2

W sylwestra 2016/2017 został aresztowany Józef K., co dla mieszkańców Szczucina było zaskoczeniem. Mężczyzna od początku śledztwa sprawiał wrażenie osoby, która chce pomóc rodzinie Cyganów w odnalezieniu mordercy. Często ich odwiedzał, wypytywał o sprawę i mówił, że będzie samodzielnie prowadził śledztwo. Z ojcem Iwony znał się jeszcze z młodych lat, gdy razem pracowali w Spółdzielni Kółek Rolniczych. K. grał nawet na weselu jego szwagierki, a gdy założyli rodziny, ich córki kolegowały się ze sobą. Józef K. mówił nawet głośno o tym, że podejrzewa swojego syna o dokonanie tej zbrodni. Przestał później jednak interesować się sprawą, ponieważ, jak sam twierdził, jego córka zaczęła dostawać telefony z pogróżkami.

Stary Klapa zajmował się w życiu wieloma rzeczami. Był ratownikiem WOPR, kierownikiem jednej ze szczucińskich drużyn, a także myśliwym, przez co miał pozwolenie na broń. Przez jakiś czas pracował w ORMO. W 1998 r. opiekował się jednym z hangarów nad Wisłą, w którym WOPR trzymało motorówki i sprzęt ratowniczy. Prowadził też ośrodek wodno-rekreacyjny. Organizował tam często zamknięte i huczne imprezy, na których spotykali się tylko wysoko sytuowani ludzie miejscowi oraz m.in. z Tarnowa i z Dąbrowy Tarnowskiej, ówczesny wójt Szczucina, politycy z Warszawy, z SLD (którzy potem działali w resortach siłowych za czasów rządów Leszka Millera), policjanci, sędziowie, prokuratorzy, lekarze, szczuciński proboszcz oraz właściciel firmy Tankpol Roman M. (ten sam, który ufundował nagrodę za znalezienie sprawcy; może to był wabik na kogoś, kto mógł zbyt dużo wiedzieć na temat morderstwa?), ważna postać w branży paliwowej i transportowej. W 2002 r. został zatrzymany przez CBŚ pod zarzutem kierowania zorganizowaną grupą przestępczą w tzw. aferze paliwowej. Wniosek o jego zwolnienie z aresztu złożyli m.in. były wójt Szczucina oraz tamtejszy proboszcz. Józef K. często pił też z Andrzejem Ł. ps. Jabłuszko z Komendy Powiatowej Policji w Dąbrowie Tarnowskiej oraz byłym funkcjonariuszem ZOMO w Tarnowie, świetnie znał się także z naczelnikiem wydziału kryminalnego tej komendy, Bogusławem P. ps. Papuśny, którego często odwiedzał w pracy.

Według śledczych, na tych spotkaniach Stary Klapa gromadził na wszystkich "haki". Mężczyzna często powtarzał, że ma takie układy, że nikt go nie ruszy.

W styczniu 2017 r. K. usłyszał zarzut pomocnictwa i składania fałszywych zeznań oraz został umieszczony w areszcie śledczym na okres trzech miesięcy.

. . .

W grudniu 2016 r. odbyło się także przesłuchanie Renaty G.-D. (zdjęcie), dawnej przyjaciółki zamordowanej Iwony. Jednak sąd nie zgodził się na jej aresztowanie zaraz po zatrzymaniu, wyraził na to zgodę dopiero po odwołaniu się prokuratury. Same procedury trwały półtora miesiąca, w czasie których kobieta zdążyła zapaść się pod ziemię. Nie stawiła się także w prokuraturze na planowane następne przesłuchanie i nie usprawiedliwiła swojej nieobecności. Dlatego i za nią został wysłany międzynarodowy list gończy. 20 lutego 2017 r. późnym wieczorem na krakowskim lotnisku Straż Graniczna dokonała jej zatrzymania tuż po przylocie do Polski. Kobieta usłyszała zarzut czterokrotnego składania fałszywych zeznań, jednak według pełnomocnika rodziny Cyganów rola Renaty w tej zbrodni jest o wiele większa niż wynikałoby to z kwalifikacji prawnej czynu. W jego ocenie dziewczyna wiedziała, co planują sprawcy w stosunku do Iwony. Była świadoma następstw, które spotkały jej przyjaciółkę, a przynajmniej się na nie godziła.

Kobieta została umieszczona w areszcie na okres trzech miesięcy.

(klik)

. . .

Zarzuty usłyszeli także emerytowany wieloletni posterunkowy ze Szczucina Leszek Witaszek oraz policjant Grzegorz J., którzy w noc morderstwa patrolowali okolicę. W późniejszym czasie zostali zatrzymani również: Maciej C. – były komendant z Dąbrowy Tarnowskiej (pan ten wypowiadał się w programie "997" z 1999 r., do którego link podałam wyżej; zwróćcie uwagę na to jak nie patrzy prowadzącemu w oczy), Bolesław P. ps. Papuśny – długoletni naczelnik wydziału kryminalnego w Dąbrowie Tarnowskiej oraz były funkcjonariusz SB, Paweł W. – wcześniej funkcjonariusz, później pracownik cywilny komendy w Dąbrowie Tarnowskiej, Andrzej K. – były komendant Komendy Powiatowej Policji w Dąbrowie Tarnowskiej oraz przez ponad 11 komendant komisariatu w Szczucinie, a także policjanci: Jerzy S., Marek K., Waldemar G., Longin F., Krzysztof B., Robert N. oraz Jacek M. Zarzucono im nadużycie uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub niedopełnienia obowiązków oraz poplecznictwo, czyli utrudnianie postępowania karnego, co skutkowało niewykryciem sprawcy zabójstwa i jego pomocników przez lata. Wszyscy zostali aresztowani na trzy miesiące. Z wolnej stopy będzie odpowiadać także funkcjonariusz Ryszard S.

Paweł W., który jako jeden z pierwszych prowadził w 1998 r. śledztwo w sprawie śmierci Iwony, na polecenie swojego przełożonego Bogusława P. (prywatnie szwagra Leszka Witaszka), miał zamienić zabezpieczone na miejscu zbrodni ślady, czyli włosy, które były nośnikami materiału genetycznego.

Maciej C., który przeprowadzał oględziny przedmiotów zabezpieczonych w okolicach miejsca zbrodni, miał wyprostować pętlę z drutu, którym uduszono Iwonę. Nie opisał też tego kluczowego dowodu, ani nie zrobił zdjęć.

Andrzej K., również na polecenie Bogusława P., bez żadnego pokwitowania odebrał od rodziny ubrania i biżuterię ofiary, które miała na sobie w noc zabójstwa. Bez rejestracji przechowywano je w komisariacie, aż w końcu ubrania zaginęły.

Bogusław P. może być także autorem wysyłanych przez lata anonimów, którymi mógł wpływać na bieg śledztwa.

Według ustaleń śledczych, niektórzy policjanci faktycznie od lat wiedzieli, że jednym z zabójców jest Paweł K., jednak nic z tą informacją nie zrobili. Jeden z mundurowych miał też wskazać sprawcę rodzinie zamordowanej.

Sierżant Leszek Witaszek współpracował z policjantami, a jego zeznania okazały się bardzo ważne dla śledztwa. Funkcjonariusz przyznał się do winy i dobrowolnie poddał karze. Rodzina Iwony ze względu na jego postawę sporządziła pisemny "akt przebaczenia", w którym mimo wielkiej doznanej krzywdy wybacza mu jego postępowanie. Dokument ten znalazł się w aktach sprawy i nie wyklucza się, że może on mieć znaczenie dla innych podejrzanych funkcjonariuszy. Witaszek został skazany na 11 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz trzy tysiące złotych grzywny.

. . .

Policja i prokuratura, analizując zgromadzony materiał dowodowy, ustaliła, że z zabójstwem Iwony bezpośredni związek ma zaginięcie i śmierć Tadeusza Draba w 1999 r. Według ustaleń w dniu zaginięcia szedł z trzema mężczyznami, którzy nie mieszkali w Szczucinie. Następnie został odurzony alkoholem, przewieziony łodzią motorową na środek rzeki i wrzucony do wody. Motorówka miała być później spalona i zatopiona, a w maju 2018 r. śledczy z pomocą strażaków i płetwonurków usiłowali ją odnaleźć (klik). Prokurator wyjaśniał, że wytypowano osoby, które zdaniem śledczych dopuściły się zamordowania Draba, jednak formalnie nikt nie został jeszcze oskarżony.

W kwietniu 2017 r. policjanci z zespołu Archiwum X zaczęli także badać okoliczności tajemniczej śmierci Marka Kapela (klik) (klik) (klik). Według ich ustaleń, wstępne okoliczności tej sprawy wskazują, że nie był to ani nieszczęśliwy wypadek, ani samobójstwo, a raczej ktoś umyślnie spuścił na niego fragment betonowego ogrodzenia.

Włączyliśmy te dwa postępowania do śledztwa, bowiem mają one bezpośredni związek z wiedzą tych dwóch osób o zabójstwie Iwony Cygan

– informował prokurator.

. . .

Podejrzanym wątkiem jest także samobójstwo 34-letniego sierżanta Andrzeja J. ze szczucińskiego komisariatu. Mężczyzna strzelił sobie w głowę z broni służbowej, pozostawiając żonę i trójkę małych dzieci. Wszystkie wypowiedzi na temat jego śmierci na komendzie w Szczucinie i rzekome powody, które można znaleźć w prasie, są wypowiedziane przez policjantów oskarżonych w sprawie Iwony Cygan (np. tutaj). Wiadomo, że policjantowi jako jednemu z nielicznych ufała rodzina zamordowanej, a on próbował ich wspierać i znaleźć sprawcę. Mówił także, że bardzo by chciał "żeby ta sprawa wyszła”. Jednym z policjantów, którzy znajdowali się na komisariacie w noc śmierci J. zabójstwa był Waldemar G., który obecnie jest oskarżony o mataczenie w sprawie o zabójstwo Iwony.

. . .

W kwietniu 2017 r.oku, po tym jak już kilku osobom postawiono zarzuty, nieznani sprawcy wciąż zastraszali mieszkańców Szczucina i świadków w sprawie morderstwa Iwony. Ktoś powybijał okna, zdemolował obejście, wbił siekierę w drzwi i oblał podejrzaną cieczą dom szwagra jednego z podejrzanych, który zdecydował się współpracować z prokuraturą.

Śledczy badali także sprawę gróźb pozbawienia życia siostry Iwony, które kierowane były z IP na terenie Austrii.

. . .

W kwietniu 2017 r., po tym jak już kilku osobom postawiono zarzuty, nieznani sprawcy wciąż zastraszali mieszkańców Szczucina i świadków w sprawie morderstwa Iwony. Ktoś powybijał okna, zdemolował obejście, wbił siekierę w drzwi i oblał podejrzaną cieczą dom szwagra jednego z podejrzanych, który zdecydował się współpracować z prokuraturą.

Śledczy badali także sprawę gróźb pozbawienia życia siostry Iwony, które kierowane były z IP na terenie Austrii.

. . .

W grudniu 2017 r. ojciec oraz siostry zamordowanej Iwony wydali specjalne oświadczenie, w którym nie zgodzili się, aby proces toczył się w Sądzie Okręgowym w Tarnowie. Z wnioskiem o wyłączenie tarnowskiego sądu ze sprawy zwróciła się także Prokuratura Krajowa.

Sprawa została przeniesiona do Sądu w Rzeszowie, którego działania także wzbudziły podejrzenia rodziny Cyganów. Początkowo rzeszowski sąd chciał zwrócić prokuraturze akt oskarżenia, twierdząc, że wymaga on poprawek – zarzuty muszą być w całości jawne. Jednak sąd apelacyjny nie dopatrzył się żadnych braków i uznał, że zniesienie klauzuli tajności nie wchodzi w grę, gdyż część zarzutów wobec oskarżonych opiera się na niejawnych dokumentach policji, których absolutnie nie można odtajnić. Rodzina Cyganów uważała również, że jako ostatni dowiadywali się o wszelkich ważnych decyzjach, a o zwrocie aktu oskarżenia przeczytali dopiero w mediach. Nie udało im się jednak zmienić sądu ani sędziego.

Dla nas rozpoczynający się proces jest niesłychanie ważny. Jednak nadal uważamy, że absolutnie nie powinien odbywać się on w Rzeszowie, ale w miejscu dalekim od lokalnych układów

– mówiła siostra zamordowanej.

. . .

Akt oskarżenia wpłynął ponownie do Sądu Okręgowego w Rzeszowie w styczniu 2018 r.

Ustalona przez śledczych wersja wydarzeń z sierpnia 1998 r. kształtuje się następująco:

Jak wynika z aktu oskarżenia, w latach 90. w lokalu Roberta K. kwitł handel narkotykami oraz były tam nagrywane filmy pornograficzne z udziałem młodych dziewczyn, które wcześniej były odurzane, a mężczyźni gwałcili je grupowo. Wiele z nich było nieletnich, a niektóre mogły być nawet umysłowo niepełnosprawne. Nagrania często były narzędziem szantażu wobec ofiar, a także wpływowych znajomych, którzy nie raz brali w orgiach udział. Materiały wideo były sprzedawane do Austrii, gdzie Paweł K. wraz ze swoim ojcem prowadzili nielegalne interesy polegające na tym, że pod pretekstem organizowania prac zarobkowych wywoził młode dziewczyny do domów publicznych. Ich werbowaniem zajmował się Młody Klapa, który jeździł po okolicznych miejscowościach i zaczepiał kobiety. Ich selekcja odbywała się w lokalu Trabanta, gdzie było osobne pomieszczenie z weneckim lustrem. Często obserwowali zza niego bawiące się na dyskotece osoby i oceniali, która im się podoba. Niektóre z pokrzywdzonych zgłosiły się po latach do prokuratury.

