•  

    Pewnie już wszyscy wiedzą, że III sezon "True Detective" wychodzi teraz. Co ciekawe sprawa, którą zajmują się nasi detektywi może być znajoma dla czytelników tego tagu. Sprawa zaginięcia dzieci Purcellów w pewnym sensie jest zbitką pewnych spraw jak np: West Memphis Three (nastolatkowie w fioletowym garbusie), zabójstwo Jacoba Wetterlinga i oczywiście małe puszczenie oka podczas drugiego odcinka ("A co z ćpunami? W Arkansas pojawiła się heroina.") do sprawy "Chłopców na torach", o której pisałem kiedyś.. Najprawdopodobniej sprawa Purcellów będzie kombinacją wszystkich powyższych zapewne, ale wiemy też, że skazano kogoś jako kozła ofiarnego, więc pewnie jeszcze będzie jakiś zakręt. Oprócz tego jest wzmianka o satanizmie w D&D, bo była kiedyś panika w amerykańskich mediach o tym, ale to raczej fałszywy ślad rzucony na zmyłkę.

    #kryminalistyka #ciekawostkihistoryczne #seriale #truedetective #myrmekochoria
    pokaż całość

    źródło: i.pinimg.com

  •  

    Dziś na #polskiepato prawdziwie patologiczna historia.

    Jeżeli chcesz wesprzeć moje pisanie i pomóc w realizacji dalszych planów związanych z hasztagami polskiepato i rejestrzboczencow, zapraszam na mojego Patronite. Póki co jest tam możliwa tylko jedna (jakaś dziwaczna) forma płatności, w następnym tygodniu będzie już karta i PayPal, tak że jakbyś chciał(a) zrezygnować z jednego piwka podczas zbliżającego się weekendu i przekazać ten skromny pieniądz na kvoczą działalność to będę dozgonnie wdzięczna. ♥

    • • •

    Kamil G. (zdjęcie) został porzucony przez matkę, gdy miał zaledwie kilka lat. Kobieta bez słowa opuściła rodzinę, a jedynymi informacjami o jej aktualnych miejscach pobytu były mandaty przychodzące na adres ich rodzinnego mieszkania w Nakle nad Notecią (woj. kujawsko-pomorskie). Chłopiec wraz z dwójką rodzeństwa pozostał pod nieudolną opieką ojca, a gdy mężczyzna zmarł, dzieciaki trafiły na wychowanie do ciotek. Mimo pomocy asystenta rodziny, nowi opiekunowie nie radzili sobie z Kamilem. Jako nastolatek popadł w szemrane towarzystwo i przysparzał wielu kłopotów, przez co w gimnazjum nie zdał do następnej klasy. Po nieustannych ucieczkach z domu został umieszczony w Ośrodku Wychowawczym w Debrznie, który opuścił w 2013 r. Po powrocie do rodzinnej miejscowości wciąż za nic miał uwagi dorosłych, wagarował i znikał z miejsca zamieszkania na kilka dni. Dlatego też jego kurator we wrześniu wystąpił do sądu z wnioskiem o umieszczenie 16-latka w młodzieżowym ośrodku wychowawczym lub w zawodowej rodzinie zastępczej.

    10 listopada 2013 r. G. znowu uciekł z domu ciotki i zatrzymał się u swojego starszego kolegi Jakuba D., zwanego Dudkiem. Jego matka Wioletta D. właśnie wyjechała do Wielkiej Brytanii, by odwiedzić pracującego tam od pół roku męża. Mająca poważne problemy z alkoholem kobieta zaczęła walczyć z nałogiem, dopiero gdy ten wyjechał za pracą. Wcześniej w domu rodziny D. często dochodziło do głośnych awantur i libacji, a sąsiedzi ich dom nazywali otwarcie "meliną na Jackowskiego" (klik). Pod nieobecność rodziców 19-latek został w mieszkaniu sam, ponieważ jego o rok starszy brat Łukasz wcześniej trafił do więzienia m.in. za kradzieże.

    Znajomi imprezowali przez kilka dni, a gdy skończyły im się pieniądze, sprzedali dekoder telewizyjny. W tym czasie rodzina szukała Kamila, byli nawet w domu przy Jackowskiego 6, gdzie drzwi otworzył im Jakub, który stwierdził, że nastolatka z nim nie ma. We wtorek 12 listopada w mieszkaniu przebywał także 16-letni Jakub R., kolega z klasy Kamila, 23-letni Dawid R. ps. Różko oraz jeszcze dwóch innych młodych mężczyzn, o których niewiele wiadomo.

    Dawid R. był bardzo dobrym kolegą Dudka. Oprócz wspólnych popijaw zajmowali się także drobnymi kradzieżami i włamaniami. Kilka razy brali udział w pobiciach i byli bardzo dobrze znani miejscowej policji. Różko był uzależniony od alkoholu i narkotyków, i chwalił się znajomością z lokalnymi kryminalistami, choć kilka lat wcześniej wydawało się, że wybierze inną życiową drogę, ponieważ przez jakiś czas uczęszczał na spotkania Świadków Jehowy.

    Na imprezie wszyscy pili, palili papierosy, ćpali, a nawet tańczyli. Około godziny 22:00 w mieszkaniu zostali tylko Jakub D., Dawid R., Kamil G. i Jakub R. Różko i Dudek zaczęli słownie dręczyć Kamila. Ubliżali mu, zmuszali do skręcania wszystkim papierosów i przyrządzania jedzenia. Gdy 16-latek odmówił, R. zaczął kopać go po twarzy, a D. rozpędził się i uderzył w niego kolanami. Później przy wielkiej aprobacie i zachętach starszych chłopaków doszło do bójki pomiędzy G. a jego szkolnym kolegą. Po godzinie 23:00 po Jakuba R. przyszła matka i nakazała wracać do domu. Gdy opuścił mieszkanie, Dudek i Różko stali się jeszcze bardziej agresywni w stosunku do Kamila. Zaczęli znęcać się nad nastolatkiem, kopiąc go i bijąc pięściami. W końcu zakrwawionego wrzucili do skrzyni tapczanu i kontynuowali domówkę, co jakiś czas tam zaglądając, by przypalić go papierosem czy wymierzyć następny cios. Po pewnym czasie D. wziął nóż i zaczął ciąć i dźgać Kamila, a gdy ostrze się wykrzywiło, Dawid R. sięgnął po następne, a później po kuchenny tłuczko–tasak (klik). Okładali go nim, aż odpadłdrewniany trzonek. Wtedy Dudek przytrzymał Kamila, po czym drugi z oprawców go zgwałcił. Gdy skończył, zapytał Jakuba, czy też chce, ten jednak odmówił i wepchnął ofierze w odbyt trzonek od tłuczka. Po wszystkim znów zamknęli kanapę, usiedli na niej i pili alkohol.

    Mężczyźni postanowili dobić nastolatka i półprzytomnemu założyli na szyję pętlę z paska od spodni R. Dusili go na zmianę, a później razem, zapierając się o kanapę, bo jak sami przyznali: "ręce od tego duszenia rozbolały". Ściskali tak długo, aż pękła mu kość gnykowa i nastolatek się udusił. Zmasakrowane zwłoki, oprawcy zamknęli w skrzyni tapczanu.

    Po wszystkim, nie próbując nawet zacierać po sobie śladów, Jakub zmienił zakrwawione ubrania i udał się wraz z Dawidem do jego mieszkania. R. przebrał się, spakował dowód osobisty, konsolę x-box, zdjęcie rodzinne i w piątek rano obaj ruszyli w stronę dworca PKP.

    Wychodząc z domu, powiedziałem tacie, że nie wiem, czy się jeszcze kiedyś zobaczymy. Ale tata o nic nie pytał

    – opowiadał później.

    . . .

    W czwartek 14 listopada 2013 r. matka Jakuba D. wróciła do mieszkania, w którym zastała pobojowisko i brak dekodera telewizyjnego. Zadzwoniła na policję, by zgłosić kradzież, a później do syna, który poinformował ją, że jest w Pile. Zdziwiona tym faktem kobieta zaczęła sprzątać walające się po podłodze butelki, porozbijane naczynia i wietrzyć śmierdzące meliną pomieszczenia. Zauważyła też sporo plam krwi i zabarwione na czerwono ubrania, jednak ten widok specjalnie jej nie zaniepokoił. Pomyślała, że po prostu doszło do bójki.

    No, chłopaki. Wie pan, jak to chłopaki... czasem się pobiją, no nie?

    – opowiadała później, rozkładając ręce.

    Dopiero gdy otworzyła wersalkę, krzyknęła z przerażenia i natychmiast wezwała policję.

    Podczas gdy w domu przy ulicy Jackowskiego trwały oględziny, z krążącą wokół budynku zdenerwowaną Wiolettą D. próbowali porozmawiać dziennikarze, ta jednak na widok reportera zaczęła machać gniewnie rękami i krzyczeć:

    Idź pan, bo ci zaraz wypier***ę! I po co ci to?! Wypier****j stąd!

    . . .

    Pierwszym przystankiem Jakuba i Dawida była faktycznie Piła. Potem pojechali do Szczecina, Świnoujścia i Poznania. Gdzieś w trasie Dawid wyrzucił przez okno wagonu swój pasek od spodni, którym udusili Kamila.

    16 listopada policja w Krzyżu Wielkopolskim zatrzymała dwóch mężczyzn, którzy około północy zaczęli walić w dzwon kościoła znajdującego się naprzeciwko komisariatu*. W chwili zatrzymania obaj mieli ponad promil alkoholu w wydychanym powietrzu, jednak nie stawiali oporu. Wkrótce okazało się, że zatrzymani to podejrzani o morderstwo w Nakle D. (zdjęcie) oraz R. (zdjęcie).

    Druga wersja mówi, że mężczyźni sami zgłosili się na komisariat po rozmowach ze swoimi matkami. Wcześniej ustalili między sobą wersję wydarzeń i kto jakie bierze na siebie winy.

    Podczas pierwszego przesłuchania mężczyźni przyznali się do zarzucanych im czynów i ze szczegółami, choć bez emocji, zdali relację ze zbrodni. Postanowili zabić Kamila, ponieważ po tak ciężkim pobiciu i tak nie byłby w stanie samodzielnie funkcjonować i zostałby "roślinką".

    Jakub D. tłumaczył motyw pobicia tym, że "wkręcili sobie", że jest im winny pieniądze.

    . . .