Iwona wyszła na spotkanie z przyjaciółka Renatą i wspólnie udały się do zajazdu w Szczucinie, gdzie rozmawiały z kolegami, ale nie piły alkoholu. Po wyjściu z lokalu spacerowały w pobliżu rynku, a w tym samym czasie okolicę tę patrolowali policjanci Leszek Witaszek oraz Grzegorz J. Około godziny 22:00 przy nastolatkach, z piskiem opon, około dwóch, -trzech metrów od policyjnego auta, zatrzymał się biały polonez, który prowadził Paweł K. Obok niego siedział nieżyjący już dziś Robert K. zwany Trabantem, a z tyłu ojciec Pawła, Józef. Obie nastolatki wsiadły do środka, Iwona niechętnie, jednak mogła czuć się pewniej przez bliskość policyjnego patrolu, w którym jeden z policjantów był ojcem jej koleżanki z klasy, dodatkowo błyskało się i zaczął padać deszcz. Samochód ruszył, a całą sytuację widziała także trójka mężczyzn, wśród nich Tadeusz Drab. Świadek wsiadł do radiowozu i obawiając się nadchodzącej burzy poprosił znajomych policjantów o podwiezienie do domu. Policjanci wraz z Drabem ruszyli za polonezem i jechali za nim aż do rzeki, gdzie mundurowi wysadzili pasażera i wrócili do patrolowania miasteczka.

Najprawdopodobniej Iwona była bita już w samochodzie, a później przetrzymywana w przystani wodnej WOPR. Cała piątka przed północą podjechała pod bar "U Trabanta", gdzie ponownie widzieli ich policjanci, którzy zaparkowali nieopodal. Gdy wraz z Iwoną pojawili się w pubie, znajdowało się tam około 30 osób. Przy barze stała dziewczyna Pawła K., żona Trabanta oraz barmanka. Na zewnątrz szalała burza, lało jak z cebra. Mężczyźni, nie kryjąc się, wraz z Iwoną weszli do wydzielonego pomieszczenia, w którym to między innymi były nagrywane filmy pornograficzne. Tam Młody Klapa usiłował zgwałcić nastolatkę, ale ta zaciekle się broniła. Wtedy Trabant i Józef K. chwycili ją za ręce i przytrzymali, a Paweł K. bił twardym narzędziem typu kastet oraz kopał po całym ciele. Po uderzeniach w głowę Iwona na jakiś czas straciła przytomność. Po północy mężczyźni związali jej ręce i podtrzymując zakrwawioną nastolatkę, wyprowadzili ją z lokalu i wepchnęli do poloneza. Całe zdarzenie ponownie widziała duża grupa klientów lokalu oraz policjanci, którzy mogli dobrze zdawać sobie sprawę z tego, co dzieje się "U Trabanta". Jak twierdzi Prokuratura Krajowa, wszystkie osoby, które tamtego wieczoru bawiły się w lokalu, są dziś zidentyfikowane z imienia i nazwiska. Żadna z nich przez następne 19 lat nie przyszła do Cyganów i nie opowiedziała, co stało się tego wieczoru.

Paweł K., Józef K. i Robert K. wywieźli Iwonę w stronę hangarów WOPR, a za nim ruszył policyjny radiowóz oraz jeszcze jeden samochód. Według relacji policjanta Witaszka, biały polonez skręcił w inną stronę niż oni, jednak co do jego wersji jest wiele wątpliwości.

Dalsze wydarzenia tej nocy udało się odtworzyć dopiero od godziny drugiej. Wówczas w okolicy wału nad Wisłą, około 200 metrów od hangarów WOPR, po wyjściu z poloneza Iwona zaczęła uciekać, jednak sprawcy dopadli ją i znów brutalnie pobili. Dziewczyna straciła przytomność, a Paweł K. z pobliskiego ogrodzenia wybiegu dla zwierząt wziął długi patyk ze stalowym drutem, który owinął jej wokół szyi. Miał to widzieć Tadeusz Drab, który mieszkał niedaleko rzeki i zobaczywszy światła wyszedł sprawdzić co się dzieje. Mężczyzna później pobiegł do małżeństwa mieszkającego obok, którym opowiedział czego był świadkiem.

Po zabójstwie sprawcy częściowo zdjęli ubranie z Iwony próbując upozorować zabójstwo na tle seksualnym.

Starsza z sióstr Iwony kilka lat temu dotarła do świadka, który twierdził, że w noc zabójstwa widział, jak policyjne radiowozy stały na wiślanym wale, nieopodal miejsca, gdzie następnego dnia odnaleziono ciało nastolatki. O ich pobycie na miejscu zbrodni zaraz po morderstwie może świadczyć także to, że gdy około godziny 9:00 ojciec Iwony udał się na komisariat w Szczucinie zgłosić zaginięcie córki to zastał tam sierżanta Leszka Witaszka oraz Grzegorza J., którzy służbę powinni skończyć już o godzinie 7:00, a mimo tego nie udali się do domu spać, tylko przyjechali na komisariat. Wersję te potwierdza także inny z byłych policjantów ze Szczucina.

Ojciec Iwony wraz z Leszkiem Witaszkiem udali się do domu Cyganów, gdzie w tym czasie przebywała również Renata. Policjant chciał z nią koniecznie porozmawiać, więc oboje zamknęli się w pokoju. Po jakimś czasie mężczyzna wyszedł i oświadczył, że dziewczyna nic nie wie i że Iwona na pewno wróci.

Dzisiaj prawie przekonany jestem, że powiedział jej, co ma mówić.

– twierdził ojciec zamordowanej.

Według materiałów policyjnych, zaginięcie nastolatki zostało zgłoszone dopiero około godziny 13:00. Najprawdopodobniej w ten sposób chciano ukryć fakt, że szczucińska policja nie prowadziła żadnej akcji poszukiwawczej.

Dzień po zabójstwie Leszek Witaszek przywiózł Tadeusza Draba do sklepu swojej żony w sąsiedniej wsi i kupił mu kilka piw. Po czym razem z Grzegorzem J. wzięli go do radiowozu i wypytywali szczegółowo o to, co widział poprzedniej nocy. Po tej rozmowie Drab utrzymywał, że nie był niczego świadkiem, z kolei policjanci nie sporządzili z tej rozmowy żadnej służbowej notatki.

klik <– Najnowszy reportaż "UWAGI" na temat sprawy Iwony Cygan, w którym pokazana jest wizualizacja przebiegu wydarzeń z sierpnia 1998 r., relacje rodziny oraz argumenty potwierdzające obecność Leszka Witaszka oraz Grzegorza J. przy wale wiślanym zaraz po morderstwie.

Zastanawiający jest także fakt, że Bogusława P. naczelnika wydziału kryminalnego, a prywatnie szwagra Leszka Witaszka nie było następnego dnia na miejscu zabójstwa, co może sugerować, że był tam już wcześniej.

Wielu świadków zeznaje, że w sprawę zamieszany jest też inny policjant z dąbrowskiej komendy, Andrzej Ł., pseudonim Jabłuszko, który był wtedy członkiem zarządu tarnowskiego WOPR i miał klucz do hangarów. Rok po zabójstwie wyjechał z rodziną do Stanów Zjednoczonych. Dzwonił potem do Szczucina i wypytywał ludzi co się dzieje w śledztwie. Do Polski przyjechał znowu w 2009 r., chciał zostać na dłużej. Jednak po przesłuchaniu w Archiwum X i badaniu wariografem spakował walizki i następnego dnia wrócił do USA. Dziś prawdopodobnie to on jest świadkiem incognito.

. . .

Jako motyw zabójstwa Iwony pojawia się handel żywym towarem. Kilku świadków zeznało, że Iwona miała wyjechać do Austrii razem z siostrą Renaty, która już od kilku lat pracowała w wiedeńskiej knajpie. Nastolatka nawet wyrobiła sobie paszport i zapewne na początku nie domyślała się do czego jest przeznaczona. Mogła być już komuś sprzedana, a ludzie, którzy zapłacili pieniądze za młodą dziewczynę, domagali się dowiezienia zakupionego towaru. Inna hipoteza zakłada, że tamtego wieczoru Iwona miała być w hangarze komuś wystawiona lub Paweł K., Józef K. oraz Robert K. chcieli nagrać film pornograficzny z jej udziałem. Może dziewczyna zbyt dobrze poznała sekrety szczucińskiego układu, a gdy chciała się wycofać, stała się dla nich potencjalnym zagrożeniem.

. . .

Robert K. ps. Trabant był z wykształcenia mechanikiem lotniczym. Przez jakiś czas pracował jako strażak w szczucińskiej OSP, służył też w jednostce komandosów. Był bardzo agresywnym człowiekiem. Pod koniec lat 90. wraz z innymi lokalnymi biznesmenami sponsorował zakup sprzętu dla lokalnej policji. Mężczyzna oprócz prowadzenia dwóch najpopularniejszych lokali w Szczucinie, czerpał także zyski z filmów pornograficznych i z handlu narkotykami.

Następnego dnia po zabójstwie w pubie "U Trabanta" zaczął się remont. Przebywali tam wtedy m.in. Paweł K., jego dziewczyna oraz Trabant z żoną. Według późniejszych zeznań świadków do baru przyjechało wtedy trzech policjantów z Dąbrowy Tarnowskiej w cywilnych ubraniach, którzy rozpytywali o zabójstwo Iwony. Notatek z tego zdarzenia nie było później w aktach sprawy.

Młodsza siostra Iwony chodziła z synem Roberta K. do klasy, rodzice czasem przyprowadzali go do Cyganów, by mógł pobawić się z koleżankami, a Iwona odprowadzała go pod wieczór do domu.

Rok po zabójstwie Robert K. zamknął bar. Zmarł kilka lat temu, a jego syn opowiadał, że bardzo interesował się sprawą, zbierał materiały i nagrywał programy na temat tego brutalnego morderstwa. Jego zdaniem ojciec miał wyrzuty sumienia, przez co zapił się na śmierć.

. . .

W sierpniu 2018 r. mieszkańcy Szczucina chcieli uczcić 20. rocznicę śmierci Iwony Cygan poprzez odprawienie w jej intencji mszy. Jednak proboszcz miejscowej parafii odmówił, twierdząc, że obecnie na miasto jest za duża nagonka w mediach i to szkodzi parafii. Kiedy wierni próbowali dowiedzieć czegoś więcej w tej sprawie, zostali poinformowani przez jednego z księży, że msza się odbyła, jednak ze względu na nowe przepisy RODO nie można udzielać więcej informacji. Duchowny dodał również, że parafia mogła odmówić odprawienia nabożeństwa, ponieważ parafianie zgłosili się zaledwie dwa tygodnie wcześniej, a ponadto jest sezon urlopowy i połowy księży nie ma. Msza w intencji Iwony odbywa się jednak co roku na prośbę rodziny i jest zamawiana pół roku wcześniej. Nabożeństwo to odbywa się jednak w sąsiedniej parafii.

. . .

6 czerwca 2018 r. w Sądzie Okręgowym w Rzeszowie ruszył proces (klik). Oskarżycielami posiłkowymi byli ojciec Iwony oraz jej dwie siostry. Mama zamordowanej niestety nie doczekała się sprawiedliwości i zmarła kilka lat temu.

Praktycznie całe życie czekałam na ten dzień. Często sobie go wyobrażałam. Ludzie, którzy są oskarżeni o morderstwo, byli w tych myślach. Bo od początku wiedzieliśmy, że to oni. Przez 20 lat próbowano nam wmówić, że zabójstwa nie było - akt oskarżenia, który zostanie dziś odczytany, jest dowodem na to, że tej sprawy nie da się już dłużej zamiatać pod dywan

– mówiła przed drzwiami do sali sądowej starsza z sióstr zamordowanej nastolatki.

Na ławie oskarżonych zasiadło 18 osób: Paweł K., Józef K., Renata G.-D. oraz 15 skorumpowanych policjantów. Dowiezieni z aresztów zasiedli w pomieszczeniu za kuloodporną szybą. Przed oskarżonymi siedzieli w dwóch rzędach ich adwokaci, aż 25 osób, ponieważ każdy z oskarżonych posiadał dwóch lub trzech obrońców. Znalazło się tam kilku bardzo popularnych prawników "z najwyższej półki".

W sprawie występują także świadkowie incognito, przez co między innymi proces toczy się częściowo za zamkniętymi drzwiami. Wiadomo tylko, że oskarżeni na sali sądowej nie zachowali powagi, wręcz zachowywali się "jak na spotkaniu towarzyskim".

W czerwcu odbyła się następna rozprawa, na której sąd zgodził się na obecność mediów, jednak nie wolno im na bieżąco przekazywać relacji z procesu. Wszystko po to, by świadkowie, którzy do tej pory nie byli jeszcze przesłuchiwani, nie zmieniali zeznań pod wpływem innych relacji.

Sąd szuka złotego środka. Nie chce całkowicie utajniać sprawy. Media mają prawo być na sali rozpraw. Dziennikarze mogą gromadzić materiały, bo przyjdzie moment, w którym będzie to można ujawnić. Te zgromadzone materiały mogą im się przydać po zakończeniu procesu czy wtedy, gdy ten zakaz zostanie złagodzony. A to jest możliwe

– mówił rzecznik Sądu Okręgowego w Rzeszowie. Z kolei sędzia Barbara Piwnik, była minister sprawiedliwości, decyzję tę skomentowała następująco:

Jest to ograniczanie swobody mediów oraz praw obywatelskich. Zasadą konstytucji jest prawo obywatela do jawnego rozpoznania sprawy.

Na rozprawie, która odbyła się na początku października, sąd uchylił areszt tymczasowy dla 13 byłych policjantów oraz dla Renaty G.-D. Większość z nich dotąd nie złożyła nawet zeznań przed sądem, tak jak 35 świadków incognito występujących w sprawie. Sąd uznał jednak, że oskarżeni nie mogą już wpływać na świadków i postanowił wypuścić podejrzanych na wolność ze skutkiem natychmiastowym, więc po rozprawie podejrzani nie wrócili już do zakładów karnych. Dostali jedynie zakaz opuszczania kraju oraz obowiązek meldowania się na posterunku w Szczucinie.

Prokurator Piotr Krupiński, naczelnik Małopolskiego Wydziału do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Prokuraturze Krajowej złożył zażalenie na decyzję rzeszowskiego sądu okręgowego, w której podkreślił, że istnieje realna groźba matactwa ze strony oskarżonych.

Istotna w całej sytuacja jest realna obawa, że zwolnieni z aresztu oskarżeni policjanci mogliby próbować ustalać, kim są anonimowi świadkowie ze Szczucina, niewielkiego, liczącego 2,5 tysiąca mieszkańców miasteczka, i próbować ich zastraszać. Na ten aspekt sprawy zwraca uwagę rodzina zamordowanej, zaznaczając, że niełatwo było przez długie lata przerwać zmowę milczenia wokół tragedii.

30 października Sąd Apelacyjny miał rozpoznać zażalenia prokuratury, jednak nie był w stanie ponieważ Sąd Okręgowy w Rzeszowie nie wysłał im wszystkich akt. Ostatecznie akta przesłano, jednak posiedzenie zostało odroczone, a kolejne wyznaczone na 13 i 14 listopada. Jednak przez zwłokę sądu okręgowego zażalenia, które według przepisów winny być rozpoznane niezwłocznie, będą rozpoznane prawie półtora miesiąca od wyjścia podejrzanych z aresztu.

. . .

Na grobie Iwony Cygan wyryto słowa: "Tu leży niewinna istota, którą skrzywdził człowiek””. Miałaby dziś 37 lat.

. . .

W 2011 r. w programie "Listy gończe" został wyemitowany odcinek o sprawie Iwony Cygan –> klik

Reportaż UWAGI z 2017 r. –> klik

Filmik z youtubowego kanału Niediegetyczne z 2017 r. –> klik

Reportaż TVN INFO z 2018 r.–> klik

• • •

Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

Zapraszam także do obserwowaniarejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

• • •

Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

• • •

pokaż spoiler #polskiepato #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #szczucin #iwonacygan #dabrowatarnowska #tarnow #mafia
+929
kvoka
Dziś nowy wpis na #polskiepato.

Historię podzieliłam na dwa posty, ponieważ przy próbie dodania całości w jednym wpisie pojawia się komunikat z Wykopu, że treść jest za długa. ( ͡° ʖ̯ ͡°)

• • •

Część 1

W 1998 r. Iwona Cygan była uśmiechniętą i pełną życia 17-latką. Uwielbiała dzieci, a one ją. Często zbierała grupkę urwisów z okolicy i organizowała im zabawy. Zadatki na przedszkolankę łączyły się z jej planami na przyszłość, ponieważ nastolatka marzyła o zawodzie nauczycielki. Była ładną i dość nieśmiałą dziewczyną, ostrożną w nawiązywaniu kontaktów. Uczyła się dobrze, a po wakacjach miała iść do 3. klasy liceum w Dąbrowie Tarnowskiej.

Ostatni miesiąc wakacji był w Szczucinie (woj. małopolskie) dość chłodny, mimo tego 13 sierpnia Iwona postanowiła wybrać się na rolki. Gdy była już przy furtce, starsza siostra zawołała ją do telefonu, więc dziewczyna wróciła jeszcze do mieszkania. Dzwoniła Renata G., z którą się przyjaźniła, jednak niedawno podjęła decyzję, by zakończyć znajomość i przyznać rację mamie, która od początku była przeciwna tej relacji. Nastolatka mówiła, że nie ufa koleżance, uważała, że ma dziwne towarzystwo i czuła się przez nią okłamywana.

Dziewczyny były równolatkami, jednak to Renata dominowała w ich znajomości. Od jakiegoś czasu zadawała się z tak zwaną "elitą Szczucina", czyli z okolicznymi biznesmenami i ludźmi z pieniędzmi. Należał do nich prawie 40-letni Robert K. ps. Trabant właściciel baru "U Trabanta" oraz klubu "Zajazd Leśny". Lokale znajdowały się blisko siebie, w samym centrum miasteczka, a z braku innych rozrywek mieszkańcy Szczucina uczęszczali zwykle do obu lokalów tego samego wieczoru. Czas tam spędzali zarówno licealiści, jak i dorośli, także policjanci zaprzyjaźnieni z właścicielem, który cieszył się w okolicy powszechnym uznaniem. Jedni przychodzili potańczyć, drudzy robić szemrane interesy. Wśród kolegów Renaty byli też znajomi jej siostry, przez miejscowych nazywani "grupą austriacką". Jednym z nich był 26-letni Paweł K. ps. Młody Klapa. Mężczyzna skończył zawodówkę, w której wyuczył się na tokarza. Przez jakiś czas pracował jako ochroniarz w barze Trabanta, a później zaczął wyjeżdżać do Grecji, następnie do Austrii, gdzie na czarno podejmował się prac budowlanych. Z czasem zajął się także organizacją wyjazdów do sprzątania domów w Austrii.

Podczas rozmowy telefonicznej Renata usilnie przekonywała Iwonę do spotkania, zapewniając, że to bardzo pilne. Mimo długiego opierania się, nastolatka niechętnie przystała na propozycję i przekonana, że za chwilę wróci do domu, pomachała mamie i około godziny 19:00 ruszyła w stronę kościoła, w pobliżu którego się umówiła. Dziewczyny udały się do "Zajazdu Leśnego", gdzie rozmawiały ze znajomymi. O godzinie 21:00 siostra Iwony spotkała ją wychodzącą z lokalu –. była uśmiechnięta i mówiła, że wybiera się już do domu. Późnym wieczorem starsza z córek wróciła przekonana, że siostra śpi w swoim pokoju. Ich matka, słysząc zamykające się drzwi wejściowe, była pewna, że wróciła także Iwona. Niestety, nad ranem nie zastała jej w łóżku. Rodzice rozpoczęli gorączkowe poszukiwania. Starsza córka bezzwłocznie zadzwoniła do Renaty, jednak telefon odebrała jej siostra, która powiedziała, że nastolatka jest na kursie na prawo jazdy. Rodzina zaginionej udała się tam z nadzieją, że dowie się, co się stało z Iwoną. Według ich relacji, Renata w ogóle nie zdawała się zaskoczona zniknięciem przyjaciółki, zachowywała się dziwnie i długo nie chciała z wrócić z nimi do Szczucina, by pomóc w poszukiwaniach. Od razu po powrocie ojciec zgłosił policji zaginięcie.

Jeszcze tego samego dnia około godziny 14:30 rolnik, który prowadził krowę na pastwisko, odnalazł przy wale Wisły w Łęce Szczucińskiej zmasakrowane ciało Iwony. Nastolatka leżała twarzą do ziemi, na plecach miała skrępowane sznurkiem ręce, a na szyi zadzierzgniętą pętlę z drutu. Jej ciało było częściowo obnażone, a spodnie i bielizna zsunięte na uda. Była brutalnie pobita, miała głównie obrażenia głowy, okolicy potylicznej, klatki piersiowej, pleców oraz dwukrotnie złamaną żuchwę. Uderzenia były zadawane ze znaczną siłą, po całym ciele i przy użyciu różnych przedmiotów. Miała też wyrwane kolczyki i obcięte włosy, co mogło świadczyć o tym, że sprawcy chcieli upokorzyć swoją ofiarę. Policjant pracujący nad sprawą wspominał:

Analiza oględzin miejsca ujawnienia zwłok i samego ciała ofiary wskazuje, że sprawcy chcieli ją upokorzyć, pastwić się nad nią. Być może w trakcie tego zdarzenia doszło do aktów mających ślady seksualności. W grupie napastników na pewno byli mężczyźni.

Iwona umarła w wyniku gwałtownego uduszenia drucianą pętlą i częściowego zamknięcia dróg oddechowych krwią spływającą z obrażeń twarzy. Nie było żadnych śladów, które wskazywałyby, że została zgwałcona. Nastolatka była pobita do takiego stanu, że rodzina nie była w stanie zidentyfikować jej ciała. Udało im się to na podstawie ubrań, które miała na sobie.

W pobliżu zwłok znajdowały się fragmenty sztachet i rozbite butelki po winie. Policja zabezpieczyła także włókna w rzadkim kolorze biskupim oraz ludzkie włosy. W nocy podczas burzy, deszcz zatarł większość śladów.

Według oficera policji, sprawcami musiały być osoby, które dobrze znały okolicę:

Sprawcy w tym miejscu czuli się bezkarnie i pewnie. A więc znali pewne zwyczaje sąsiednich domów i że w miejscu zbrodni nie zjawi się potencjalny świadek. Być może czuli się na tyle bezkarni, że nawet nie obawiali się, że jak ktoś ich zauważy to i tak im nic nie grozi.

. . .

Policja popełniła szereg błędów i rażących zaniedbań, które były widoczne już od samego początku śledztwa. Zwłoki Iwony szybko zabrano, a na miejscu zbrodni nikt nie został. Nie zabezpieczono nawet terenu. Dopiero po interwencji członka rodziny Cyganów śledczy wrócili na miejsce i ostatecznie zabezpieczono szereg dowodów.

Mimo intensywnych opadów minionej nocy psy tropiące złapały ślad. Jednak prokurator stwierdził, że idą za zającem i kazał je odwołać.

Niedaleko miejsca odnalezienia zwłok, pod namiotami wypoczywali turyści, których funkcjonariusze nawet nie przesłuchali. Nie przeszukano także hangarów WOPR, ani baru "U Trabanta". Nie zabezpieczono ważnych dowodów lub je zniszczono. Nie włączono też do materiałów śledztwa żadnych notatek obciążających osoby, które dzisiaj w tej sprawie są oskarżone. Za to przesłuchano około 250 świadków, których zeznania jednak zdaniem policji były bezwartościowe i nie wniosły nic do śledztwa. Nie postawiono także nikomu zarzutów, a jedną z pierwszych hipotez policji było to, że Iwonę zabili sataniści.

W miasteczku zapanowała zmowa milczenia. Mieszkańcy najwyraźniej bali się rozmawiać z policją, która zresztą także nie starała się ujawnić prawdy o tym brutalnym morderstwie. Cała okolica dużo wcześniej wiedziała, u kogo danego dnia będą odbywały się przeszukania, czy kto kiedy będzie wzywany na przesłuchanie. Mieszkańcy Szczucina wiedzieli także, kto dokonał tej zbrodni, a już następnego dnia po morderstwie, na rynku rozmawiano o tym, kto dokładnie w nim uczestniczył.

Renata podczas jednego z pierwszych przesłuchań w Dąbrowie Tarnowskiej twierdziła, że nie znała Iwony. Mimo tego, że wszyscy w okół doskonale widzieli ich intensywną przyjaźń, a oczywistym było, że dziewczyna kłamie. Nie zostały jednak postawione jej żadne zarzuty. Według jej późniejszej relacji, miała rozstać się z Iwoną na rynku po godzinnym spotkaniu i każda z nich poszła w swoim kierunku.

Dwa miesiące po znalezieniu ciała policja zwróciła rodzicom Iwony jej ubrania, co jest standardową procedurą, jeżeli rzeczy osobiste nie są już potrzebne do badań. Jednak trzy tygodnie później u pogrążonej w żałobie rodziny pojawił się człowiek w mundurze funkcjonariusza policji twierdząc, że musi je ponownie zabrać. Rodzina wydała wszystko, z wyjątkiem butów. Mężczyzna nie zostawił żadnego pokwitowania, a rzeczy nie trafiły do prokuratury, tylko rozpłynęły się bez śladu.

. . .

Na pogrzeb Iwony przyszły tysiące ludzi, głównie młodzież. Koledzy nieśli trumnę kilka kilometrów ze Szczucina do Ratajów, gdzie została pochowana. (zdjęcie) (zdjęcie)

. . .

W styczniu 1999 r. został wyemitowany odcinek programu "997" (klik), w którym poinformowano o nagrodzie ufundowanej przez wójta Szczucina i lokalnego biznesmena, właściciela firmy Tankpol, o wysokości 20 tysięcy złotych za pomoc w ujęciu sprawców. Po emisji programu 31-letni Tadeusz Drab (zdjęcie) powiedział w barze kolegom, że wie, kto zabił Iwonę i chce podzielić się tą wiedzą z policją. Chwalił się, że to on zgarnie nagrodę. Nie zdążył jednak złożyć zeznań, ponieważ już następnego dnia zaginął, a jego ciało wyłowiono z Wisły dopiero po kilku miesiącach. Miejscowi śledczy uznali to za samobójstwo, choć nic nie wskazywało na to, by mężczyzna z planami na przyszłość i ukochaną dziewczyną u boku, którą miał niedługo poślubić, chciał targnąć się na swoje życie. Dodatkowo Drab świetnie pływał, był wręcz wychowany nad rzeką, a po wyłowieniu z wody ręce miał skrępowane sznurem. Jednak to także nie przekonało śledczych do wszczęcia dochodzenia w sprawie zabójstwa oraz nie połączyli tej sprawy z morderstwem Iwony.

Śmierć Tadeusza zamknęła na dobre usta mieszkańcom Szczucina i okolic. Gdy ktoś próbował rozmawiać z mundurowymi sąsiedzi ostrzegali – "przestań, bo zginiesz jak Tadek Drab". Ludzie panicznie bali się sprawców, których doskonale znali, tak samo zresztą jak policja i rodzina ofiary.

. . .

Po zabójstwie Iwony w Szczucinie zaczęło dochodzić do niewyjaśnionych aktów agresji wobec mieszkańców. Został pobity miejscowy ksiądz oraz licealiści, których dodatkowo wywieziono nad Wisłę i grożono śmiercią.

. . .

Sprawa Iwony Cygan po raz pierwszy została umorzona 8 lipca 1999 r. z powodu "braku dowodów".

. . .