    Rodzinna miejscowość podejrzanych huczała od plotek. Jedni mówili, że Kamil G. zginął z powodu 30 zł, które był winien oprawcom, inni twierdzą, że tamci wściekli się, bo nastolatek nie chciał wykonywać ich poleceń, a jeszcze inni, że poszło o to, że któregoś dnia na policji powiedział za dużo na temat Jakuba R.

    Koledzy G. twierdzili, że to właśnie jego klasowy kolega Jakub zapoznał go ze starszymi kolegami. Nastolatek zaczął często znikać w melinie przy Jackowskiego, mimo ostrzeżeń znajomych.

    Chyba w poniedziałek widzieliśmy Kamila w oknie. Wyglądał na wystraszonego. Dudek nas okłamał, że go tam nie ma, a był. Potem jeszcze raz, może to była środa, wołałem Kamila. Dudek powiedział, że Kamil gdzieś poszedł

    – relacjonował jeden ze znajomych zamordowanego.

    . . .

    Kilka dni po zatrzymaniu podejrzanych odbyła się wizja lokalna z ich udziałem. Mężczyźni ze szczegółami opowiadali o tym, jak katowali nastolatka.

    To się zaczęło w kuchni

    – wyjaśniał Jakub D.

    Kamil patrzył na mnie, bo oczekiwał, że mu pomogę. Ale ja tego nie zrobiłem

    – dodał.

    Ustalono, że katowanie nastolatka trwało od czterech do sześciu godzin.

    Szliśmy pić i znowu wracaliśmy do kanapy

    – relacjonowali, dziwiąc się, że nastolatek po prostu nie uciekł z mieszkania.

    . . .

    Biegli medycyny sądowej znaleźli na ciele Kamila G.wielomiejscowe zasinienia naskórka, rany tłuczone głowy, rany błony śluzowej jamy ustnej, ranę kłutą w okolicy biodrowej, rany cięte na kończynach górnych, szyi, tułowiu i kończynach dolnych, rany błony śluzowej, wylewy krwawe oraz wielomiejscowe podpłynięcia krwawe w tkankach miękkich odbytu i błony śluzowej odbytu. Przyczyną zgonu nastolatka było dwumiejscowe złamanie kości gnykowej, w wyniku czego G. się udusił.

    Zgromadzony materiał dowodowy dał Prokuraturze Rejonowej w Nakle podstawy do postawienia Dawidowi R. oraz Jakubowi D. zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem oraz zgwałceniem (art. 148, par. 2, pkt. 1,2 kk.). Z kolei Jakub R. usłyszał zarzut pobicia.

    Biegli psychiatrzy stwierdzili, że D. i R. byli świadomi swoich poczynań. U obu stwierdzono jednak typ osobowości nieprawidłowej.

    Biegły z dziedziny seksuologii uznał:

    U oskarżonych nie stwierdziłem objawów dewiacji seksualnych w rozumieniu choroby. Czyny, których się dopuścili, nie miały motywacji seksualnej, ale miały na celu upokorzenie ofiary. Tu istotnym czynnikiem był spożywany alkohol, który ma działanie odhamowujące, obniża krytycyzm.

    . . .

    Akt oskarżenia przeciwko Dawidowi R. oraz Jakubowi D. trafił do Sądu Okręgowego w Bydgoszczy 27 czerwca 2014 r., a 30 września ruszył proces (klik) (klik).

    Jakub D. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) wszedł na salę potrząsając demonstracyjnie łańcuchami i już na początku rozprawy kazał sobie zdjąć kajdanki, na co przewodniczący składu sędziowskiego nie zezwolił.

    Proszę z łaski swojej, oskarżony się nie rusza, bo to przeszkadza. Zrozumiał oskarżony?

    – mówił Marek Kryś, sędzia Sądu Okręgowego w Bydgoszczy.

    Może nie będę oddychał?

    – odparł Jakub D.

    Słucham?

    – dociekał sędzia.

    Może nie będę oddychał?

    – powtórzył D.

    Oskarżony jest bezczelny

    – powiedział sędzia.

    Co jestem?

    – pytał oskarżony.

    Bezczelny

    – powtórzył sędzia.

    Później już do końca rozprawy Jakub D. uśmiechał się ironicznie, śmiał, poprawiał sędziów, przerywał i dyskutował.

    Dawid R. (zdjęcie) (zdjęcie) robił wrażenie dużo mniej pewnego siebie. Stał z potulnie spuszczoną głową, a na jego twarzy trudno było dostrzec jakąkolwiek emocję nawet wtedy, gdy przeprasza ciotkę zamordowanego:

    Przepraszam panią bardzo. Wiem, że to niewiele zmieni, ale żałuję tego bardzo.

    Życia mu nie oddasz

    – odpowiedziała kobieta.

    Tym razem mężczyźni wyparli się jakoby mieli zgwałcić Kamila i przyznali się jedynie do zabójstwa, mimo tego, że wcześniej kilkukrotnie przyznawali się do obu z zarzutów.

    Brat mi pisał z więzienia, że mam nie brać gwałtu na siebie. Przyznałem się wtedy, bo mieliśmy uzgodnione z Różko, że bierzemy winę po połowie, ale o gwałcie mieliśmy nie mówić. Jak zobaczyłem, że on mówi, no to też powiedziałem, a teraz się wycofuję. Zmyśliłem to

    – tłumaczył Jakub D.

    Ja bym do chłopaka nie stanął, gejem nie jestem. Zabić tak, ale nie zgwałcić. To tak trudno zrozumieć?

    – dodał jeszcze.

    Nic nie uzgadnialiśmy

    – stwierdził R.

    Jak, nie?

    – odparł Jakub D.

    My piliśmy w czasie ucieczki, a jak się pije, to nie można ustalać

    – stwierdził.

    (klik)

    Następnego dnia przed sądem zeznawał Jakub R., który opowiadał co pamięta z nocy z 12 na 13 listopada 2014. Jakub D. ponownie zakłócał przebieg rozprawy, a na zeznania świadka reagował śmiechem. Gdy sędzia spytał co go tak bawi, stwierdził:

    Zeznania. Bo nie są prawdą.

    Na następną rozprawę, która odbyła się także w listopadzie, został doprowadzony z zakładu karnego Łukasz D., brat Jakuba. Mimo wielu upomnień mężczyźni usiłowali uciąć sobie pogawędkę. Starszy z braci nie chciał nic mówić przed sądem i skorzystał z prawa do odmowy składania zeznań. Chwilę później, gdy policjanci wyprowadzili go z sali rozpraw, krzyknął do Jakuba siedzącego na ławie oskarżonych:

    Tylko cicho, nie?!

    . . .

    Na grudniowej rozprawie biegły psychiatra podkreślał, że u Jakuba D. nie stwierdzono choroby psychicznej. Posiada on osobowość nieprawidłową, która jednak nie ma wpływu na poczytalność, a jego cechy osobowości znajdują się pod pełną kontrolą badanego. U Dawida R. także stwierdzono nieprawidłową osobowość, dodatkowo od 14 roku życia był uzależniony od alkoholu i środków odurzających. Występowały u niego cechy zespołu zależności alkoholowej. Psycholog Ewa Napierała stwierdziła jednoznacznie, że u D. sprawność intelektualną ma na poziomie przeciętnym. Natomiast u R. znajduje się ona w dolnych granicach normy.

    Tego dnia na świadków powołane zostały biegłe z Zakładu Medycyny Sądowej w Bydgoszczy, które zgodnie stwierdziły, że Kamila można było jeszcze uratować.

    Nawet, jeśli dojdzie do złamania kości gnykowej, a ucisk na szyję zostałby zwolniony i wdrożone odpowiednie leczenie, istniałaby możliwość odratowania ofiary, jednak ta pomoc musiałaby być natychmiastowa.

    W styczniu 2015 r. na rozprawie puszczono nagranie z wizji lokalnej. Podczas fragmentu, w którym jeden z oskarżonych opowiadał o zgwałceniu Kamila, oskarżony Jakub D. śmiał się szyderczo (zdjęcie).

    . . .

    10 marca 2015 r. w swojej mowie końcowej ciotka Kamila pytała oskarżonych, jakie mieli prawo, by go zamordować.

    Czy pamiętacie jak on wyglądał? Pamiętasz? A jak go pobiłeś też pamiętasz? Bo ja do końca życia nie zapomnę tego widoku

    – mówiła.

    Jemu bólu żeście narobili i mnie też

    – dodała po chwili.

    Adwokat wspierający kobietę, mec. Jerzy Matysiak, nie wierzył w resocjalizację oskarżonych i żądał dla obu dożywotniego pozbawienia wolności. Takiego samego wymiaru kary chciał prokurator, który proponował jeszcze, by zapłacili rodzinie pokrzywdzonego zadośćuczynienia w wysokości 100 tys. zł.

    Obrońcy oskarżonych chcieli niższej kary. Adwokat Jakuba D. mec. Ireneusz Olszewski mówił, że do tej tragedii mogłoby nie dojść, gdyby nie zaniedbania ze strony policji. To, że w mieszkaniu D. trwała impreza zgłosiła na komisariacie matka Jakuba R., jednak mundurowi zlekceważyli jej zgłoszenie. Podkreślił także, że to nie Jakub D. rozpoczął katowanie Kamila:

    Po prostu się przyłączył, nie chcąc pozostać w tyle. Jest to swoisty element młodzieńczej subkultury.

    Inną linię obrony przyjął obrońca Dawida R. mec Bartłomiej Krakowski:

    Oskarżony nie jest zbytnio inteligentny. Jak na tę jego inteligencję niezbyt wysoką wpłynęło to, że był od tygodnia w momencie zdarzenia pijany i naćpany, bez momentów dłuższego trzeźwienia?

    Dawid R. ponownie wyraził skruchę, a Jakub D. prosił o łagodny wymiar kary.

    (klik)

    . . .

    17 marca 2015 r. w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy zapadł wyrok. Jakub D. i Dawid R. zostali skazani na karę po 25 lat pozbawienia wolności. Ich warunkowe zwolnienie nie może nastąpić wcześniej niż po odbyciu co najmniej 20 lat orzeczonej kary.

    Według sądu motyw działania sprawców był banalny:

    Uznali, że po bójce z Jakubem R., który wcześniej był w mieszkaniu, Kamil był jeszcze za mało pobity. Poza tym – nie zrobił oskarżonym kotletów.

    Ich działanie było bezduszne, bestialskie, świadczące wręcz o odczłowieczeniu. Oskarżeni mieli możliwość przerwania ciągu zdarzeń, jednak napawali się agresją wobec bezbronnego człowieka, który nic im nie zrobił. Potraktowali pokrzywdzonego jak worek treningowy, jak śmiecia, który można wrzucić do skrzyni tapczanu, a po wyjęciu dalej gnębić i tłamsić

    – mówiła sędzia sprawozdawca Anna Warakomska w uzasadnieniu wyroku.