20 grudnia 2013 r. kuzyn Iwony, który od początku bardzo pomagał rodzicom zamordowanej w dotarciu do prawdy, odnalazł swojego syna, 18-letniego Darka Cygana powieszonego w garażu. Wszelkie okoliczności jego śmierci wskazywały na udział osób trzecich, jednak Prokuratura w Dąbrowie Tarnowskiej umorzyła śledztwo. Darek znał się z synem Trabanta i według jednej z relacji chłopcy mieli pokłócić się na jednym z grillów, po czym Cygan miał mu powiedzieć, że jest synem mordercy.

. . .

Rankiem 24 sierpnia 2014 r. w Szczucinie przypadkowy przechodzień odnalazł ciało 30-letniego Marka Kapela (zdjęcie). Zwłoki znajdowały się w dziwnym ułożeniu, a mianowicie głowa została przygnieciona ciężkimi elementami betonowego ogrodzenia, które zadziałały jak gilotyna (zdjęcie) (zdjęcie). Jego ciało wyglądało tak, jakby walczył, aby wydostać się spod betonowych płyt. W dniu swojej śmierci Marek, który na co dzień pracował w firmie budowlanej, wyszedł z baru "Ambrozja", gdzie według barmanki wypił niewiele, może dwa lub trzy piwa. Do domu miał około trzech kilometrów, które przemierzał wzdłuż jednej z najczęściej uczęszczanych dróg w miasteczku. Monitoring zarejestrował jego postać około godziny 23:10, jednak w zasięgu kolejnej kamery mężczyzna już się nie pojawił. Osiem godzin, które upłynęły pomiędzy ostatnim nagraniem a odnalezieniem zwłok, owiane jest tajemnicą. Policjanci uznali, że zginął około północy, jednak według ratowników medycznych, którzy zjawili się na miejscu odnalezienia zwłok, musiało to być około czwartej nad ranem. Tymczasem, około drugiej w nocy, tuż obok miejsca, gdzie leżał Kapel, policjanci wylegitymowali dwóch mężczyzn, którzy szli środkiem drogi. Co więcej, jak pokazuje monitoring, w nocy dwa razy obok tego miejsca przejeżdżał radiowóz.

Następnego dnia na miejscu odnalezienia zwłok nikt nie zabezpieczył śladów, a po dwóch godzinach było już tam pusto. Ubrania Marka po jakimś czasie zostały zutylizowane, nie pobrano z nich także żadnych śladów. Nie wezwano psów tropiących ani nie zlecono przeprowadzenia eksperymentu, który mógłby wykazać, czy wybicie samodzielne głową przęsła było w ogóle możliwe. W końcu postępowanie w sprawie śmierci Marka Kapela zostało umorzone przez Prokuraturę Rejonową w Dąbrowie Tarnowskiej ze względu na "brak znamion czynu zabronionego" i mimo sprzeciwu rodziny uznane za nieszczęśliwy wypadek lub samobójstwo.

Wiadomo było, że Marek posiadał informacje dotyczące morderstwa Iwony Cygan. Koledzy prosili go, aby nie mówił o tym głośno, ostrzegali, że "skończy jak Tadek Drab". Dwa miesiące przed śmiercią potrącił go samochód, a nieznany sprawca uciekł. Kapel miał złamane trzy żebra i stłuczoną rękę, jednak nie chciał zgłosić zdarzenia na policję. Najprawdopodobniej odebrał to jako ostrzeżenie i umyślne potrącenie.

(klik)

. . .

Matka zamordowanej Iwony mówiła, że przy policjantach i prokuratorach ze Szczucina i Dąbrowy Tarnowskiej czuła się jak morderczyni, nie jak ofiara. Przez wiele lat rodzina Cyganów nie mogła nawet znaleźć pełnomocnika, który by ją reprezentował. Kolejni adwokaci z kancelarii w Tarnowie, a nawet w Krakowie odmawiali, tak jakby doskonale wiedzieli, że nie jest to zwykła sprawa kryminalna. Wszyscy widzieli, że gdy tylko ktoś próbował dotrzeć do prawdy, miał realne kłopoty. Po wielu latach batalii z mundurowymi – dopiero gdy w 2009 r. sprawą zainteresowało się krakowskie Archiwum X – śledztwo zaczęło nabierać tempa. Udało się nawiązać kontakt ze świadkiem wydarzeń z sierpnia 1998 r. Mężczyzna w rozmowie z policjantami zeznał, że widział, jak na rynku przy Iwonie i Renacie zatrzymał się gwałtownie biały polonez prowadzony przez Pawła K. zwanego Młodym Klapą. Po krótkiej rozmowie dziewczyny wsiadły do środka. Świadek w obliczu prokuratury wycofał się jednak z części zeznań, a niebawem po tym Archiwum X zostało odsunięte od sprawy, ponieważ "ktoś wyżej" uznał, że "za bardzo angażuje się w pomoc rodzinie". Śledztwo ponownie zostało umorzone. W 2014 r. sąd nakazał prokuratorom je wznowić, stwierdzając, że nie zrobiono wszystkiego, aby odnaleźć mordercę. Krótko po tym udało się dotrzeć do nowych dowodów, a mianowicie do kasety wideo, na której widać, jak Paweł K. bawi się na weselu w Szczucinie dwa dni po śmierci Iwony. Było tam niespełna sto osób, w tym prawie wszyscy oskarżeni dziś o udział w zabójstwie. Na nagraniach widać, że Młody Klapa był ubrany w marynarkę koloru biskupiego, prawdopodobnie tę samą, której włókna zabezpieczono na miejscu zabójstwa Iwony. Jego pobyt na zabawie wskazywał także na to, że alibi z 1998 r., według którego w noc morderstwa miał być w drodze do Austrii jest nieprawdziwe.

W 2016 r. media podały informację, że policjanci są o krok od złapania morderców. Na początku października w Łęce Szczucińskiej, gdzie przed laty znaleziono ciało nastolatki, został przeprowadzony eksperyment procesowy (klik), który miał polegać na m.in. odtworzeniu relacji świadka (zdjęcie) (zdjęcie). W eksperymencie brała udział Żandarmeria Wojskowa, która użyczyła drona do skanowania terenu oraz naziemnego sprzętu do mapowania 3D miejsc zdarzeń. (klik)

Do tego czasu zebraliśmy bardzo dużo materiału dowodowego. Z najnowszych informacji wynika, że miejsce znalezienia zwłok najprawdopodobniej nie było miejscem zabójstwa. Pod uwagę bierzemy również fakt, że ciało Iwony było roznegliżowane. Choć sekcja zwłok wykluczyła jakikolwiek kontakt seksualny. Uważamy, że sprawca celowo chciał wprowadzić w błąd policję co do miejsca i motywu zbrodni

– mówił Bogdan, szef krakowskiego Archiwum X. Po latach została przerwana też zmowa milczenia, a policja dotarła do świadków wydarzeń sprzed lat, którzy w końcu zdecydowali się na rozmowę z funkcjonariuszami.

klik <– wywiad z owym Bogdanem, bardzo ciekawy człowiek (rozmowa nie dotyczy tej sprawy).

. . .

Zaraz po przeprowadzeniu wizji lokalnej w Łęce Szczucińskiej zaginął 79-letni Wojciech Sołtys (zdjęcie) ze Świdrówka pod Szczucinem. Dopiero po ponad trzech tygodniach poszukiwań w trudno dostępnym miejscu nad Wisłą znaleziono jego zwłoki. Mężczyzna leżał twarzą do ziemi i był nieadekwatnie ubrany do pory roku – miał na sobie tylko koszulkę polo z długim rękawem oraz dresowe spodnie. Kilkaset metrów dalej znajdował się spalony wrak jego samochodu. Tablica rejestracyjna leżała na ziemi.

Mężczyzna posiadał plany na przyszłość, remontował dom i miał już kupiony bilet na lot do Stanów Zjednoczonych, w których wcześniej spędził ponad 30 lat życia. W dniu, w którym zaginął, nie zjawił się na lotnisku, o czym powiadomiono jednego z jego braci, który od razu wybrał się do domu Wojciecha. Zastał tam otwartą bramę na posesję. Nie było słychać szczekania psa, który – jak się później okazało – leżał martwy. Jego sekcja zwłok wykazała, że zmarł z wygłodzenia.

Przy ciele denata znaleziono sporo gotówki, w tym amerykańskie dolary, oraz telefon komórkowy.

Jednoznacznej przyczyny śmierci nie udało się ustalić. Wykluczono natomiast, że był to jakiś uraz, jak np. pobicie.

Biegli wskazali, że najbardziej prawdopodobną przyczyną zgonu była ostra niewydolność układu krążenia w przebiegu uszkodzenia mięśnia sercowego na tle miażdżycowym

– mówił zastępca prokuratora rejonowego w Dąbrowie Tarnowskiej. Tłumaczył też, że dla dobra śledztwa więcej szczegółów ujawnić nie może, ale. dodał, że prowadzą śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci.

Krewni zmarłego nie wierzą w zgon z przyczyn naturalnych. Według brata sprawcą musiał być ktoś miejscowy, kto dobrze znał okolicę, ponieważ miejsce znalezienia zwłok jest obszarem rzadko uczęszczanym i trudno dostępnym.

Tarnowska prokuratura w końcu umorzyła sprawę, której akta dopiero pod koniec 2017 r. trafiły do Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Postępowanie zaczęło być prowadzone w kierunku podejrzenia zabójstwa z motywacji zasługującej na szczególne potępienie.

. . .

Śledztwo w sprawie morderstwa Iwony Cygan kontynuował Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie wraz z policjantami ze specjalnej grupy zajmującej się niewyjaśnionymi zbrodniami sprzed lat –- Archiwum X – z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie.

Zebrane przez nich dowody, zeznania świadków oraz opinie Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie pozwoliły, by w grudniu 2016 r. za 45-letnim już Pawłem K. został wysłany list gończy, a Sąd Okręgowy w Tarnowie wydał Europejski Nakaz Aresztowania (klik) (klik), ponieważ nieznane było aktualne miejsce pobytu podejrzanego. Na liście gończym widniała kwalifikacja mówiąca o zabójstwie ze szczególnym okrucieństwem, a zdaniem prokuratury podejrzany 13 i 14 sierpnia 1998 r., korzystając z pomocy swego ojca Józefa K. ps. Stary Klapa, zadawał Iwonie liczne ciosy twardym narzędziem, a następnie wywiózł ją w okolice wałów przeciwpowodziowych w Łęce Szczucińskiej, gdzie ofiarę skrępował i doprowadził do jej śmierci.

Paweł K. został aresztowany 9 stycznia 2017 r. w Wiedniu przez austriackie organy ścigania, a w połowie miesiąca został wysłany z Polski wniosek o jego ekstradycję. Po dwóch rozprawach sądowych w tej sprawie Młody Klapa (zdjęcie) został przetransportowany do Polski wojskowym samolotem 11 maja, a następnie eskortowany przez Żandarmerię Wojskową do Aresztu Śledczego w Krakowie. Jeszcze podczas pobytu w Wiedniu, K. twierdził, że jest krewnym byłej premier Ewy Kopacz, która chroniła go przez te wszystkie lata, o czym pisały wszystkie austriackie media (klik). Polityk wszystkiemu zaprzeczyła i wytłumaczyła się zwykłą zbieżnością nazwisk.

17 maja w polskiej prokuraturze Paweł K. nie przyznał się do zarzutu i skorzystał z prawa do odmowy wyjaśnień. Mężczyzna został przebadany wykrywaczem kłamstw, które wykazało, że posiada dużą wiedzę na temat zabójstwa Iwony, że coś ukrywa i usiłuje oszukać urządzenie, stosując uniki psychologiczne.

Kolega Młodego Klapy zeznał, że mężczyzna ten jest maniakiem seksualnym i w latach 90. gdy przyjeżdżał z Austrii do rodzinnego Szczucina, często razem bywali u tarnowskich prostytutek.

. . .

DALSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

• • •

pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #szczucin #iwonacygan #dabrowatarnowska #tarnow #mafia
+936
Twinkle
Mirki, pamiętacie zapewne mój wpis nt. znalezienia mojego przyjaciela po 6 miesiącach od zaginięcia? Wiele osób zarzucało mi wtedy atencję na jego śmierci... Teraz atencji jak najbardziej potrzeba. Pod tym linkiem jest reportaż, kilka miesięcy po znalezieniu ciała. Tutaj tekst skróconych rozmów z rodziną miesiąc przed znalezieniem ciała.Są w nim omówione podstawowe rzeczy zaprzeczające logice tego, co orzekła policja. Sprawę zakończono jako "samobójstwo". Oczywistym jest, że jako rodzina i przyjaciele Damiana się z tym nie zgadzamy. Najprostsze podważenia są w tym krótkim materiale, a niedopatrzeń jest o wiele więcej. A o innych nie wiem, czy wolno mi na tyle otwarcie mówić. W każdym razie chodzi o #wykopefekt.
Mama Damiana od długiego czasu bezskutecznie usiłuje wytoczyć drugą sprawę. Wszyscy jesteśmy pewni tego, że Damianowi odebrano życie. Policja jednak stara się zasunąć wszystko pod dywan. Jedyne czego chcemy to SPRAWIEDLIWOŚĆ. Wiemy, że nie wrócimy mu życia, ale chcemy sprawiedliwego wyroku. Jesteśmy pewni, że zrobiły to osoby trzecie i mogą to zrobić nie raz.
Czy jesteście w stanie pomóc w jakimkolwiek działaniu #policja innym niż ignorowanie? Nie mam pojęcia, jakieś programy pokroju Uwaga, Rutkowski? Coś, co pomoże w jakimkolwiek stopniu ruszyć drugi proces, porządnie przesłuchać świadków i dokładnie przeprowadzić śledztwo. Bardzo proszę o wyplusowanie w gorące. Wyrzucenie tego na główną będzie moim marzeniem.