    Prokurator żądał dla oskarżonych dożywocia, jednak sędzia Anna Warakomska uzasadniła:

    Kara dożywotniego pozbawienia wolności swą rangą jest zrównana z kiedyś obowiązującą karą śmierci. Można ją wymierzyć wtedy, kiedy w sprawie brak jest jakichkolwiek okoliczności łagodzących.

    Zdaniem sądu okoliczności łagodzących było kilka, z czym nie zgodził się adwokat ciotki zamordowanego Kamila i złożył apelację.

    W październiku 2015 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku podtrzymał stanowisko sądu w Bydgoszczy, jednak dodatkowo zaostrzył wyrok.

    Sąd podtrzymał orzeczenie z marca, uznając, że kara 25 lat pozbawienia wolności za to zabójstwo jest kara adekwatną. Dodatkowo włączył w treść orzeczenia winę za czyn z artykułu 197 kodeksu, czyli dokonanie zgwałcenia

    – mówił mec. Jerzy Matysiak.

    Dlatego Jakub D. i Dawid R. nie będą mogli ubiegać się o przedterminowe zwolnienie z odbywania kary.

    . . .

    W październiku 2014 r. matka Jakuba D., Wioletta udzieliła krótkiego wywiadu "Gazecie Pomorskiej".

    Ja nie wiem, czemu oni wszyscy, te pismaki wypisują takie bzdury o moim Kubie

    – denerwowała się.

    Nigdy nie miałam z nim problemów. Nie pozwalałam kupować alkoholu. To, jak już przestałam pić. Bo ja już nie piję

    – zaznaczała. Wspominała też, że mówiła synowi by się "z tymi gówniarzami" nie zadawał i że najgorszym z nich wszystkich to "był ten Różko".

    Nie wiem, co teraz zrobię. Chyba napiszę do niego list. Do Kuby. Nie widziałam go od zeszłego roku. Robią z niego w sądzie takiego, co to tylko w kącie stał. A on taki nie jest. Oj nie. Nie pozwoliłby, żeby ktoś go przestawiał z kąta w kąt...

    . . .

    Jakub D. ma obecnie około 25 lat, a Dawid R. 29. Do końca kary zostało im jeszcze do odsiedzenia około 20 lat.

    . . .

    *jakby ktoś chciał zobaczyć sobie to miejsce i przekonać się jak bardzo blisko znajduje się od komisariatu policji to proszę —> klik ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego @IgorK.

    • • •

    Zapraszam także na mój drugi hasztag rejestrzboczencow.

    • • •

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd oraz z artykułu Agnieszka Kozak "Cztery godziny piekła", który ukazał się w magazynie "Detektyw" nr. 10/2018 (jeżeli ktoś będzie zainteresowany mogę wysłać na priv zdjęcia, chociaż średnio widzę w tym sens, ponieważ pani Kozak skopiowała fragmenty z "Ekspressu Bydgoskiego" i innych gazet, więc tam macie to samo, istne kopiuj–wklej, tylko w innej kolejności + dodała do tego zmyślone informacje i przeinaczyła kilka faktów).

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #gwalt #zgwalcenie #naklo #naklonadnotecia #bydgoszcz
    pokaż całość

    źródło: hfhfhf.jpg

  •  

    Jeśli ktoś się interesował sprawą Jayme Closs, zaginionej trzynastolatki z miasteczka Barron w stanie Wisconsin, mam bardzo dobre wieści ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    Została odnaleziona żywa, nieopodal miejscowości Gordon (WI). Zdołała uciec, porywaczowi i mordercy swoich rodziców, i poinformować o swojej sytuacji, kobietę przechadzającą się w pobliżu ze swoim psem. Ta następnie poinformowała policję. Porywacz został zatrzymany, wiadomo o nim na razie tylko tyle, że jest to około dwudziestoletni mężczyzna. Jayme została przewieziona do szpitala w Duluth (WI). Około północy czasu CST (08:20 naszego czasu) zostanie przekazana swoim krewnym.

    Nastolatka, zaginęła 15 paździdrnika 2018 i jej odnalezienie żywej po prawie trzech miesiącach od zaginięcia, jest czymś dość niezwykłm jak na tego typu sprawę.

    #usa #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    KRZYSZTOF ROGUS, rocznik '89
    DAWID PĘDZIK, rocznik '84

    Krzysztof Rogus już jako nastolatek trafił do schroniska dla nieletnich za usiłowanie zabójstwa i dotkliwe pobicie starszej kobiety. Lekko upośledzony i zdemoralizowany chłopak pracował jako stolarz, chociaż ukończył tylko szkołę podstawową, w przeciwieństwie do swojego o pięć lat starszego kolegi Dawida. Pędzik z zawodu był kucharzem, a w swoim 24-letnim życiu był już dwunastokrotnie sądownie karany — za popełnienie przestępstw przeciwko mieniu, bezpieczeństwu w komunikacji i ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii.

    Mężczyźni (zdjęcie) mieszkali w małej podkarpackiej wsi Siedliska-Bogusz. 13 lutego 2009 r. 19-letni Rogus w towarzystwie Pędzika odwiedził męża swojej starszej siostry. 33-letniemu Krzysztofowi Kurczowi w małżeństwie nie układało się najlepiej, dlatego też zażądał rozwodu, a żona wraz z dziećmi wyprowadziła się z ich wspólnego domu na obrzeżach wsi. Tam też tego zimowego dnia pili wódkę. Młodsi mężczyźni już wcześniej uzgodnili między sobą, że zabiją i okradną Kurcza dlatego, gdy już pijany przysypiał na krześle, przystąpili do ataku. Pędzik uderzył go dwukrotnie trzykilogramowym metalowym młotkiem w część ciemieniową głowy, po czym Rogus włączył piłę motorową i przeciął mu kark, prawie ucinając głowę.

    Popatrz, jaką mu zrobiłem ranę!

    — krzyknął do kolegi, po czym wyciągnął martwemu szwagrowi 100 zł z kieszeni.

    Mieszkanie spłynęło krwią. Pędzik spalił swoje zakrwawione buty w piecu, po czym obaj udali się nad rzekę. Gdy narzędzia zbrodni zniknęły pod wodą, poszli do sklepu, a z zakupionym za skradzione pieniądze alkoholem wrócili do domu Krzysztofa Kurcza. Martwego gospodarza przykryli kołdrą, by podczas picia wódki nie musieć patrzeć na jego zmasakrowane zwłoki. Mężczyźni imprezowali tam jeszcze przez kilka dni, a telefony od zmartwionej matki Kurcza odbierał Rogus i zapewniał kobietę, że u jej syna wszystko w porządku.

    Gdy po trzech dniach skończyły im się pieniądze oraz wódka, udali się do sąsiedniego domu, gdzie mieszkała 75-letnia Aniela Kurcz — ciotka zamordowanego Krzysztofa.

    Gdy weszliśmy do domu, zasłoniłem okna, żeby nikt nic nie widział

    — opowiadał później przed sądem Pędzik.

    Mężczyźni grozili staruszce siekierą i nożem oraz dotkliwie ją pobili. Kobieta miała złamany nos z przemieszczeniem, złamane żebro oraz pękniętą ścianę żołądka. Obolałą kobietę Rogus uderzył otwartą dłonią w twarz, zdjął majtki, pociągnął za nogi, a gdy z krzesła upadła plecami na podłogę, Pędzik przytrzymał jej nogi, a Rogus zgwałcił. Po tym jeden z oprawców zaczął okładać ją obuchem siekiery po głowie, powodując jej zgon. Z mieszkania zabrali 2,5 tys. zł i udali się do sklepu po alkohol.

    Już następnego dnia, 17 lutego zapukali do drzwi 79-letniej Zofii N. Poprosili kobietę o wodę, twierdząc, że wyczerpała się w chłodnicy ich auta. Gdy zorientowali się, że jest sama, wtargnęli do domu i grożąc nożem, zażądali wydania pieniędzy. Staruszka oddała im tysiąc złotych, jednak sprawcy nie chcieli uwierzyć, że to wszystkie oszczędności, które posiadała, dlatego związali ją sznurem oraz kablem elektrycznym. N. nie miała więcej gotówki, a nieusatysfakcjonowani mężczyźni, ze strachu przed wydaniem ich policji, postanowili zabić staruszkę. Rogus nakrył jej głowę swetrem, a Pędzik dwukrotnie uderzył obuchem siekiery w głowę. Po wszystkim udali się do sklepu po alkohol.

    . . .

    18 lutego sąsiadka jednej z zamordowanych kobiet razem z pracownicą pomocy społecznej odkryły zwłoki. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) Policjanci interweniujący w związku z tym zgłoszeniem dowiedzieli się od pobliskich mieszkańców, że od kilku dni nie widzieli także mieszkającego obok Krzysztofa Kurcza. Mundurowi zapukali do domu mężczyzny, a gdy nie było odpowiedzi nawet na uderzenia w okna, postanowili wyważyć drzwi i wejść do środka.

    Rogus i Pędzik zostali zatrzymani już pięć godzin później. Przyznali się do morderstw i kradzieży.

    (krótki reportaż)

    Podejrzanych aresztowano na trzy miesiące, a od 19 lutego zaczęły się wizje lokalne z ich udziałem. Podczas jednej z nich mężczyźni przyznali, że gdyby zabrakło im pieniędzy, byłyby kolejne ofiary.

    Zarówno Krzysztof Rogus, jak i Dawid Pędzik zostali uznani za poczytalnych i świadomych swoich czynów w trakcie popełniania zbrodni. Stwierdzono u nich obniżony intelekt oraz nieprawidłowo ukształtowane osobowości, ale nie choroby psychiczne.

    Proces rozpoczął się w marcu 2010 r. (zdjęcie) (zdjęcie) i trwał zaledwie tydzień. Przed pierwszą rozprawą poirytowany Rogus pokazywał wulgarne gesty w kierunku mediów.

    Mężczyźni przyznali się do wszystkich zarzucanych im czynów, ale odmówili składania wyjaśnień. Podtrzymali jednak swoje wcześniejsze wyjaśnienia, złożone w czasie śledztwa, które na pierwszej rozprawie odczytał sąd. Wtedy też Pędzik powiedział, że zabili Kurcza, bo jego żona "miałaby wtedy spokój". Twierdził także, że miał z nią romans, a kobieta chciała i tak się rozwieść.

    Podczas ostatniej z trzech rozpraw prokurator domagał się dla oskarżonych wyroku dożywocia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie dla Rogusa po odbyciu 60 lat kary, a dla Pędzika — po 55.

    Według prokuratury, działania sprawców były planowane i ukierunkowane na zysk, a następnie na zatarcie śladów zbrodni. Oskarżeni działali pod wpływem alkoholu, wybierali na ofiary osoby samotne, o których wiedzieli, że otrzymują regularne świadczenia, oraz mieszkające w domach oddalonych od innych zabudowań. Z zebranego materiału dowodowego wynikało, że motywem działania oskarżonych była chęć uzyskania pieniędzy na alkohol, a następnie pozbawienie życia pokrzywdzonych, którzy mogli ich zidentyfikować.

    Obrońcy oskarżonych wnosili o łagodniejsze wyroki, natomiast sami oskarżeni w mowie końcowej przeprosili za swoje czyny.

    Wyrok zapadł 1 kwietnia 2010 r. Sąd Okręgowy w Rzeszowie uznał obu mężczyzn (zdjęcie) (zdjęcie) za winnych zarzucanych im czynów oraz skazał:

    • za zabójstwo (art. 148 § 1 kk) oraz rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia na osobie Krzysztofa Kurcza (art. 280 § 2 kk), na kary po 25 lat pozbawienia wolności;

    • za rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia na osobie Anieli Kurcz (art. 280 § 2 kk), na kary po 8 lat pozbawienia wolności;

    • za zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem Anieli Kurcz (art. 197 § 4 kk oraz art. 197 § 3 kk) Krzysztofa Rogusa na 8 lat pozbawienia wolności, z kolei Dawida Pędzika na 6 lat;

    • za zabójstwo (art. 148 § 1 kk) Anieli Kurcz na kary po 25 lat pozbawienia wolności;

    • za rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia na osobie Zofii N. (art. 280 § 2 kk), na kary po 10 lat pozbawienia wolności;

    • za zabójstwo (art. 148 § 1 kk) Zofii N. na kary po 25 lat pozbawienia wolności.

    Orzeczona kara łączna za ww. przestępstwa dla obu sprawców to dożywotnie pozbawienie wolności. Dla Krzysztofa Rogusa z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po upływie 45 lat, a dla Dawida Pędzika po 40. Obaj mężczyźni mają też zapłacić matce zamordowanego, Danucie Kurcz, po 10 tys. zł.

    Sąd zezwolił także na publikację pełnych danych oraz wizerunków oskarżonych.

    W uzasadnieniu wyroku sędzia Piotr Popek powiedział, że nie ma wątpliwości, iż doszło do zbrodni o dużym stopniu szkodliwości społecznej, dlatego też obaj oskarżeni zasłużyli na kary o charakterze eliminacyjnym, a społeczeństwo należy przed nimi chronić.

    Każda zbrodnia jest tragedią. Jednakże oskarżeni działali z rozmysłem, wyrachowaniem, na zimno, nie okazywali żadnych oznak wyrzutów sumienia. Potrafili wrócić na miejsce przestępstwa, spożywać alkohol obok zwłok. To wszystko świadczy o wysokim zdemoralizowaniu oskarżonych

    — podkreślał.

    Po wyjściu z sali sądowej wujek zamordowanego Krzysztofa Kurcza ze łzami w oczach powiedział:

    Teraz czujemy się bezpieczni. Sędzia wymierzył słuszną karę, ale za takie czyny powinna być śmierć.

    . . .

    Obrońcy oskarżonego złożyli apelację po ogłoszeniu wyroku, domagając się po 25 lat dla każdego ze sprawców.

    Zaniedbania wychowawcze i rodzinne spowodowały, że ma taki charakter. To rzutowało na czyny, które popełnił. Trzeba dać mu szansę, jest młody

    — przekonywał adwokat Pędzika. Z kolei obrońca Rogusa uznał, że okolicznością łagodzącą powinno być to, że przyznał się do winy. Matka zamordowanego oraz prokuratura chcieli utrzymania wyroku w mocy. Prokurator Stanisław Rokita z Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie uznał:

    To są seryjni mordercy. Drapieżnik zabija, by zdobyć pożywienie. Oni zrobili to dla dzikiej przyjemności. Czy można każdego z nich nazwać człowiekiem? Jedyna słuszna kara to całkowita eliminacje ze społeczeństwa.

    Krzysztof Rogus poprosił o ponowne badania psychiatryczne, kwestionując opinie biegłych. Próbował przekonać, że popełniając zbrodnie, nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi. Sąd także miał wątpliwości, czy normalni ludzie są w stanie dopuścić się takich czynów, dlatego przystał na wniosek i wysłał obu mężczyzn na dalsze obserwacje.

    . . .

    8 marca 2011 r. odbyła się ostatnia rozprawa (zdjęcie) (zdjęcie), na której sędzia Zbigniew Śnigórski z Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie przytoczył opinię biegłych, którzy ponownie nie stwierdzili u oskarżonych żadnych chorób psychicznych.

    Psychiatrzy uznali, że byli poczytalni, gdy zabijali. Dlatego sąd nie znalazł żadnych podstaw do obniżenia im kary. Jedyną jest całkowita eliminacja

    — wyjaśniał sędzia.

    Mowę prokuratora skazani zakłócali wulgarnymi odezwaniami. Uciszyli się dopiero po kolejnym upomnieniu przez sędziego i groźbie wyrzucenia z sali.

    Wyrok Sądu Okręgowego w Rzeszowie został utrzymany w mocy, a w uzasadnieniu tej decyzji przez Sąd Apelacyjny w Rzeszowie czytamy:

    Wysoki stopień demoralizacji oskarżonych, niekorzystne prognozy resocjalizacyjne wręcz przemawiają za tym, aby takiego sprawcę eliminować z życia społecznego na maksymalnie długi okres czasu, a nawet jak w tym przypadku dożywotnio.

    Tylko przypomnieć należy, że stosowany w przeszłości wobec Krzysztofa Rogusa środek poprawczy za czyn związany z usiłowaniem popełnienia zbrodni zabójstwa, jak też środki karne orzekane w 12 wyrokach wobec oskarżonego Dawida Pędzika okazały się całkowicie bezskuteczne. (...)

    Podobnie, nie mogła mieć istotnego znaczenia na wymiar kary okoliczność wynikająca z faktu przyznania się oskarżonych do popełnienia zarzucanych im czynów i nie tylko dlatego, że ich wyjaśnienia co do przebiegu samych zdarzeń nie zawsze były zgodne. (...)

    Nie można również podzielić twierdzeń apelacji, że oskarżeni wyrazili żal i skruchę za swoje czyny.

    Ich zachowania, a zwłaszcza oskarżonego (nazwisko ocenzurowane) na rozprawie apelacyjnej, w sposób jednoznaczny przeczą temu, co jest podnoszone w apelacjach.

    Na rozprawie apelacyjnej sędzia przewodniczący stwierdził:

    To były trzy egzekucje. Szwagier był tak pijany, że nawet dźwięk piły motorowej go nie obudził. Nie trzeba było go zabijać. Wystarczyło sięgnąć do jego kieszeni. Staruszki można było tylko przytrzymać i też zdobyliby pieniądze. Trudno o tym mówić bez załamania głosu, ciarki przechodzą.

    Na koniec dodał jeszcze:

    Wiedzieli, co robili. Zacierali ślady. Obaj nie dają gwarancji, że po opuszczeniu więzienia po 25 latach nie popełnią kolejnej zbrodni.

    Danuta Kurcz po wyjściu z sali z sądowej odetchnęła z ulgą. Nie mogła liczyć na karę śmierci dla morderców jej syna, jednak zarówno ona, jak i mieszkańcy miejscowości Siedliska-Bogusz oraz okolicznych wsi bali się, że skazani mogą wyjść po 15 latach i wrócić w rodzinne strony.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Rzeszowie oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego w Rzeszowie, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    Zapraszam też na mój drugi tag polskiepato.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #siedliskabogusz #podkarpacie #seryjnimordercy #seryjnemorderstwo #krzysztofrogus #dawidpedzik #dozywocie #polskiesprawykryminalne
    pokaż całość

    •  

      @Bezimienny_BeZi: w komentarzach pod artykułami na ich temat, ludzie pisali, że cała rodzina Rogusów to straszna patologia. Podobno to rodzina wielodzietna, kradną i piją do tego. Mieszkali w jakiejś wsi obok i dostali od państwa dom. A ta żona zamordowanego sprowadziła mu do domu kilkoro patologicznych członków swojej familii i "jakiegoś bezdomnego" i urządził na chacie meline. Dlatego ją w końcu pogonił. Nie wiem czy to prawda. pokaż całość

    •  

      Serio, dla pieniędzy stawać w obronie takiego odpadu, które stwarza zagrożenie dla mieszkańców całego miasteczka. Z powodu tych pierdolonych banknotów

      @JEST-SUPER:
      A słyszałeś o czymś takim jak obrona z urzędu?
      Fakt, że każdy oskarżony musi mieć obrońcę, sprawia, że wyrok - w założeniu - jest jeszcze bardziej sprawiedliwy i odpowiedni, bo wynika z okoliczności sprawy, a nie z tego, że oskarżony nie umiał się bronić. Obrońca nie usprawiedliwia czynu, ani sprawcy, tylko gwarantuje klientowi równe szanse wobec aparatu państwowego (prokuratury).
      Kto miałby decydować czy należy Ci się obrońca czy nie? Zbigniew Ziobro? Czy ekspert z portalu wykop.pl? Dlatego należy się każdemu.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (67)

  •  

    #szkolastandard

    Zapraszam na zapoznanie się z historią napadu, który po latach nadal porusza całą Japonię. 118 tys. przesłuchanych, setki detektywów (dwóch z nich zmarło z wycieńczenia podczas śledztwa) - wszystko na nic. Zuchwałej kradzieży dokonał facet podający się za policjanta.

    Link do artykułu.
    Link do znaleziska (zachęcam do wykopywania).

    Standardowo zapraszam na fanpage na Facebooku - dzięki za wszelkie polubienia!

    #angielski #angielskizwykopem #jezykangielski #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #japonia #kryminalne #zbrodnia #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: jpnheist.jpg

  •  

    Zabójstwo w sklepie monopolowym, USA 1958 rok.