Przepraszam za spam tagami, ale nie daje spokoju to mi, a co dopiero jego mamie, która wygląda jak wrak siebie, bo musi walczyć o swoje #prawo
#pytanie #kiciochpyta #kryminalne #kryminalistyka #suwalki
+211
MusicURlooking4
"Jeśli ze mną coś się stanie, wiecie z kim byłam" - napisała Jolee Callan, na jednym z portali społecznościowych, przed podróżą do Alabamy ze swym byłym chłopakiem. Kilka chwil po wykonaniu tej fotografii, Loren Bunner oddał dwa strzały w tył jej głowy i zepchął 18-latkę w przepaść.

Do zbrodni doszło w sierpniu 2015 roku. Wówczas młodzi ludzie, którzy niedawno ze sobą zerwali, udali się w podróż do Alabamy. Amerykanie więc mieli podziwiać zapierające dech w piersiach widoki już tylko jako przyjaciele. Loren szczegółowo dokumentował podróż i wrzucał do sieci zdjęcia z byłą dziewczyną. Niektóre z nich obiegły całe Stany Zjednoczone, gdyż mężczyzna zrobił je kilka minut przed morderstwem.

Na jednym z ostatnich zdjęć widać stojącą na klifie dziewczynę, która patrzy przed siebie. 18-latka trzyma w rękach aparat i robi zdjęcia pokrytym gęstą mgłą górom. Loren stanął za plecami dziewczyny. Przyglądał się jej przez chwilę, a potem wyciągnął broń i oddał dwa strzały w głowę 18-latki. Potem zepchnął byłą partnerkę z klifu. Po co publikował te fotografie - nie wiadomo.

Loren Bunner, zgłosił się tego samego dnia na policję, twierdził, że dwójka zawarła sekretny pakt samobójczy, jednak po zabiciu Jolee on sam nie był w stanie odebrać sobie życia i tym samym dopełnić rekomej umowy. Bunner został skazany na 52 lata więzienia,

#historiajednejfotografii #kryminalne #zwiazki
+64
Deadend
Jeffrey Dahmer - w latach 78-91 zamordował i zgwałcił 17 młodych mężczyzn. W domu nie było jakiejś skrajnej patologii, nikt się nad nim nie znęcał, rodzice się kłócili dość czesto ale nic poza tym. Już od najmłodszych lat fascynowały go martwe zwierzęta, przetrzymywał w sobie tylko znanych skrytkach ich szczątki. W szkole średniej zaczął odczuwać podniecenie na myśl o seksie połączonym z przemocą, wyobraźnia tworzyła chore i przerażające dla normalnego człowieka obrazy, którym on nie mógł nigdzie dać ujścia, podzielić się z kimś swoimi obawami i szczerze porozmawiać.Zaczął pić, nałogowo, w szkole, między lekcjami. Po raz pierwszy spróbował dać ujście swoim żądzom w wieku kilkunastu lat. Jego uwagę zwrócił biegacz, którego trasa przebiegała nieopodal domu Jeffreya. Biegał codziennie o tej samej godzinie, przez jakiś czas Dahmer go obserwował, aż postanowił: wziął ze sobą pałkę, ukrył się w krzakach i czekał. Był zdecydowany, chociaż nie wiedział do końca co będzie dalej. Chciał go mieć tylko dla siebie. Szczęśliwym dla faceta zrządzeniem losu akurat w ten dzień z niewiadomych przyczyn się nie pojawił. Potwór został uśpiony.

Uczęszczał do uniwersytetu, z którego został wydalony, po czym jego ojciec zapisał go do armii. Stamtąd też go wyrzucili za picie. Zamieszkał u babci, gdzie popełnił pierwsze morderstwo na autostopowiczu. Wracał samochodem do domu i ujrzał samotnie idącego gościa, próbującego złapać stopa. Zadziałał impuls. Z początku próbował zdusić w sobie targające nim chore pragnienia i przejechał obok niego, po chwili jednak zatrzymał się i cofnął. Miał charyzmę, zaprosił chłopaka do siebie na drinka. Jak sam opowiadał w wywiadzie nagranym po jego ujęciu w więzieniu ostatnie co pamięta to że razem pili, a rano obudził się z posiniaczony mi, podrapanymi rękami i trupem obok. Ciało poćwiartował, a następnie całą tkankę oddzielił od kości. Wnętrzności wywiózł na wysypisko a kości porozrzucał w pobliskim lesie.

Długo zajęłoby żeby opisać jego zbrodnicza karierę, w skrócie: jego taktyką było chodzenie do gejowskich klubów, zapraszanie do siebie atrakcyjnych mężczyzn, odurzanie ich narkotykami i alkoholem, a następnie gwałcenie, brutalny mord, znowu gwałcenie (zwłok). Pragnął mieć absolutnie posłusznego niewolnika seksualnego, w późniejszym okresie nieprzytomnym, ale wciąż żywym ofiarom wywiercał dziurę w czaszce do której wlewał kwas. Miał nadzieję, że człowiek w ten sposób straci możliwość jakiegokolwiek sprzeciwu, mówienia a pozostanie żywy. Próbował stworzyć zombie do ruchania. Szczątki ofiar trzymał w domu w lodówce, kutasy, głowy, nogi, ręce. Niektórych zjadał, czuł, że wtedy jedzony stał się jakaś częścią niego samego. Dla zainteresowanych jest dużo bardziej szczegółowych informacji w necie, dokumenty na yt, film My Friend Dahmer o nim w czasach szkolnych. Został skazany na 937 lat więzienia. Po roku czy dwóch, nie wiem dokładnie, został wyznaczony z innym, czarnoskórym więźniem do sprzątania lazienki. Podczas sprzątania klawisz się oddalił i czarnuch go zajebał. Jeśli ktoś interesuje się seryjnymi mordercami to polecam przestudiować wszelkie materiały na jego temat, naprawdę ciekawe.
#kryminalne #mordercy
+290
MusicURlooking4
Marzec 1990 roku, czternastoletnia Regina Kay Walters z kilka minut zostanie zamordowana przez Roberta Bena Rhoadesa, autora tej fotografii.

Seryjny morderca Robert Ben Rhoades wykonał to zdjęcie swojej ofierze Reginie Kay Walters na chwilę przed tym gdy ją zabił. Rhoades, znany jako "The Truck Stop Killer", porwał 14-latkę z oraz jej chłopaka Rickyego Lee Jonesa, podczas gdy ta dwójka nastoletnich autostopowiczów-uciekinierów z przedmieść Houston w stanie Texas, poszukiwała transportu na dalszą podróż.
Przypuszcza się, że Ricky został zamordowany od razu (jego ciało odnaleziono 3 marca 1991 roku w hrabstwie Lamar, w stanie Mississippi, jednak został on zidentyfikowany dopiero w lipcu 2008 roku), natomiast Regina była przetrzymywana przez Rhoadesa jeszcze około kilku tygodni, zanim została zamordowana w opuszczonej stodole znajdującej się, w hrabstwie Bound, w stanie Illinois. Śledczy uważają tak, ponieważ na zdjęciach które zostały odnalezione podczas przeszukania jego domu, zauważyli wzrost włosów na głowie dziewczyny.

Czarne ubranie i biżuteria, które ma na sobie Regina w ostatnich momentach swojego życia nie są rzeczami, które miała na sobie w momencie porwania, ubranie to oraz buty i biżuterię, powodowany swoją chorą fantazją, kazał założyć jej Rhoades.
Uważa się, że Robert Ben Rhoades, zanim został schwytany, torturował, zamordował i zgwałcił w latach 1975 - 1990 ponad 50 kobiet.

#historiajednejfotografii #kryminalne #90s #usa #gruparatowaniapoziomu
+192
riley24
Zaginięcie Johnny'ego Gosch'a

Mimo, że od zaginięcia 12-letniego Johnny'ego Gosch'a minęło już ponad 35 lat, sprawa wciąż jest uważana za jedno z najsłynniejszych zaginięć USA. Wszystko wydarzyło się w 22-tysięcznym miasteczku West Des Moines w Iowa.

Według matki chłopca, Noreen, już dwa dni przed zaginięciem jej syna stało się coś dziwnego. W piątek 3 września 1982 roku cała rodzina wybrała się na mecz footballu, w którym grał brat Johnny'ego. W pewnym momencie 12-latek poszedł kupić sobie popcorn, jednak długo nie wracał. Ojciec, John, poszedł go szukać. Okazało się, że chłopiec rozmawiał z policjantem. Tego samego wieczora Johnny ponownie się zawieruszył i ojciec znów przyłapał go na rozmowie z funkcjonariuszem. Podczas opuszczania stadionu Johnny powiedział, że chciałby zostać policjantem. Noreen miała złe przeczucia.

Sobotę chłopiec spędził na oglądaniu filmów ze swoim przyjacielem. Wieczorem jego rodzice zorganizowali wielką rodzinną kolację, ponieważ ich córka przyjechała z collegu z chłopakiem. Johnny dorabiał sobie do kieszonkowego roznosząc gazety w niedzielne poranki i zawsze towarzyszył mu ojciec. Jednak tego wieczora 12-latek zapytał swoich rodziców czy następnego ranka może sam roznosić prasę. Matka nie była tym zachwycona, jednak wkrótce rodzice przystali na to. Chłopiec powiedział "Mamo, zawsze będę cię kochać, jesteś najlepsza" po czym udał się do swojego pokoju.

W niedzielny poranek 5 września Noreen i Johnego obudziły telefony od sąsiadów, którzy nie dostali gazet. Rodzicie początkowo myśleli, że ich syn zaspał, jednak Johnny'ego nie było w pokoju. Małżeństwo niemal natychmiast poszło na miejsce zbiórki chłopców roznoszących gazety i zawiadomiło policję. Mimo, że komisariat mieścił się tylko 10 przecznic dalej, dojazd zajął policjantom aż 45 minut. W tym czasie John znalazł wózek na gazety zależący do syna około 1,5 przecznicy od domu, a Noreen zdążyła przepytać pozostałe dzieci i ich rodziców. Podobno na miejsce zbiórki przyjechał mężczyzna w niebieskim Fordzie Fairmont i natarczywie wypytywał ich gdzie jest 86 ulica. Johnny powiedział, że to dziwne, boi się i idzie do domu. Wtedy kierowca trzykrotnie mrugnął światłami (być może dawał w ten sposób komuś znak) i odjechał. Ktoś inny widział wysokiego mężczyznę, który wszedł za chłopcem między dwa domy.

Gdy policjanci w końcu zjawili się na miejscu, od razu założyli, że Johnny uciekł z domu. Wypytywali rodziców czy nie robił już tego w przeszłości. Później stwierdzili, że skoro nie ma żadnego żądania okupu, to nie porwanie i z poszukiwaniami trzeba się wstrzymać przez następne 72 godziny.

Rodzice robili co w ich mocy, aby odnaleźć syna. Informacja o porwaniu znalazła się na nagłówkach gazet w całym kraju, kiedy tylko mogli pojawiali się w telewizji, rozdali 10 tysięcy plakatów... Zdjęcie Johnny'ego było jednym z pierwszych zdjęć zaginionych dzieci wydrukowanym na kartonie od mleka. Miesiąc po porwaniu Noreen założyła fundację imienia swojego syna i jeździła po całym kraju, aby zwiększyć świadomość przestępstw z udziałem dzieci. 1 lipca 1984 roku zmieniono prawo, dzięki czemu dzieci muszą być szukane natychmiast po zgłoszeniu zaginięcia, a nie po 72 godzinach.

12 sierpnia 1984 roku zaginął Eugene Martin, 13-latek z Iowa, który również roznosił gazety. Mimo podobnego miejsca i okoliczności, policja nie połączyła obu tych spraw. Chłopca nigdy nie odnaleziono. 29 marca 1986 roku zaginął kolejny 13-latek z tego stanu. Marc Allen wyszedł do przyjaciela z sąsiedztwa i nigdy nie wrócił do domu. Policjanci znów uznali, że zrobili co mogli, jednak chłopiec nigdy nie został odnaleziony. Wszystkie trzy śledztwa utknęły w martwym punkcie.

Dopiero w 1991 roku coś znów się ruszyło w sprawie zaginionego chłopca. 24-letni Paul Bonacci, przebywający w więzieniu w Nebrasce, przyznał się, że był zamieszany w porwanie Johnny'ego. Mężczyzna od dziecka był wykorzystywany seksualnie, a później był związany z siatką pedofilską. Niestety, był chory na zaburzenie dysocjacyjne tożsamości (w jego głowie było mnóstwo różnych osobowości, które nie wiedziały o sobie nawzajem). Mężczyzna dosyć dokładnie opisał przebieg porwania i narysował nawet mapę dzielnicy Gosch'ów, która pokrywała się z rzeczywistością. Policjanci uznali jednak, że jego zeznania nie są wiarygodne. To chyba dostateczny dowód na to jak wielkie wpływy miała owa siatka pedofilska i jak wysoce skorumpowana była policja.

W 1997 roku (15 lat po zaginięciu Johnny'ego) stał się cud. Około 2.30 w nocy ktoś zapukał do drzwi Noreen. Kobieta zobaczyła na progu dwóch mężczyzn, jednym z nich był jej syn. Mimo, że rozpoznała go od razu, potwierdził swoją tożsamość pokazując znamię na piersi. Noreen nigdy wcześniej nie widziała drugiego mężczyzny, ale rozmowa między matką a synem mogła odbyć się dopiero po jego zgodzie. Johnny nie chciał powiedzieć gdzie mieszka, wyznał jedynie, że wciąż jest w niebezpieczeństwie i znów musi zniknąć. Po około godzinie mężczyźni opuścili dom Noreen. Kobieta wiedziała, że nikt jej nie uwierzy w to co się stało, a więc zwlekała z opowiedzeniem tej historii przez rok. Policja oczywiście jej nie uwierzyła, opinia publiczna była podzielona.

We wrześniu 2006 roku Noreen znalazła na progu swojego domu kopertę ze zdjęciami trzech związanych chłopców. Jeden z nich wyglądał zupełnie jak Johnny. Sprawa zaginięcia chłopca znów wróciła na nagłówki wszystkich gazet, jednak policja zapewniała, że to nie Johnny. Miał do nich zadzwonić jakiś mężczyzna z Florydy i powiedzieć, że zdjęcia dotyczą sprawy, którą prowadził w 1970 roku. Nie przedstawił jednak żadnych dowodów.