    "Murder at liquor store 2200 South Central Ave. Vicitim lies on floor behind counter where he was shot, as detectives examine counters for fingerprints of killer. Detective L.L. Hightower examines body of shooting victim

    USCdigital archive/Los Angeles Examiner Negatives Collection, 1950-1961"

    Galeria

    #starszezwoje - blog ze starymi grafikami, miedziorytami, rysunkami z muzeów oraz fotografiami

    #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #fotohistoria #kryminalistyka #myrmekochoria
    pokaż całość

  •  

    Sprawa zaginięcia Mariah Kay Woods

    ZAGINIĘCIE
    26 listopada 2017 roku, w niedzielę, między godziną 20:00- 20:30 Kristy Woods położyła swoją 3 -letnią córkę spać. Ostatnią osobą, która widziała dziecko był partner jej matki Earl Kimrey, który mieszkał razem z nimi. Około północy miała ona wyjść ze swojego pokoju. Mężczyzna polecił jej wówczas, aby wróciła do łóżka i poszła spać.
    Gdy rankiem Kristy Wood weszła do jej pokoju, zobaczyła puste łóżko. Kobieta była przekonana, że córkę porwano. Sprawę zaginięcia zgłosił na policję z samego rana partner kobiet, informując dyspozytora 911, że dziecko zniknęło, a piżama, którą matka ubrała dziewczynce do snu, znajduje się na podłodze w jej pokoju.

    PRZESŁUCHANIA
    Policja przesłuchała matkę i jej partnera , a także rozmawiała z biologicznym ojcem dziewczynki Alexem Woodsem. Powiedział on funkcjonariuszom, że to z radia dowiedział się, że policja poszukuje jego dziecka i nikt nie poinformował go o tym, że 3-latka zaginęła. Zeznał, że ostatni raz widział swoją córkę i jej dwóch braci około rok wcześniej, kiedy dostał ją na miesiąc pod opiekę.
    W jednym z wywiadów ojciec Mariah wyraził swoje powątpiewanie w wersję wydarzeń zakładającą porwanie. Uważał za niemożliwe, że w domu były 4 osoby: dwoje dorosłych i dwoje dzieci i nikt z nich nic nie widział i nie słyszał.

    BŁAGALNY APEL MATKI
    Dzień po zaginięciu, matka dziewczyny wygłosiła telewizyjne przemówienie, w którym zwracała się ona do potencjalnego porywacza i błagała go o zwrócenie jej córki. Niestety, bezskutecznie. Kristy Woods poinformowała ponadto, że dziewczynka nosi obuwie ortopedyczne na obu nogach i ma problemy z chodzeniem bez nich.

    POSZUKIWANIA
    W poszukiwania włączyli się wszyscy okoliczni mieszkańcy. Funkcjonariusze policji zaczęli od przeszukania domu i jego okolic. Znaleźli wówczas ślady, mogące mieć związek ze zniknięciem dziewczynki, jednak wówczas jeszcze nie mieli pojęcia, jaki. Wśród przedmiotów znalezionych w domu przy Dawson Cabin Road była piżama dziewczynki, fragment ściany z jej sypialni, taśma klejąca, część maty podłogowej z furgonetki, cztery butelki wybielacza, strzykawka, łopata i czarna torba z taśmą izolacyjną.

    Sprawdzono również zbiornik wodny i opuszczony dom, niedaleko miejsca, w którym zaginęła dziewczynka.
    Policja podała, że nie ma śladów żadnego samochodu dookoła domu (poza samochodem Kristy Woods), jednak tylne drzwi domu były otwarte w nocy, której zaginęła dziewczynka. Już na początku jednym z podejrzanych stał się partner matki dziewczynki. To on widział jako ostatni dziecko żywe.

    Początkowo kluczem do rozwiązania sprawy wydawały się opublikowane przez FBI zdjęcia z monitoringu pewnej kobiety w towarzystwie małej dziewczynki, która pasowała do opisu Mariah. FBI stwierdziło jednak później, że kobieta na zdjęciu nie miała żadnego związku z toczącym się śledztwem w sprawie odnalezienia dziewczynki.

    ODNALEZIENIE CIAŁA
    Niespełna tydzień po zaginięciu (2.12.2017 r.), na jaw wyszła okrutna i brutalna prawda.
    Kiedy setki wolontariuszy szukało dziewczynki przez wiele dni, zespół nurkowy z Fayetteville znalazł jej ciało na dnie Holly Shelter Creek w odległym rejonie powiatu Pender - około 40 km od jej domu.

    Według policji, ślady na ciele ofiary wskazywały jednoznacznie na zabójstwo. Nie było to jednak miejsce śmierci dziewczynki. Ktoś próbował po prostu ukryć ciało.
    Earl Kimrey został aresztowany (około godzinę przed odnalezieniem ciała ofiary) i oskarżony o zatuszowanie śmierci 3-latki oraz zacieranie śladów. Nakaz aresztowania mówi, że Kimrey przeniósł ciało Mariah z miejsca, w którym zmarła, wiedząc, że jej śmierć nie była naturalna. Kimrey ma za sobą długą historię kryminalną, obejmującą oskarżenia o kradzież, napaść, groźby oraz rozboje pod wpływem alkoholu.

    DODATKOWE FAKTY
    Biologiczny ojciec dziewczynki w chwili zaginięcia córki, był w sporze z jej matką o opiekę nad nią oraz jej braćmi. Udostępnił on dokumenty z Child Protection Services, w którym udowodnione jest, że dziewczynka była molestowana przez partnera matki. O wszystkim opowiedział 10-letni brat Mariah, który był regularnie bity przez podejrzanego Earla Kimreya. Mówił też, że jego mama była w pełni świadoma wszystkiego, co działo się z dziewczynką i tego, co robił jej partner.

    ROZWIĄZANIE SPRAWY
    Według raportu autopsyjnego, opublikowanego 18 lipca 2018 roku, trzyletnia dziewczynka została zapakowana w worki na śmieci, zanim jej ciało zostało podrzucone do potoku.
    Ciało znajdowało się w trzech plastikowych workach na śmieci, które były związane i zapakowane w zapięty na zamek pokrowiec na poduszki. Poza ciałem dziewczynki w pokrowcu znajdował się również fragment cementu, najprawdopodobniej pochodzący z krawężnika. Jednak to nie on był narzędziem zbrodni. Prawdopodobnie morderca chciał w ten sposób zapobiec wypłynięciu ciała na powierzchnię wody.
    Nie było żadnych widocznych urazów, oprócz siniaka przy lewym oku i kilku zadrapań na twarzy, jednak wewnątrz czaszki doszło do krwawienia. Według raportu, nie było żadnych dowodów na to, że ofiara została napastowana seksualnie.

    Policja już wcześniej twierdziła, że Mariah zmarła z powodu zatrucia chloroformem, co sekcja zwłok potwierdziła. Chloroform to substancja, którą stosowano dawniej w medycynie, w celu wprowadzenia pacjenta w głęboką narkozę, jednak ze względów bezpieczeństwa, w latach 70. całkowicie go wycofano na rzecz mniej toksycznych środków.

    Policja dotarła do świadków, którzy widzieli jak Kimrey pakował do furgonetki pakunek, którego rozmiary określili jako: “Większe od torby na książki” i opuścił dom, który dzielił z Kristy Woods i jej dziećmi w nocy 26 listopada.

    OSKARŻENIE
    24 stycznia 2018 roku Earlowi Kimreyowi postawiono zarzut zabójstwa 3-letniej dziewczynki. Mężczyzna jest oskarżony o zabójstwo pierwszego stopnia i przestępstwo z użyciem przemocy wobec dzieci, oraz zadanie poważnych obrażeń ciała, w wyniku których doszło do śmierci Mariah Kay Woods. Kimery jest przetrzymywany w areszcie w Onslow, bez możliwości wyjścia za kaucją.

    Pierwsza rozprawa odbyła się 14 lutego 2018 roku. Prokurator w sprawie Kimreya, ogłosił 15 lutego, że będzie domagał się kary śmierci dla sprawcy. Przewidywany termin procesu sądowego został wyznaczony na wrzesień 2019, ponieważ strony potrzebują czasu na zapoznanie się z dowodami w sprawie. Proces może potrwać kilka tygodni, ponieważ prokuratura będzie domagać się kary śmierci dla oskarżonego.

    Kristy Woods nie postawiono żadnych zarzutów.

    Wersja na YouTube

    #kryminalne #kryminalistyka #zaginieni #mordercy #zbrodnia
    pokaż całość

  •  

    #anonimowemirkowyznania
    Cześć,

    To nie bait, boję się. W youtube wpadłem w polemikę z jakimś osobnikiem, cóż, obraziłem go, a ten mi pisze, że mam jak w banku, że zdechnę i pozdrawia z grupy mokotowskiej. Po awatarze faktycznie jakiś kark, więc to może być prawda.

    Pytanie, co robić, żeby uniknąć namierzenia? Czy jeśli usunę kanał na yt to znikają wtedy też inne moje komentarze? Mordy tam nie pokazywalem. Czy to jest dobry sposób, żeby się ukryć? Jakie są szanse, że może mnie faktycznie znaleźć po koncie na yt zakładając, że pomoże mu fachowy informatyk?

    Myślę nad pokasowaniem wszystkich swoich kont.

    Iść na policję w sprawie gróźb karalnych? Nie chcę tego robić, ale to byłby jakiś ślad na wypadek, gdyby mi się coś stało. A jeśli faktycznie dotrą do faceta i on w ten sposób dowie się podczas postępowania kim jestem? Chciałbym tego uniknąć.

    Serio, przestraszyłem się, nigdy więcej napinek w internecie. ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    Dodajcie to jak najszybciej, jestem spanikowany i chciałbym wiedzieć co robić.

    #internet #pytanie #prawo #policja #youtube #kryminalne #997 #kiciochpyta #pytaniedoeksperta #bezpieczenstwo #anonimowosc #mafia #kryminalistyka

    Kliknij tutaj, aby odpowiedzieć w tym wątku anonimowo
    Kliknij tutaj, aby wysłać OPowi anonimową wiadomość prywatną
    Post dodany za pomocą skryptu AnonimoweMirkoWyznania ( http://mirkowyznania.eu ) Zaakceptował: Zkropkao_Na
    Dodatek wspierany przez: Wyjazdy dla maturzystów
    pokaż całość

    •  

      @SanchezYZF: jangcy jest w chinach a yakuza to japońska mafia, pozdrawiam cieplutko :)

    •  

      Ja: Przede wszystkim nic na wykopie nie ginie. W tej chwili wykop to jedyny działający serwis z pornografią dziecięcą. Każdy kto skopiował linki zdjęć przez te cztery-sześć godzin, kiedy wykop udostępniał te treści na stronie, może otworzyć i pobrać zdjęcia z pornografią dziecięcą. Również wpisując hasło "wykop" w wyszukiwarce grafiki można uzyskać dostęp do tych zdjęć. W tej sprawie były setki jeśli nie tysiące zgłoszeń na policję, a administracja nie zrobiła nic w tej sprawie. Więc chłopie, taki leszczyk, co podpisał na siebie wyrok śmierci konentarzem w necue tym bardziej jest już trupem, bo policja ma wy### na "przestępstwa internetowe". Znałem gościa z grupy mokotowskiej póki nie poszedł siedzieć za gwałt, bo kelnerka "zasłużyła sobie" złą reakcją na złapanie za tyłek (nie podam lokalu, bo może nadal ludzie kojarzą tą sprawę, miasto tuż pod Warszawą). Najlepiej siedź w domu, a rodzina niech gdzieś wyjedzie. Tak będzie najprościej.
      Zawsze jak będziesz miał szansę krzyknij "znam Arka". Może to ten po#b łysy o którym wspomniałem wyżej i daruje koledze kuzyna. Tyle mogę zrobić.