Do dziś nie wiadomo co 5 września 1982 roku spotkało Johnny'ego Gosch'a. Mimo, że matka chłopca poruszyła niebo i ziemię, aby odnaleźć syna, nieudolność policji jest wręcz porażająca. Co ciekawe niektórzy wierzą, że pewien reporter, Jeff Gonnon, to w rzeczywistości Johnny. Nie ma jednak na to żadnych dowodów. Sam dziennikarz stanowczo temu zaprzecza i powiedział, że może nawet poddać się badaniom DNA. Nigdy jednak tego nie zrobił.

Źródła: allthatsinteresting, iowacoldcases, yt

#historieriley #kryminalne
+2328
Poro6niec
Upiorna fascynacja. Dzieciobójcy z wrzosowisk

Uśmiechnij się! Pstryk! Teraz uklęknij i oprzyj ręce na głowie! Pstryk! Doskonale! Pstryk! 21-letnia blondynka Myra Hindley przez kilkadziesiąt minut wdzięczyła się przed obiektywem aparatu fotograficznego. Chętnie pozowała swojemu starszemu o cztery lata chłopakowi. Był 23 listopada 1963 r., wrzosowiska w okolicy Manchesteru w Wielkiej Brytanii. Patrząc z boku na ten sielankowy obrazek, każdy przechodzeń uśmiechnąłby się tylko życzliwie. I tylko jeden mały szczegół zdradzał makabryczność tej sceny: mały kopiec usypany z ziemi, na którym prężyła się Myra. Później okaże się, że to świeży grób, w którym zakopano ciało 12-letniego Johna Kilbride’a. Zanim zginął uduszony sznurówką, para pastwiła się nad nim, dopuszczając się również gwałtu. Upiorne zdjęcia posłużyły później jako jeden z głównych dowodów w sprawie.

NIEZDROWE ZAUROCZENIE

Zanim świat usłyszał o przerażającej parze brytyjskich zbrodniarzy, Myra Hindley i Ian Brady dorastali w zupełnie różnych środowiskach. Ian, urodzony 2 stycznia 1938 r. w slumsach Glasgow, był nieślubnym dzieckiem kelnerki Maggie Steward (nazwisko dostał po jednym z jej późniejszych konkubentów). Od najmłodszych lat sprawiał kłopoty, zdradzając przy tym objawy psychopatii. Lubił pastwić się nad zwierzętami. Na etykietkę dziwaka zasłużył wśród rówieśników skrytością i stronieniem od ludzi. Zdarzały mu się napady złości, podczas których potrafił okaleczać swoje ciało, m.in. uderzając głową o podłogę. Choć uchodził za bystrego, nauka nie szła mu najlepiej. Kilka razy wszedł w konflikt z prawem, za co dwukrotnie wyrzucano go ze szkoły.

W wieku 15 lat zaczął pracować na swoje utrzymanie. Często dorabiał gdzieś po kilka dni, ciągle szukając okazji do szybkiego wzbogacenia się, przez co czasami miał kłopoty. Na przykład w 1957 r., kiedy brał udział we włamaniu do magazynu, skąd skradziono ołów. Kiedy złapano prowodyrów kradzieży, wpadł również Ian. W związku z tym, że miał już jeden wyrok w zawieszeniu, sąd skazał go na trzy miesiące bezwzględnego więzienia.

Trafił za kratki do placówki Strangeways, gdzie przebywał w towarzystwie zawodowych przestępców, złodziei, oszustów i morderców. Prawdopodobnie to właśnie pobyt „pod celą” napełnił Brady’ego nienawiścią do społeczeństwa – powziął wtedy postanowienie, że „społeczeństwo dostanie od niego to, na co zasłużyło”. Taka reakcja, zdaniem pisarza Colina Wilsona (pisał o sprawie Iana), jest typowa dla mężczyzny o wysokim stopniu dominacji, który doświadczył czegoś, co subiektywnie uważa za potworną niesprawiedliwość.

UPIORNA FASCYNACJA

Po wyjściu z więzienia jeszcze bardziej zamknął się w swoim świecie. Całymi dniami zaczytywał się w dziełach Fiodora Dostojewskiego, Lwa Tołstoja i Fryderyka Nietzschego. Fascynował go nazizm i osoba Adolfa Hitlera. Uważał, że podobnie jak on został stworzony do wielkich czynów. Uczył się niemieckiego, by móc w oryginale przeczytać „Mein Kampf” i studiować historię hitlerowskich zbrodni.

Myrę spotkał po raz pierwszy 16 stycznia 1961 roku, kiedy pracował w firmie chemicznej w Manchesterze. Młoda dziewczyna właśnie rozpoczynała pracę jako maszynistka.

Kim była kobieta, którą po procesie okrzyknięto mianem „najbardziej złej kobiety w Wielkiej Brytanii”? Pochodziła z przeciętnej robotniczej rodziny i w przeciwieństwie do Iana wydawała się osobą spokojną, kochającą dzieci i zwierzęta. W młodości często pracowała jako niania. Jak wiele nastolatek w tamtym czasie, podkochiwała się w Elvisie Presleyu i marzyła o nietuzinkowym, przystojnym, ekscytującym mężczyźnie.

Przemoc nie była jej jednak obca. W domu była regularnie bita razem z matką przez ojca alkoholika. Kiedy ujrzała Iana, zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. On początkowo zdawał się nie zwracać na nią uwagi, z czasem jednak wpadła mu w oko. Pierwsze relacje między nimi widać doskonale na podstawie pamiętnika, który Myra prowadziła: „Ian spojrzał dzisiaj na mnie”, „Jestem ciekawa, czy Ian się do mnie zaleca? Ja nadal czuję to samo”, „Jeszcze z nim nie rozmawiałam”. I dalej: „Rozmawiałam z nim. Uśmiechnął się, jakby był zażenowany”. 1 sierpnia: „Ian spogląda na mnie ukradkiem w pracy”. Wreszcie 22 grudnia: „Idę na randkę z Ianem!”.

Tydzień później Ian Brady i Myra Hindley zostali kochankami: „Mam nadzieję, że Ian i ja będziemy się kochać przez całe życie i weźmiemy ślub i będziemy żyć długo i szczęśliwie” – napisała. Od czasu kiedy para zaczęła się regularnie spotykać, postępowała też przemiana Myry. Chłonęła jak gąbka wszystko, co mówił Ian. Oglądała filmy i czytała książki, które jej podsuwał. Dotyczyły głównie aryjskiej obsesji i nazistowskich fascynacji. Razem czytali markiza de Sade’a.

Dziewczyna pod wpływem nowego chłopaka przeszła również gruntowną metamorfozę fizyczną: ku konsternacji otoczenia zaczęła ubierać się wyzywająco i malować usta krwistoczerwoną szminką. Do tego zmieniła kolor włosów na blond. Znajomi mówili, że Ian całkowicie ją zdominował. Jean Ritchie, autorka książki „Myra Hindley – Inside the Mind of a Murderess” (Myra Hindley – co kryje umysł morderczyni), zwraca uwagę, że z wierzącej dziewczyny z dnia na dzień stała się ateistką. Wystarczyło, że Ian powiedział, iż Boga nie ma.

O swojej fascynacji Myra w dalszym ciągu pisała w pamiętniku: „Mógłby mi powiedzieć, że ziemia jest płaska, że księżyc jest zrobiony z zielonego sera a słońce wschodzi na zachodzie, a uwierzyłabym mu”. Wyprana z uczuć i emocji, gotowa spełnić każde życzenie swojego psychopatycznego chłopaka, była dokładnie taką osobą, jakiej potrzebował Brady. Zamieszkali więc razem.

Ian szybko postanowił poprosić ją o dowód miłości i sprawdzić, jak daleko sięga oddanie. Zaproponował jej wspólny napad na bank. Zgodziła się. Ponieważ do rabunku potrzebny był samochód i kierowca, zapisała się nawet na kurs prawa jazdy, a kiedy go zdała, kupiła furgonetkę. Do napadu nigdy nie do-szło, ale Ian wiedział już, że Myra jest gotowa na ostateczne scementowanie ich związku. Kolejnym krokiem miało być morderstwo, o którym Brady od pewnego czasu myślał.

Pierwszą ofiarą demonicznej pary padła 16-letnia Pauline Reade, sąsiadka Hindley. 12 lipca 1963 roku Myra zwabiła ją do swojego samochodu, prosząc o pomoc w poszukiwaniach kosztownej rękawiczki. W zamian obiecała dziewczynie kilka płyt gramofonowych. Gdy nastolatka wsiadła do vana, pojechały na pobliskie wrzosowiska. Brady jechał za nimi na motocyklu. Gdy dotarli na miejsce, mężczyzna przejął inicjatywę. Według późniejszych zeznań Myra siedziała w samochodzie, podczas gdy Brady zgwałcił i zamordował nastolatkę. Zwłoki dziewczyny z poderżniętym gardłem zakopali na miejscu. Ekstremalne ryzyko związane z morderstwem zbliżyło parę do siebie i w pewnym sensie stanowiło dopełnienie ich związku. Zamiast wyrzutów sumienia, pojawił się dreszcz emocji i podniecenia z powodu wspólnej makabrycznej tajemnicy. Nie minęło wiele czasu, kiedy znów postanowili zabić.

Drugą ofiarą był John Kilbride. Mordercy zaczepili 12-letniego chłopca w miasteczku Ashton-under-Lyne 23 listopada 1963 roku. Para zaproponowała dziecku podwózkę do domu, „żeby rodzice się nie martwili”. Kiedy dojechali w okolice wrzosowisk, by wywabić dziecko z auta, ponownie wykorzystali motyw zgubionej rękawiczki. Również i w tym przypadku chłopiec został wykorzystany seksualnie, zanim zginął. Ian udusił go sznurówką, a na jego grobie para robiła sobie wspomniane zdjęcia.

W ciągu najbliższego roku zabili jeszcze 12-letniego Keitha Bennetta (16 czerwca 1964 r.) oraz 10-letnią Lesley Ann Downey (26 grudnia 1964 r.). O ile chłopca od razu wywieziono na wrzosowisko, o tyle dziewczynka najpierw wylądowała w domu oprawców, gdzie została rozebrana, zakneblowana i zmuszona do pozowania do pornograficznych zdjęć. W czasie późniejszego procesu Hindley zeznawała, że poszła przygotować kąpiel dla Lesley, a kiedy wróciła, dziewczynka już nie żyła. Brady z kolei utrzymywał, że to Hindley zabiła 10-latkę. „Nalegała, że chce zabić Lesley Ann Downey własnymi rękoma, używając jedwabnego paska długości dwóch stóp, którym później bawiła się publicznie, ukrywając wiedzę o celu, do jakiego został użyty” – pisał po latach z więzienia w liście do prasy. Następnego ranka ciało dziewczynki zostało zakopane na wrzosowiskach.

NIEROZWIĄZANA TAJEMNICA

Ostatnią ofiarą „morderców z wrzosowisk” – jak później okrzyknęła ich prasa – był Edward Evans, siedemnastolatek poznany w okolicznym barze. Para zaproponowała mu drinka i przyprowadziła do swojego domu. W morderstwo postanowili jednak wciągnąć Davida Smitha – szwagra Myry, z którym Ian od dłuższego czasu świetnie się dogadywał. Wspólny mord miał umocnić ich więź. Pewnego razu, podczas pijackiej sesji, Ian zapytał go: „Zabiłeś kiedyś kogoś? Ja tak – troje albo czworo. Ciała są zakopane na wrzosowisku”. David potraktował to jak żart, ale była to prawdziwa deklaracja.

Wieczorem 6 października 1965 r. do domu Smithów przyszła w odwiedziny Myra. Wychodząc, poprosiła Davida, by odprowadził ją do domu. Kiedy dotarli na miejsce, stojącego w kuchni i czekającego na drinka Davida dobiegły krzyki z salonu. Myra zawołała: „Pomóż mu, Dave!”. Kiedy Smith wbiegł do pokoju, zobaczył, jak Brady uderza toporem w głowę jakiegoś nastolatka, leżącego na podłodze. Widział też, jak morderca przywiązuje mu poduszkę do twarzy, by uciszyć odgłosy agonii. Zszokowany i przestraszony pomógł mu posprzątać bałagan. Po powrocie do domu opowiedział jednak o całym zajściu żonie. Następnego dnia postanowili powiadomić policję.

Kiedy funkcjonariusze znaleźli w domu zawinięte w plastikowy worek ciało Edwarda Evansa, Myra i Ian zostali aresztowani. Smith wskazał policjantom również skrytkę w przechowalni bagażu na stacji kolejowej w Manchesterze, gdzie para trzymała kilka walizek. Znaleziono w nich zdjęcia pornograficzne ofiar, książki o torturach, plany rabowania banków, a także nagranie, na którym 10-letnia Lesley Ann Downey błaga o uwolnienie. Dzięki zgromadzonym dowodom 6 maja 1966 r. Myra Hindley i Ian Brady zostali skazani na karę dożywotniego więzienia. Sędzia uznał oboje za „sadystycznych morderców o najwyższym stopniu zdeprawowania”. Myra Hindley wielokrotnie utrzymywała, że jest ofiarą manipulacji Brady’ego. Jednak sąd nigdy nie dał wiary tym tłumaczeniom. Morderczyni zmarła w 2002 roku na chorobę serca. Jedna z lokalnych brytyjskich gazet napisała na stronie głównej: „Nareszcie Myra jest tam, gdzie jej miejsce – w piekle”.