      Zaakceptował: Eugeniusz_Zua}
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (43)

  •  

    Więcej historii kryminalnych z Polski na #polskiepato oraz rejestrzboczencow.

    • • •

    Gdy Józef Wagner miał cztery lata, jego ojciec popełnił samobójstwo. Od tej pory wspomnienie poczucia strachu towarzyszącego widokowi trumny spuszczanej do wąskiego dołu było z nim już zawsze. Mały Józio został sam z matką, która biła go za najdrobniejsze przewinienia. Czasami zamykała też w ciemnej piwniczce, gdzie siedział skulony na węglu. Ze strachu przed karą często nie wracał do domu i głodny tułał się po ulicach Gliwic. Zaczął włamywać się do domów i mieszkań, aż trafił do domu dziecka. Stamtąd też uciekał, więc został umieszczony w ośrodku wychowawczym. Tam także nie miał łatwego życia – kary cielesne i przemoc seksualna były na porządku dziennym. Bywało, że rozbierano go do naga i wyprowadzano na zewnątrz, gdzie w listopadowym mrozie polewano go lodowatą wodą i bito pasem.

    Po przejściu przez wiele ośrodków wychowawczych spędził lata w więzieniu za kradzieże i rozboje. W końcu założył warsztat stolarski, ożenił się, pogodził z matką, która sama nie radziła sobie z wspomnieniami z własnego dzieciństwa naznaczonego przemocą i gwałtami. Zaczęła uczęszczać na spotkania biblijne, gdzie zabierała syna. Ten nie zrezygnował jednak z kradzieży, w których teraz pomagała mu małżonka. Doczekał się także córki. W końcu firma splajtowała, a on zaczął się imać różnych prac dorywczych i coraz częściej pić alkohol. Leczył się także psychologicznie.

    27 lutego 1992 r. zaprosił do siebie kolegę, a gdy skończyło im się piwo, postanowili udać się do osiedlowego sklepu. Józef wziął ze sobą tłuczek do mięsa, tłumacząc żonie, że to na wypadek awantury. Po drodze spotkał sąsiada, z którym wdał się awanturę, a podczas bójki uderzył go w głowę obuchem, powalając na ziemię. Oprawca wraz z towarzyszem ruszył do sklepu. Po zakupieniu alkoholu zjawili się u znajomych w mieszkaniu przy ulicy Raciborskiej, w którym przebywało trzech innych mężczyzn. Tam Józef przy wódce opowiedział kolegom, jak dwa dni wcześniej wdarł się na mównicę w kościele świętej Barbary i próbował wygłosić kazanie. Wierni zaczęli z niego szydzić, co go rozwścieczyło, dlatego wyjął nóż i zaczął im wygrażać. Potem chciał utoczyć własną krew do kielicha i opowiedzieć o swojej nadludzkiej sile, jednak powstrzymała go policja. Ta historia bardzo rozbawiła jego towarzyszy, co także nie spodobało się Józefowi, który wszczął kłótnię. Doszło do bójki, w trakcie której Wagner sięgnął po tłuczek i siekierę. Mężczyźni błagali go o życie, jeden z nich mówił, że ma żonę i dziecko, jednak nawet to nie przekonało oprawcy. Kazał im uklęknąć i się modlić. Zadawał im ciosy, wykrzykując religijne hasła. Jeden z ranionych mężczyzn zaczął uciekać w stronę drzwi, aż w końcu padł, charcząc krwią. Oprawca podszedł do niego i zadał kilka uderzeń siekierą w tył głowy. Wrócił do pastwienia się nad pozostałymi, nikomu nie pozwalając wezwać pogotowia. Krew tryskała na wszystkie strony, a każda z ofiar otrzymała po kilkanaście ciosów. Trzej mężczyźni zmarli na miejscu. Nie udało się także uratować sąsiada, zatłuczonego w osiedlowej bramie.

    Jedyny ocalały opowiadał później:

    Jego twarz zmieniła się, gdy zabijał, był blady, miał wywrócone białka oczne.

    Policjanci, którzy zjawili się na miejscu, wręcz brodzili we krwi i ludzkich tkankach. Ze względu na silne rozczłonkowanie, trudno było dopasować niektóre części ciała do ofiar. W katowickim instytucie medycyny sądowej zabrakło stołów, aby pomieścić wszystkie fragmenty zwłok. Prasa nazwała zabójcę "wampirem z Gliwic".

    Wagner nie przyznał się do zabicia wszystkich czterech mężczyzn. Obwiniał kolegę, jedną z ofiar. Utrzymywał, że sam jest odpowiedzialny tylko za jedną śmierć i że działał w afekcie. Podczas przesłuchania zachowywał się dziwnie, mówił, że ma dar i posłał go sam Bóg i że "coś mu kazało rąbać". Później odwołał swoje wyjaśnienia, jednak zeznania świadków i dowody pozwoliły ustalić, że to on zabijał. Badania psychiatryczne wykazały, że jest psychopatą oraz charakteropatą.

    W 1993 r. Sąd Wojewódzki w Katowicach skazał go na 25 lat pozbawienia wolności (w kodeksie karnym widniała wtedy kara śmierci, jednak obowiązywał zakaz jej wykonywania, czyli moratorium, o którym pisałam tutaj; nie było ówcześnie kary dożywotniego pozbawienia wolności). Po ogłoszeniu wyroku żona Wagnera powiedziała córce, że jej ojciec nie żyje.

    Według dyrektora Zakładu Karnego nr 2 w Strzelcach Opolskich Józef Wagner "należał do wyjątkowo spokojnych skazanych". Brał udział w spotkaniach religijnych, angażował się w prace społeczne, udzielał się w wolontariacie i uczęszczał na zajęcia kulturalne. Nauczył się na pamięć kodeksu karnego, dzięki czemu pomagał innym więźniom. Wykonywał także prace odpłatne poza murami więzienia, m.in. w przedszkolu: zajmował się ogrodem, remontami i naprawą; (możliwość pracy w zakładzie karnym jest formą nagrody, nie każdy ma taki przywilej, tym bardziej z możliwością wychodzenia poza więzienne mury). Rodzice dzieci nie wiedzieli, za co został skazany mężczyzna pracujący w pobliżu ich pociech. W więzieniu nie brał jednak udziału w żadnej terapii, która pomogłaby mu uporać się ze swoimi cechami osobowościowymi. Przez wszystkie lata spędzone za kratami ukończył jedynie 30-godzinny kurs zastępowania agresji.

    Po odbyciu 15 lat kary Józef Wagner mógł już starać się o przedterminowe zwolnienie (art. 78 k.k.) – ubiegał się o nie aż 13 razy.

    Przesłanką do udzielenia warunkowego przedterminowego zwolnienia jest pozytywna prognoza kryminologiczna, czyli przekonanie, że więzień nie popełni ponownie przestępstwa. Przy jej ocenie brana jest pod uwagę opinia psychologa i wychowawcy oraz postawa skazanego, okoliczności popełnienia przestępstwa czy zachowanie po jego popełnieniu i w czasie odbywania kary (art. 69 k.k.). Dopiero na podstawie tych dowodów sąd może podjąć decyzję i ocenić, czy może udzielić przedterminowego zwolnienia. Jednak mimo pozytywnej prognozy nie musi on podejmować pozytywnej decyzji.

    W przypadku Józefa Wagnera decyzja sądu była każdorazowo odmowna ze względu na negatywną prognozę kryminologiczną, którą więzienny wychowawca wystawiał ze względu na przestępstwa oraz brak krytycyzmu w stosunku do popełnionych morderstw.

    W końcu, 8 sierpnia 2012 r. Sąd Okręgowy w Opolu stwierdził, że Wagner jest gotowy na powrót do społeczeństwa. Prognoza poprzedzająca decyzję sądu była także negatywna, jednak tym razem skazany sporządził pisemne wyrażenie żalu za zabójstwa. Dodatkowo wniosek jego poparli dyrektor i wicedyrektor zakładu, kapelan i psycholog oddziałowy. Nie byli jednak powołani biegli w tej sprawie. Prokurator także nie wyraził sprzeciwu, a w sądzie Wagner sprawiał wrażenie pokornego i skruszonego. Zapewniał, że się zmienił i jest innym człowiekiem.

    Decydując o zwolnieniu, sąd mógł zlecić przeprowadzenie dodatkowych badań psychiatrycznych skazanego, nie wnioskował o to jednak ani prokurator, ani wychowawca. Dlatego w lutym 2013 r. Józef Wagner po 21 latach, w wieku 49 lat wyszedł na wolność. Został mu przyznany jedynie kurator sądowy na 10 lat, czyli na okres próbny. Sąd nałożył na niego także obowiązki: zarabiania, powstrzymania się od alkoholu, zawiadamiania o zmianie miejsca pobytu oraz niekontaktowania się z osobami karanymi.

    . . .

    Po wyjściu z więzienia Wagner otrzymał mieszkanie przy ulicy Zabrskiej w Gliwicach. Zajął się pracami wykończeniowymi — malował mieszkania, układał parkiety i kafelki.