Ian Brady zmarł w 2017 roku. Jego stan psychiczny drastycznie się pogorszył. Wielokrotnie próbował odebrać sobie życie. Ostatnie lata spędził w szpitalu psychiatrycznym dla szczególnie niebezpiecznych pacjentów.

http://www.focus.pl/artykul/straszliwa-mio-dzieciobjcy-z-wrzosowisk

#kryminalne
#gruparatowaniapoziomu
#niegrzecznerozowe
+88
Poro6niec
Królowa zbrodni i jej świta – tym zabójstwem żyła cała Polska

W 1997 roku Małgorzata Rozumecka miała 22 lat i legitymację studentki resocjalizacji. Dorastała w kochającej się rodzinie, nigdy nie sprawiała kłopotów wychowawczych, nie miała też problemów w szkole. Podjęła pracę w Erze, w czasach gdy telefon komórkowy był luksusem, a o zasięgu na terenie całej kraju można było tylko pomarzyć. Ale nie zabawiła tam długo. Liznęła wiedzy i postanowiła na własną rękę zarabiać w branży, sprzedając telefony na fikcyjne nazwiska, umożliwiając tym samym darmowe rozmowy nabywcom.

W pracy poznała Piotra Aniołkiewicza, któremu złożyła lukratywną propozycję – sławny aktor, Bogusław Linda, miał być zainteresowany kupnem 32 telefonów komórkowych dla członków swojego klubu filmowego. Aparaty były warte ponad 50 tys. zł, oferta była pewna, tak samo jak duża prowizja. To przekonało mężczyznę i do transakcji wciągnął swojego kolegę, Pawła Sulikowskiego. Z kartonami telefonów pojechali pod wskazany adres – do podwarszawskiego Komorowa. Ale nie było tam willi aktora, nie było samego Lindy, nie było też żadnego klubu filmowego. Była za to stojąca na drodze Rozumecka. I wykopany na skraju lasu dół…

Pewne jest, że mężczyźni zostali zastrzeleni. Aniołkiewicza dodatkowo dobito ciosem łopatą, a ciała wrzucono do dołu i niedbale zasypano. Pewne jest, że godzinę później Rozumecka sprzedała telefony umówionym wcześniej handlarzom na bazarze pod Pałacem Kultury i zgarnęła za nie 36 tys. zł. O mordzie policja dowiedziała się od przypadkowego przechodnia – spacerując zauważył ślady krwi na świeżo przekopanej ziemi.

Co dokładnie wydarzyło się w Komorowie 18 czerwca 1997 roku? Ile osób było na miejscu zbrodni? Skąd mieli broń i co się z nią stało? Kto strzelał do ofiar?

MAŁGORZATA

Rozumecka została oskarżona o to, że z niskich, finansowych pobudek, z zimną krwią zaplanowała okrutną zbrodnię. Następnie, biorąc do pomocy brata Pawła i znajomych: Marcina Tomczaka, Krystiana Majchrowskiego oraz taksówkarza Adama Bojanowskiego, kierowała jej przebiegiem.

Na rozprawę wybrano największą salę w warszawskim sądzie. Przed wejściem czekał tłum dziennikarzy, kamer, mieszkańców stolicy i rodzin ofiar, domagających się sprawiedliwości. Mieli ze sobą transparenty z żądaniami kary śmierci i styropianowe tablice nagrobne z nazwiskami zabitych. Sąd zgodził się na ujawnienie wizerunku oskarżonych oraz ich danych osobowych. Rozumecką wprowadzano skutą kajdankami, w asyście funkcjonariuszy.

– Ja na pewno nikogo nie zabiłam – mówiła w trakcie procesu. – Tego nie było w planach. Chcieliśmy tylko przewalić Piotra Aniołkiewicza.

Przed sądem zeznała, że słyszała dwa strzały, a potem trzeci. Gdy podbiegła bliżej, mężczyźni leżeli twarzą do ziemi, a broń trzymał Krystian. Poza tym była oszczędna w słowach. Z wyższością odnosiła się do sędziów, ostentacyjnie wachlowała się aktem oskarżenia. Pytana o cokolwiek zasłaniała się brakami pamięci, albo korzystała z przywileju nieodpowiadania na pytania. Później w rozmowach z dziennikarzami stwierdziła:

– Nie wiem dlaczego zwabiłam ich do Komorowa. Nie umiem powiedzieć. Nikt nie chciał ich zabić. A jeśli powiem, że zginęli przypadkiem? Że jak się naciśnie spust w pistolecie, to on strzela kilkoma kulami naraz?

Po kilku miesiącach procesu usłyszała wyrok: dożywocie. Sąd apelacyjny utrzymał tę karę, nie znajdując żadnych okoliczności łagodzących. Sędzia Jan Krośnicki w uzasadnieniu napisał: „to ona była organizatorem, to ona wszystko zaplanowała, to ona wydawała polecenia, to ona była przywódczynią. A to były dwa niepotrzebne zabójstwa młodych ludzi, których oskarżona znała.”

Tytuł „Królowej zbrodni” zawdzięcza śmiałej próbie ucieczki ze szpitala w Tworkach. Trafiła tam na obserwację psychiatryczną. Ojciec załatwił jej klucze do drzwi ewakuacyjnych szpitala, zorganizował podrobiony paszport, bilet lotniczy do Meksyku i samochód czekający pod bramą. Zbiegiem okoliczności tego ranka policjanci patrolowali okolicę w poszukiwaniu włamywaczy. Zamiast nich, w ręce wpadła im przeciskająca się przez dziurę w ogrodzeniu Rozumecka, którą dosłownie metry dzieliły od wolności.

Sprawa wróciła na wokandę i trafiła do Sądu Najwyższego. Obrońcą był mecenas Ryszard Berus, który próbował przekonać obecnych na sali, że zamiarem kobiety było nie zabójstwo, a jedynie zastraszenie pracowników Ery. Wykopany dół miał ich przekonać do dobrowolnego oddania telefonów. Jego argumentem było wybranie mało odludnego miejsca, założenie, że całe spotkanie zajmie 20 minut i pozostawienie nietkniętych pieniędzy i zegarka ofiar.

Nie przekonało to składu orzekającego i oddalono wniosek jako bezzasadny. Uznano, że zamiar zabójstwa został ewidentnie dowiedziony. Kobieta znała ofiary, a mimo to nie zadbała o zamaskowanie twarzy – zakładała więc, że mężczyźni nie przeżyją. Wcześniej postarała się o zdobycie broni, wykopanie dołu, znalezienie nabywców telefonów, rozdzielenie zadań między swoich kompanów.

Tym samym wyrok dożywocia stał się ostateczny i niepodważalny. Po odsiedzeniu 25 lat będzie mogła ubiegać się o warunkowe zwolnienie. Póki co przebywa w więzieniu dla kobiet w Grudziądzu. Czyta książki, rozwiązuje krzyżówki, uczy się krawiectwa i szyje robocze koszule, po kilkadziesiąt groszy od sztuki. Nigdy nie przeprosiła rodzin ofiar, uznając, że to nic nie da, bo czasu nie cofnie.

ŚWITA

Marcin Tomczak dostał 12 lat, Adam Bojanowski 6, ojciec Małgorzaty, Jan Rozumecki rok, ale zmarł zanim trafił do zakładu karnego. Nie udało się udowodnić, żeby Tomczak wiedział o planowanym zabójstwie – skazano go za rozbój. Podobnie w przypadku Bojanowskiego, który po fakcie odebrał sprawców i zawiózł ich do Warszawy. Ostatnią osobą był oprawca, Krystian Majchrowski, skazany na 15 lat. W odniesieniu do wszystkich oskarżonych wniesiono apelacje.

Sąd apelacyjny utrzymał wyrok dla Marcina, taksówkarzowi zmienił kwalifikację czynu na paserstwo (pomoc w pozbyciu się rzeczy uzyskanej za pomocą czynu zabronionego) i obniżył wyrok do 5 lat. W sprawie Krystiana sąd uchylił wyrok, uznając że niewystarczająco wnikliwie oceniono dowody i skierował sprawę do ponownego rozpoznania.

PAWEŁ

Rozumecki w chwili zabójstwa miał 16 lat. Został zatrzymany zaraz po ujęciu siostry, ale po przesłuchaniu wypuszczono go. Kilka miesięcy później poleciał do Meksyku, skąd przeniósł się do Nowego Jorku. Mieszkał razem z matką, pracował legalnie, udzielał się nawet w parafii miejscowej Polonii. Dopiero wizyta w ambasadzie przerwała spokojne życie – dowiedział się, że jest poszukiwany listem gończym. Został zatrzymany i przekazany w ręce polskiej policji.

Policja zainteresowała się Pawłem, gdy oskarżony Marcin Tomczak w trakcie procesu oświadczył: „to chyba strzelał Paweł”. Zbiegło się to z zeznaniami świadków obserwujących zdarzenie zza drzew w lesie, którzy zgodnie twierdzili, że strzały oddał najwyższy z obecnych na miejscu mężczyzn. Także matka jednej z ofiar wskazywała na obrażenia głowy, które najłatwiej mogła wykonać osoba tego samego wzrostu.

Przed oblicze sądu Rozumecki trafił w 2007 roku. Zeznający świadkowie niewiele już pamiętali ze zbrodni sprzed lat. Podczas odczytywania ich wyjaśnień z poprzednich procesów rzucali tylko suche „być może” lub „mogło tak być”.

Rozumecka, która przedstawiła wiele wersji wydarzeń, zmieniając je i odwołując, na pytanie o brata odpowiedziała: „mój brat nie jest winien tamtej śmierci. Do dziś nie wiadomo, kto strzelał, i ja tego nie wyjawię.”

Wezwany Marcin Tomczyk powtarzał uparcie: „do dziś nie wiem, kto strzelał. Nie pamiętam, kogo wtedy wskazałem jako uczestnika zajścia. Skoro tak jest napisane, to możliwe, że Pawła. Nie chcę tu mówić o jego roli. Prawdopodobnie strzelał.”

Co na to sam zainteresowany? Zgodnie z jego słowami, rankiem 18 czerwca jego siostrę odwiedził Marcin Tomczak. Zamknęli się w pokoju, gdzieś telefonowali, a potem wyszli z domu i wsiedli do białego samochodu. Kilka dni wcześniej Małgorzata poprosiła go o pomoc w sprzedaniu znacznej ilości komórek, a przed wyjściem kazała mu za godzinę przyjechać do Komorowa, gdzie zwykle urządzali grilla. Na miejscu nie było widać siostry, zobaczył za to taksówkę znajomego, Bojanowskiego, do której wsiadł.

Za chwilę Rozumecka przyjechała w tym samym białym oplu, do którego wsiadła pod blokiem. Kilka minut później padły dwa strzały, potem kolejny. Gdy wybiegł z samochodu siostra krzyknęła: „stało się nieszczęście” i poprosiła, by pomógł zakopać ciała. Na polanie zobaczył leżących na trawie mężczyzn, był w szoku. Ciała w końcu zakopali Małgorzata z Marcinem, a on jedynie pomógł przepakować telefony.

Poza tym niewiele mówił, patrzył nieruchomo przed siebie, próbując ominąć spojrzenie znajdujących się na sali rodzin ofiar. Mecenas Jacek Brydak wysnuł teorię o przypadkowym wystrzale, który miał paść podczas kłótni i spowodować falę dalszych wydarzeń. Utrzymywał, że jego klient jest niewinny, stał się jedynie świadkiem tragicznej, być może przypadkowej, zbrodni.

Prokurator żądał maksymalnego wymiaru kary, jaką może dostać nieletni – 25 lat więzienia. W lipcu 2008 roku zapadł właśnie taki wyrok. Ale to nie był koniec. Orzeczenie uchylono, bo sąd apelacyjny stwierdził naruszenie praw oskarżonego, w tym prawa do obrony.

Obrońca, mecenas Jacek Brydak był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Próbował przekonać sędziów, że nie ma żadnych dowodów wskazujących na jego klienta, i lepiej jest aby „stu przestępców chodziło na wolności, niż jeden niewinny człowiek siedział w więzieniu”. Wskazywał, że skoro Tomczak dostał 10 tys. zł, to Paweł za zabójstwo powinien dostać więcej, niż zgarnięte 2,5 tys. zł.

– Niemożność ustalenia, kto strzelał, nie oznacza, iż nie można uznać, że Paweł R. brał udział w tej zbrodni – ripostował sąd i skazał go na 15 lat więzienia uznając, że Rozumecki wiedział o planowanym przez siostrę zabójstwie, pomagał jej, brał udział w egzekucji, zakopywał ciała a następnie pomógł przy sprzedaży telefonów. Jednak to nie on był inicjatorem zbrodni, a jedynie pozostawał pod wpływem pomysłodawczyni. Dodatkowo sąd uwzględnił młody wiek i fakt bycia ojcem małego dziecka.

Podczas odczytywania wyroku Rozumecki zerwał się ze swojego miejsca i krzyknął: „powiedz, k…, kto strzelał! No kto!”. Jego adwokat w komentarzu do wyroku zaznaczył, że wszystkie wątpliwości rozstrzygnięto na niekorzyść Pawła, przecząc podstawowym zasadom prawa.

– Trudno powiedzieć, że ten wyrok nas satysfakcjonuje, ale zgadzamy się z nim – mówiła matka Sulikowskiego. – Obawialiśmy się, że może być niższy – dodała.

KRYSTIAN

W chwili zbrodni miał 16 lat i ze względu na niski wzrost miał pseudonim „Mały”. Szkoła go specjalnie nie interesowała, wolał siłownie i wypady na miasto w poszukiwaniu wrażeń. Rozumecką poznał kilka tygodni przed feralnym czerwcem. Wpadał do niej, oglądali filmy i pili piwo. Gdy doszły do niego plotki o tym, co się wydarzyło i o aresztowaniu znajomych, uciekł z domu. Jego ojciec miał kłopoty z prawem, nauczyciele nie mieli o nim najlepszego zdania – bał się, że po niego też przyjdą. Ukrywał się u przyjaciela, ale w końcu go znaleźli.