    13 sierpnia 2013 r. znajomi Józefa zabrali go ze do mieszkania ich koleżanki. Towarzystwo piło piwo i rozmawiało, a dialog najbardziej kleił się pomiędzy Wagnerem a 21-letnią Martyną*. Dziewczyna zaszła do swojej przyjaciółki prosto z urzędu pracy. Była rozżalona, ponieważ jedynym proponowanym jej zatrudnieniem było sprzątanie klatek schodowych. Zwierzała się mężczyźnie, że ma dwójkę małych dzieci, którym chciałaby zapewnić jak najlepszy byt, jednak przez ciążę w młodym wieku nie uzyskała odpowiedniego wykształcenia i teraz ciężko jej znaleźć porządną pracę. Józef słuchał jej uważnie i ze spokojem, w ojcowski wręcz sposób pocieszał. Nie podrywał jej, nie prawił komplementów, sprawiał raczej wrażenie psychologa lub księdza z powołania. W końcu towarzystwo zaczęło się rozchodzić. Józef mieszkał nieopodal, więc zaproponował Martynie, by wpadła do niego kontynuować rozmowę. Dziewczyna zgodziła się, nie mając pojęcia, że sprawiający dobre wrażenie mężczyzna w średnim wieku to czterokrotny morderca. Na miejscu poczęstował ją piwem i włączył muzykę. Był bardzo spokojny, a Martyna czuła się bezpiecznie, dopóki po wyjściu z toalety nie zobaczyła, że czeka na nią na korytarzu. Zaczęła czuć się nieswojo, dlatego po niedługim czasie rozmowy podziękowała za towarzystwo i chciała wyjść, jednak okazało się, że drzwi do mieszkania są zamknięte. Józef uśmiechnął się tylko i odparł:

    Już nie wyjdziesz.

    Przestraszona dziewczyna zaczęła płakać i błagać, by ją wypuścił, ten jednak był nieugięty. Zmienił się nie do poznania: z osoby miłej, ciepłej i ujmującej – w potwora. Przystawił jej do szyi nóż i powiedział:

    Bądź cicho. Nie zrobi mi różnicy, jeśli ciebie też zabiję. Już to robiłem.

    Po czym rzucił ją na łóżko i zaczął dusić. Rozkazał jej być grzeczną, wtedy może wypuści ją nad ranem. Zgwałcił ją kilkukrotnie, a później stwierdził, że ją zwiąże i będzie trzymał przez miesiąc. W końcu zamknął dziewczynę w mieszkaniu i wyszedł kupić alkohol i papierosy. Wtedy Martyna, która ciągle miała przy sobie telefon komórkowy, zadzwoniła do męża z prośbą o pomoc. Znała tylko numer budynku, dlatego, gdy przyjechał na miejsce wraz ze znajomymi, dziewczyna uderzała głośno w drzwi. Mężczyźni wyłamali je, a schodząc po klatce schodowej, spotkali wracającego ze sklepu Józefa. Mąż Martyny rzucił się na niego i dotkliwie pobił, po czym odwiózł żonę do domu i natychmiast zadzwonił na policję.

    Myślałem, że przyjedzie pani psycholog z policjantką, ale przysłano siedmiu mężczyzn, którzy zaczęli wypytywać żonę o szczegóły gwałtu. Zadano jej ten ból na nowo. Pojechaliśmy na miejsce. Wagnera już tam nie było. Potem na komisariacie żona znów musiała zeznawać przed mężczyzną. Nie wiem, czemu Wagnera. od razu nie zatrzymano

    – opowiadał.

    Mężczyzna po pobiciu trafił do szpitala z dość poważnymi obrażeniami, skąd w końcu samowolnie się oddalił i ukrył. Mąż poszkodowanej opowiadał:

    Dzwonił potem do żony wielokrotnie. Groził, że skrzywdzi ją i dzieci. Próbował wymusić, by wycofała zeznania. Zdarzyło się nawet, że gdy jechała z córką i teściową autobusem, usiadł naprzeciw niej i się uśmiechał. Znów zadzwoniłem na policję. Dopiero pani prokurator przesłuchała żonę z udziałem psychologa i wydała nakaz zatrzymania.

    Wagner wysyłał jej także SMS-y, w których groził śmiercią jej i jej całej rodzinie. Został zatrzymany dopiero 4 września, po czym stał się pierwszym w historii gliwickiej prokuratury oskarżonym o gwałt, którego przyprowadzono bez kajdanek. Najprawdopodobniej zagadał funkcjonariuszy, którzy uwierzyli, że jest niewinny.

    Zaraz po tym do prokuratury zadzwonił pracownik więzienia w Strzelcach Opolskich, który miał przeczucie, że stanie się coś złego i Wagner nie powinien zostać zwolniony z zakładu karnego. Dodał, że to człowiek bardzo inteligentny, który zyskał przychylność kierownictwa zakładu, tak że wszyscy zapomnieli o zbrodni, której dokonał.

    Józef Wagner nie przyznał się do winy. Zaprzeczył, jakoby miał przetrzymywać Martynę w mieszkaniu i odbyć z nią stosunki seksualne wbrew jej woli. Zapewniał także, że nie stosuje przemocy wobec kobiet.

    Ja myślę, że jestem więźniem przeszłości. Ja muszę siedzieć. Ja nie mam prawa być na wolności, mnie można pomówić o byle co i ja siedzę dlatego, że kiedyś byłem karany

    – powiedział reporterom. Pytany o zabójstwo z 1992 r. odparł, że nie nazywa tego morderstwem i źle się czuje z takim nazewnictwem. Te zdarzenia nazywa po prostu bójką, która zakończyła się tragicznie. A socjopatą nazwali go po to, by go "wsadzić".

    Wagner został umieszczony w areszcie tymczasowym, a prokuratura w Gliwicach oskarżyła go o kilkakrotne zgwałcenie, uwięzienie, grożenie pozbawieniem życia oraz stosowanie przemocy fizycznej.

    . . .

    W mediach zawrzało. Wszyscy zadawali sobie pytanie, jak to możliwe, że czterokrotny morderca, który dzięki lukom w kodeksie karnym w latach 90. zamiast kary śmierci lub dożywocia dostał tylko 25 lat pozbawienia wolności, opuścił teraz więzienie za "dobre sprawowanie".

    Okazało się, że w jednym z więzień – w Jastrzębiu-Zdroju – mówił wychowawcy, że nie czuje się winny tych zabójstw. Ten wtedy doradził mu, że aby wyjść na wolność, musi okazać skruchę i przyznać się do winy, ponieważ sąd już zawierzył wersji świadków. Dlatego właśnie napisał oficjalne pismo i nikt później nie badał, czy sam wierzy w to, co w nim zawarł. Okazało się także, że jego zachowanie analizowali tylko pracownicy zakładu karnego, w którym przebywał, nikt z zewnątrz.

    Psycholog więzienny widział go zaledwie kilka razy, ponieważ najczęściej w zakładach karnych na 200 skazanych przypada jeden psycholog. Z kolei wychowawca ma przydzielone 600-800 osób.

    Kurator Józefa Wagnera widział się z nim w ciągu pół roku (od wyjścia z więzienia do gwałtu) sześć razy. Jego zdaniem podopieczny nie naruszył żadnego z nałożonych na niego obowiązków.

    Tam doszło do bójki. Nie możemy być pewni, że ktoś inny nie zabił, a on za to odbywa karę. W bójce ktoś może stracić przytomność i nie pamiętać całego obrazu sytuacji. Trudno mi uwierzyć, że zabił tylu ludzi. Wagner był uczciwy. Nie robił awantur przez cały okres odbywania kary. W celi jest mała przestrzeń. Osoby o skłonnościach do agresji bardzo szybko ją ujawniają. To moje prywatne odczucia — myślę, że znalazł się w złym czasie i miejscu. Ale nie kwestionuję wyroku.

    Tę rażąco nieprofesjonalną wypowiedź skrytykowali goście magazynu reporterskiego "Państwo w państwie". Na temat sprawy wypowiadał się biegły sądowy, były sędzia i prezes Fundacji "Sławek".

    klik <– "Państwo w państwie", gdzie pokazano m.in. fragmenty wywiadu z Wagnerem, w którym usiłuje minimalizować wszystko to, co się stało i udaje ofiarę systemu. Symuluje nawet, że ma problemy ze słuchem.

    To, że skazany jest grzeczny w zakładzie, o niczym nie świadczy. Człowiek, który morduje siekierą i tłuczkiem do mięsa, powinien siedzieć w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym, mieć dobrego lekarza, intensywną terapię, której nie przeprowadza się w więzieniu

    – komentował w rozmowie z “Gazetą Wyborczą” były szef więziennictwa Paweł Moczydłowski. Z kolei prof. Piotr Kruszyński, znany karnista z Uniwersytetu Warszawskiego stwierdził:

    Jestem zdumiony tą decyzją, nie mieści mi się to w głowie. W normalnych często banalnych sprawach, bardzo trudno jest uzyskać przedterminowe zwolnienie. Trzeba spełnić szereg warunków, przejść długą, skomplikowaną procedurę. A tutaj mamy sytuację, że człowiek skazany za poczwórne zabójstwo, wychodzi na wolność zdecydowanie zbyt wcześnie.

    Wagner ma silne zaburzenia

    – mówiła prokurator.

    Z jednej strony często się wzrusza, wydaje się subtelny, mówi o poezji, książkach. Ale gdy przedstawiłam mu akt oskarżenia, stał się niezwykle agresywny, używał mocnych wulgaryzmów, twarz mu się wykrzywiła. Tak jakby znajdowały się w nim dwie kompletnie różne osoby.

    Wagner rzuciłby się na nią z pięściami, gdyby nie interwencja policjanta.

    Specjaliści zgodnie twierdzili, że Sąd Okręgowy w Opolu popełnił błąd, udzielając „wampirowi z Gliwic” warunkowego zwolnienia.

    . . .

    Dziennikarzowi TVN24 Józef Wagner opowiadał, że wdarł się na mównicę w kościele po to, by "powygłupiać się" i trafić do zakładu psychiatrycznego, zamiast do więzienia, które groziło mu za wcześniejsze napady i rozboje. A podczas mordowania kolegów po prostu wpadł w amok i "szał bitewny", z którego niewiele pamięta (klik).

    Dziennikarka Gazety Wyborczej, która przeprowadzała z nim kilkugodzinny wywiad, była przekonana, że Wagner nie żałuje tego, co zrobił, nie odczuwa wyrzutów sumienia, co więcej – jak sam mówił – nie jest pewien, czy popełnił przypisane mu zbrodnie.

    Jestem niewinny. Wszystko wymyśliła prokuratura. Na panią prokurator napisałem już kilkadziesiąt skarg: do Ministerstwa Sprawiedliwości, Prokuratury Generalnej, prezesa sądu okręgowego, prezesa sądu rejonowego. Chcę założyć sprawę mężowi kobiety, która mnie pomawia, ale mi odmawiają. Założę sprawę psycholog, bo napisała też, że nadużywam środków psychoaktywnych, a ja nigdy nie brałem narkotyków.

    Na dowód przygotował dla niej stertę pism i skarg na prokuraturę oraz na kierownictwo aresztu.