Ponoć policjanci wrzucili go do dołu, gdzie leżały zwłoki, aby wymusić na nim przyznanie się do zabójstwa. Przeciwko niemu świadczyły zeznania pozostałych oskarżonych: Rozumeckiej i Tomczaka. Dziewczyna twierdziła, że to on prowadził samochód zabójców i on do nich strzelił. Jednak odcisków Krystiana nie było we wnętrzu pojazdu. Tomczak przed sądem odwołał swoje zeznania, tłumacząc, że złożył je, by chronić siebie. Taką treść mieli mu też sugerować przesłuchujący policjanci.

Bojanowski, taksówkarz, zaprzeczał, jakoby na miejscu był Krystian. Pod koniec procesu nawet Rozumecka oświadczyła, że nie brał on udziału w zbrodni. Sędzia od razu dopytała, kto był zamiast niego. Oskarżona powiedziała jedynie: „nie będę odpowiadała na to pytanie. Dilerów zabito na zlecenie, na miejscu zabójstwa był ktoś trzeci.” Natychmiast zareagował adwokat Majchrowskiego: „apeluję do pani sumienia, jaka jest prawda?”. „Nie mam sumienia” – odrzekła Małgorzata. I na to pytanie nie usłyszeliśmy do dziś odpowiedzi.

Obrońca jej brata uznał, że uchylając się od odpowiedzi i wskazując tajemniczą trzecią osobę, wydaje wyrok skazujący na brata. Zdaniem adwokata to o niego chodziło, a Rozumeckiej jego imię po prostu nie przeszło przez gardło.

Świadkowie (wszyscy podczas procesu wystąpili incognito) utrzymywali, że razem z kobietą była trójka mężczyzn, wyższych od niej. A Krystian był znacznie niższy. Co więcej, kilka osób widziało chłopaka w tym samym czasie, w jego ulubionym pruszkowskim barze Kajtek.

Jednak na niewiele się to zdało. W akcie oskarżenia Krystian widniał jako sprawca podwójnego zabójstwa. Chłopak był przekonany o swojej niewinności, biła od niego pewność siebie, a zaczepne odzywki nie zaskarbiały sympatii sądu. Podczas procesu wyjawił, że Małgorzata namawiała go do pomocy w napadzie – miał załatwić broń, ale odmówił. Od samego początku zaprzeczał, jakoby był w Komorowie.

Ale był dowód. Na potrzeby śledztwa pobrano ślad zapachowy od Krystiana. Na jego nieszczęście wyszkolone psy wskazały, że taki sam znajduje się w samochodzie ofiar. I to wystarczyło, żeby za pierwszym razem sąd uznał Majchrowskiego za winnego. Uwzględniono młody wiek i zamiast 25 lat, dostał 15. Chłopak załamał się nerwowo.

Apelacja doprowadziła do uchylenia wyroku i ponownego rozpoznania sprawy – ta skończyła się uniewinnieniem. Stało się to możliwe m.in. dzięki prywatnej opinii biegłego, profesora Tomaszewskiego – kierownika Katedry Kryminalistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Podczas procesu podważył on przestarzałą metodą, którą zastosowano do zidentyfikowania zapachowego śladu Krystiana.

Jednak orzeczenie podważył prokurator i sąd apelacyjny orzekał ponownie. Znów uniewinniając, ale dodajmy, że było to dopiero w grudniu 2002 roku.

– Brak jest wystarczająco pewnych dowodów. Ślad osmologiczny nie może być samodzielnym dowodem do skazania człowieka – podkreślił sędzia Jan Krośnicki. Do takiego finału sprawy przyczynił się mecenas Piotr Kruszyński, profesor prawa na Uniwersytecie Warszawskim.

– Sprawiedliwości wreszcie stało się zadość – komentował. – Pierwszy wyrok w tej sprawie to był skandal. Klasyczna pomyłka sądowa!

Majchrowski spędził w więzieniu prawie cztery lata. Dostał za to 180 tys. zł odszkodowania.

EPILOG

Do dziś nie wiemy, co wydarzyło się w ów tragiczny czerwcowy dzień. Nie wiemy, kto znajdował się na leśnej polanie. Nie udało się ustalić, czy skazani z premedytacją zamierzali zabić swe ofiary, czy też chcieli je tylko nastraszyć. Nie wiemy, kto wykopał dół. Nie wiemy, kto miał broń i skąd, ani kto strzelał – nikogo nie przebadano pod kątem używania broni w ostatnich godzinach.

Nie wiemy, czyje niedopałki papierosów znaleziono w trawie – nigdy nie pobrano z nich materiału do badań. Nie wiemy, ile widzieli świadkowie schowani za krzewami, trawami i drzewami, bo gdy zapadały wyroki minęło wiele czasu, i okolica zmieniła się nie do poznania. Nie wiemy, czy na miejscu zbrodni był jeszcze ktoś, ów tajemniczy mężczyzna w kominiarce, o którym wspomniała niegdyś Rozumecka.

http://www.kryminalnapolska.pl/2017/07/08/krolowa-zbrodni-swita-tym-zabojstwem-zyla-cala-polska/

#kryminalne
#polska
#niegrzecznerozowe
+420
kvoka
Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

• • •

Ostrzegam, że opis tej zbrodni jest drastyczny i dotyczy dziecka! Wrażliwsi są proszeni o nieczytanie poniższego tekstu.

• • •

KRZYSZTOF PAŃKÓW, rocznik '66

Rankiem 3 października 1996 roku 9-letnia Kasia G. (zdjęcie) jak co dzień wyszła do szkoły w rodzinnym Byczynie (woj. opolskie), jednak na klatce schodowej spotkała pijanego sąsiada, 30-letniego Krzysztofa. Mężczyzna siłą zaciągnął dziewczynkę do swojego mieszkania (zdjęcie), gdzie skrępował jej ręce i nogi krawatami. Unieruchomioną przyduszał poduszką i wkładał palce do pochwy. W końcu zacisnął na jej szyi materiałowy pasek od sukienki i udusił. Wszystko to trwało około sześciu godzin.

Matka Kasi nie zmartwiła się, gdy córka nie wróciła do domu po szkole, myśląc, że wybrała się ze swoim ojcem w odwiedziny do chorej ciotki. Rodzice zaczęli poszukiwania dopiero od godziny 16:00, a wieczorem trzecioklasistki szukała już cała Byczyna. Jednak dziewczynka nie żyła już od godziny 14:30 — wtedy Pańków zaniósł jej zwłoki do łazienki, ułożył w wannie i zaczął ćwiartować przy użyciu kuchennego noża i piłki do metalu. Fragmenty ciała spakował w foliowe reklamówki i upychał za szafą.

Rodzina i mieszkańcy miasteczka przeszukiwali wszystkie pobliskie kamienice, zjawili się także u Krzysztofa, jednak nie zauważyli nic niepokojącego. Mężczyzna nie płacił rachunków za energię, więc elektrownia odłączyła mu prąd, dlatego w ciemnościach panujących w jego mieszkaniu ciężko było dostrzec wszechobecne ślady krwi. Początkowo nikt nie podejrzewał, że Pańków może mieć coś wspólnego z zaginięciem Kasi, ponieważ bardzo dobrze znał zarówno ją, jak i jej rodziców. Od lat mieszkali drzwi w drzwi, a matka i ojciec dziewczynki czasami zapraszali go na obiady i dawali jedzenie, gdy nie miał pieniędzy. Rok wcześniej, podczas komunii córki, jej matka przyniosła mu nawet poczęstunek.

Wieczorem wyniósł poćwiartowane ciało z domu i porzucił na podmiejskim dzikim wysypisku oraz obok silosów w pobliskich Jaśkowicach. Kiedy tam szedł, zmęczył się, więc postanowił odpocząć i kupić sobie piwo. Stał spokojnie z innymi ludźmi i popijał browarka, mając przy nodze torbę z ciałem dziewczynki.

Następnego dnia okolicę wysypiska przeszukiwała trójka ochotników. Około godziny 11:00 mężczyźni dojrzeli w krzakach poplamione krwią reklamówki, w których spakowana była głowa oraz kończyny zaginionej. Jeszcze tego samego dnia policja zatrzymała mordercę, którego wskazali okoliczni mieszkańcy. Według ich relacji Pańków nie pomagał w poszukiwaniach Kasi, dodatkowo był widziany z podejrzanie wyglądającymi pakunkami. Gdy mundurowi wyprowadzali Krzysztofa, pod jego kamienicą zabrał się rozjuszony tłum, który chciał go zlinczować.

Podczas przesłuchania mężczyzna od razu przyznał się do winy i wskazał, gdzie zakopał tułów 9-latki. Decyzję o jej poćwiartowaniu tłumaczył tym, że kiedyś przeczytał, że jest to najlepszym sposobem na pozbycie się zwłok.

Podczas wizji lokalnej dokładnie pokazał miejsca, w których porzucił zwłoki i precyzyjnie opisał przebieg zbrodni. W trakcie jej trwania ponownie omal nie doszło do samosądu z rąk mieszkańców.

. . .

Kasia została pochowana w rodzinnej miejscowości. Jej trumnę nieśli harcerze, a za nimi podążało aż trzy tysiące żałobników.

. . .

Proces (zdjęcie) (zdjęcie) wzbudzał wiele emocji, a ludzie żądali dla oskarżonego kary śmierci, na której wykonywanie obowiązywało wtedy moratorium.*

Kasia była jedynaczką i długo oczekiwanym przez rodziców dzieckiem. Na jednej z rozpraw jej matka powiedziała:

Miałam w życiu tylko jeden kwiat. Ten kwiat potrzebował opieki, potrzebował troski. Nie potrafił się bronić. Został w brutalny sposób zaatakowany, zniszczony i rozrzucony po polach. Dlatego domagam się jak najwyższego wymiaru kary i żeby ta kara ustrzegła te wszystkie kwiaty, które jeszcze są, jeszcze cieszą nasze oczy. Bo moich oczu już nic nie ucieszy.

Podczas rozprawy Pańków skorzystał z prawa odmowy składania wyjaśnień, jednocześnie podtrzymując wyjaśnienia, które składał podczas śledztwa.

. . .

Krzysztof Pańków został oskarżony o zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem oraz morderstwo. 28 sierpnia 1997 roku zapadł wyrok, w którym za pierwszy z czynów został skazany na 8 lat pozbawienia wolności oraz 5 lat pozbawienia praw publicznych, z kolei za drugi otrzymał dożywotnie pozbawienie wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych. Orzeczona kara łączna za wszystkie czyny to dożywotnie pozbawienie wolności oraz pozbawienie praw publicznych na 10 lat.

Przed odczytaniem wyroku oskarżony w swojej mowie końcowej powiedział:

Nie mogę prosić ludzi o cokolwiek dla siebie, więc zwracam się do sądu o sprawiedliwy wyrok. Proszę o wymierzenie kary śmierci.

Wyrok nie uprawomocnił się gdyż oskarżony i jego obrońca złożyli apelację, w której wnieśli o łagodniejszy wymiar kary. Adwokat uznał między innymi, że Sąd Wojewódzki w Opolu (w latach 1950-1999 teraźniejsze sądy okręgowe były nazywane wojewódzkimi, ze względu na dawny podział administracyjny na 49 województw) wydał wyrok pod naciskiem opinii publicznej. Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał jednak, że nie ma podstaw, by tak twierdzić i utrzymał wyrok w mocy. Podkreślił także, że fakt, iż od zgwałcenia do zabicia Kasi minęły około dwie lub trzy godziny, dowodzi, że oskarżony miał czas na przemyślenie swojego postępowania i dalszych zamiarów. Sąd uznał, że mimo tego, iż Pańków nie był wcześniej karany za zbrodnie na tle seksualnym, są nikłe szanse na jego resocjalizację i sprawia potencjalne zagrożenie dla społeczeństwa.

. . .

Dziś Kasia byłaby już Katarzyną i miałaby 31 lat.
. . .

W roku 2000 Pańków udzielił wywiadu w programie "Cela nr" —> klik (polecam!)

. . .

* moratorium (łac. moratorius, zwlekający) – zawieszenie, tymczasowe wstrzymanie.

W 1988 r. władza ludowa stwierdziła, że z jakichś przyczyn wstrzymanie wykonywania kary śmierci może przynieść im korzyść (pewnie chodziło o zyskanie przychylności społeczeństwa), dlatego zaczęło obowiązywać moratorium na jej wykonywanie. Tak jak dość częste za PRL-u amnestie. Tym razem jednak nie zawracali sobie głowy uchwalaniem ustaw, tylko po prostu stwierdzili, że wyroki śmierci nie będą wykonywane. Zostawili sobie w ten sposób furtkę na przyszłość, gdyby się okazało, że wykonywanie kary śmierci trzeba przywrócić. Dopiero po zmianie systemu uregulowano tę kwestię ustawowo (zresztą w kiepski sposób, co pokazał przypadek Trynkiewicza). Ponadto to uregulowanie ustawowe było jednym z niezbędnych warunków integracji Polski z UE.

Już w trakcie obowiązywania moratorium 10 osób zostało skazanych na karę śmierci (klik). Dopiero w 1995 r. niewykonane kary zamieniono na karę 25 lat pozbawienia wolności.

• • •

Do napisania powyższego tekstu korzystałam zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Opolu oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd i stąd.

• • •

Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

• • •

pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent
+746
cieliczka
Przestępcy wg płci i wieku (na 10 tys. osób) Źródło

Obserwuj #infog - codziennie ciekawa infografika (społeczeństwo, gospodarka, technologia)

#ciekawostki #kryminalne #kryminalistyka #rozowepaski #niebieskiepaski

*(dane dla Szkocji, ale mniej więcej taki rozkład występuje na całym świecie)
+17
Intersith666
Oczekujcie hardo na nowy odcinek, niedługo się pojawi na Stanowo.com ( ͡° ͜ʖ ͡°)
#kryminalne
+3
Intersith666
Już niedługo nowe kryminalne od Jaśmin ze "stanowo.com" ( ͡° ͜ʖ ͡°)
#kryminalne
+9
Pokaż następne
Read more... | http://i.imgur.com/26zK50i.jpg | (Wk06) Conan The Barbarian, Vol. 3 #3A - Preorder 6Th Feb