    Staram się nie marnować czasu. Nie oglądam telewizji, wolę grać w szachy, pisać wiersze, aforyzmy, książki. Wiem, że jestem nadwrażliwy. Płaczę przy filmach jak "Waleczne Serce" lub słuchając muzyki Jean-Michela Jarre'a. Postanowiłem, że sam nauczę się grać. Napisałem pismo do dyrektora zakładu, by pozwolili mi na keyboard. Zaznaczyłem, że rozumiem, iż fortepian nie zmieści się do celi. Dostałem odmowę, więc napisałem kolejną prośbę o dostęp do szkoły muzycznej. Powołałem się na konkretne zapisy prawne i następnego dnia powiedziano, że mogę mieć ten keyboard. W zakładach karnych miałem w celi telewizor, odtwarzacz wideo, kablówkę. Czasem było mi wręcz źle, że posiadam tak wiele, gdy inni ludzie nie mają za co żyć

    – opowiadał.

    Dziennikarka oceniała go jako niezwykle inteligentnego człowieka, z wyjątkowym darem przekonywania ludzi do swojej wersji zdarzeń. Podczas wizyty w więzieniu była zaskoczona, z jaką wyższością odnosił się do strażników, wręcz rozstawiał ich po kątach. Natomiast, gdy została z nim już sama, stał się subtelny, wyważony i ze spokojem odpowiadał na wszystkie pytania. Stwarzał wokół siebie aurę bezpieczeństwa, można było poczuć się z nim bardzo swobodnie.

    Dopiero przy drugiej rozmowie, gdy dziennikarka była uprzednio ostrzeżona przez psychologów, w jaki sposób może zachowywać się wobec niego, by cokolwiek z niego wydobyć, postanowiła kontrolować swoje wypowiedzi. Wtedy wyszła z niego jego druga strona — zaczął się bardzo denerwować, wykazywał niezdrowe pobudzenia, gdy mówił o śmierci i zabijaniu, błyszczały mu oczy. Widać było, że tematy związane z zabijaniem go ekscytują. W nerwach opowiadał dziennikarce, że nie dziwi się ludziom, którzy strzelają do polityków.

    Umiem robić naboje, broń, bomby. Od lat interesują mnie militaria, potrafię zrobić nawet te skomplikowane konstrukcje. Myślałem, aby wejść do budynku prokuratury lub sądu. Posługiwanie się trotylem jest proste i można zabić wielu ludzi. W zamknięciu mój gniew tylko się kumuluje

    – chwalił się.

    klik <- wersja wydarzeń Wagnera

    . . .

    Według opinii psychologów i psychiatrów z 2013 r., Wagnera charakteryzuje wysoki poziom rozwoju intelektualnego, bardzo dobra orientacja w relacjach interpersonalnych oraz wysoka koncentracja na sobie. W celu zaspokojenia potrzeb może być nastawiony instrumentalnie i mieć skłonności do manipulacji. O dziwno, tym razem nie stwierdzono u niego psychopatii, socjopatii czy charakteropatii.

    Psycholog kryminalny Jan Gołębiowski (osobiście jestem wielką fanką tego pana) zajmujący się tworzeniem profili psychologicznych stwierdził jednak:

    Myślę, że Wagner ma wysoką, choć niestabilną samoocenę. Jego postawa wielkościowa zasłania wątpliwości i kompleksy, których pewnie nabawił się w dzieciństwie. Trzeba też pamiętać, że 20 lat w więzieniu bardzo zmienia człowieka, niestety na gorsze. To tam człowiek się socjopatyzuje. Aby przetrwać, musi manipulować, odgrywać rolę, kłamać. Psychopaci potrafią idealnie dostosować się do warunków zamknięcia. To często najlepsi więźniowie. Stają się niebezpieczni na wolności, gdy pozbawi się ich rutyny i kontroli. Często mają ogromne możliwości kreacji. Do perfekcji opanowali przekonywanie innych do swojej wersji zdarzeń.

    W więzieniu w Raciborzu, do którego trafił Wagner, uznano, że nie klasyfikuje się on do terapii, bo nie ma choroby psychicznej.

    . . .

    Na początku sierpnia 2014 r. w Sądzie Okręgowym w Gliwicach odbyła się pierwsza rozprawa (klik). Prowadząca sprawę prokurator nie dziwiła się, że mężczyzna potrafił przekonać do siebie bardzo wiele osób. Była przekonana, że gdyby nie natychmiastowa reakcja męża życie Martyny byłoby zagrożone.

    Na pewno oskarżony jest osobowością skomplikowaną. Z jednej strony sprawia wrażenie osoby bardzo spokojnej, spolegliwej wręcz. Takiej, która chce przekonać do swoich racji. Natomiast w momencie, w którym mu się to nie udaje, kiedy zauważa, że osoba, która go przesłuchuje, lub przeprowadza badania, ma odmienne zdanie, to natychmiast reaguje gniewem, agresją, czy nawet wulgaryzmami. Niewątpliwie jest osobą, która kreuje się, i po części mu się to udaje, na osobę bardzo spokojną, chętną do współpracy. Rozmawiającą. Interesującą się wieloma dziedzinami sztuki

    – powiedziała.

    (zdjęcie) (zdjęcie)

    19 września 2016 r. sąd w Gliwicach, bazując na opinii lekarza chorób wewnętrznych, uniewinnił Józefa Wagnera. Prokurator uznał ten wyrok za niesłuszny i zapowiedział apelację. Jednak od tej pory media milczą w tej sprawie.

    . . .

    *imię wymyśliłam na potrzebę tekstu

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #gwalt #zgwalcenie #gliwice #jozefwagner
    pokaż całość

    źródło: jw.png

    •  

      Witam, rok temu z "hakiem" protezowałam Józefa Wagnera - aparat słuchowy. Oczywiście nie wiedzialam kto to jest - dopiero wracajac z pracy zasugerowana przez mamę że złodziejaszka (taka informacje uslyszalysmy od pielęgniarki zakładowej) ponieważ przyjechal w asyscie 4 mundurowych wieziennych-nie prowadzą z kajdankami na nogach (pracowała jako kurator społeczny oraz ławnik) wygoglowalam go - jakie było moje zaskoczenie gdy zaczelam wglebiac się w temat. Wampir zrobił na mnie i kolezance z pracy wrażenie osoby która owszem "zboczyla" na zle tory ale kazdy ma prawo do drugiej szansy i tak do dzisiaj telepie mna jak o tym wspominam- jaj czlowiek może zmanipulowac drugiego i wcielić sie tak jakby w inną osobe. Józek przebywał w areszcie w Gliwicach i z tego co wiem starał się o odbywanie kary - bo za gwałt dostał 4-5lat - na wolności pod warunkiem stalego monitoringu czy cos takiego. Wiem ze aparat sluchowy był mu niezbedny do rozprawy. Był to listopad, grudzień 2017 z poczatkiem 2018 miala odbyc sie rozprawa - czy ktoś coś w8e nowego na ten temat?? pokaż całość

    •  

      @kvoka: A co z zabezpieczeniem nasienia sprawcy? Ta kobieta nie miała zrobionej obdukcji?

    • więcej komentarzy (72)

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    Dziś krótki wpis i – jak zawsze – maksimum informacji, do których udało mi się dotrzeć. Jutro lub za dwa dni wrzucę Wam coś dłuższego.

    Jest to także wpis, do którego po raz pierwszy nie wołam, bo jak wynikło z ankiety –- większość z Was woli, bym z tego zrezygnowała. Zresztą, te Mirkolisty nie działają należycie, i każdorazowo bardzo wiele osób pomijały. Wiem, że nie każdemu będzie się podobała ta zmiana, ale nie jestem w stanie zrobić tak, by wszyscy byli zadowoleni. ( ͡° ʖ̯ ͡°) Mam nadzieję, że obserwując tag, niczego nie przegapicie!

    • • •

    DARIUSZ BUDA, rocznik '69

    Buda urodził się w Nowym Dworze Gdańskim (woj. pomorskie), gdzie jego dzieciństwo podobno nie należało do łatwych, ale nie doszukałam się szczegółów.

    Został skazany z artykuł 168 § 2 kk/69 (który od 1969 do 1998 r. traktował o zmuszeniu kogoś do "czynu nierządnego") po raz pierwszy już w roku 1993 jako 24-letni mężczyzna. Nie odbył jednak całej kary i zamiast trzech lat w więzieniu spędził tylko półtora roku.

    Kilka lat po wyjściu na wolność, 28 lipca 1996 r. we wsi Laskowice Wielkie (woj. opolskie) zaatakował przypadkowo spotkaną kobietę. Ogłuszył ją kilkoma ciosami w głowę i gwałcił, bijąc po całym ciele. Skatowanej ofierze zacisnął na szyi sznurówkę i udusił. Z martwą odbył jeszcze stosunek analny.

    Prokuratura postawiła mu zarzut morderstwa oraz zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem, co było działaniem w recydywie. Sąd Wojewódzki w Elblągu uznał Budę za winnego zarzucanych mu czynów, a w listopadzie 1998 r. mężczyzna usłyszał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności oraz pozbawienia praw publicznych na okres 10 lat.

    Obrońca oskarżonego wniósł apelację, w której wnioskował o zmianę kary na 25 lat pozbawienia wolności. Adwokat uważał m.in., że sąd nie wziął pod uwagę jednej z ekspertyz wyrażającej pogląd, że w chwili popełniania zbrodni zdolność sprawcy do kierowania swoim postępowaniem była w znacznym stopniu ograniczona. Powołał się także na jego młody wiek, dobrą opinię w miejscu pracy oraz nienaganne zachowanie w więzieniu podczas odsiadywania pierwszego wyroku za zgwałcenie.

    W kwietniu 1999 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku nie uwzględnił apelacji. Wspomniana ekspertyza została zgodnie odrzucona przez dwóch psychiatrów, ponadto wśród jej twórców nie było żadnego lekarza z tej dziedziny. Z kolei dobrą opinię o Budzie sąd dostrzegł, jednak nie nadał jej żadnego znaczenia dla sprawy, ponieważ jej ranga jest zbyt mała w zestawieniu z całym szeregiem okoliczności wyjątkowo obciążających, w świetle których rozpatrywana zbrodnia jawi się jako szczególnie drastyczna i wstrząsająca. Za okoliczności łagodzące nie uznał także faktu, że w momencie popełnienia zbrodni oskarżony miał niespełna 27 lat, ani tego, że przez trudne dzieciństwo był osobą niedowartościowaną, co według obrońcy miało być przyczyną pojawienia się dewiacji seksualnej. Zbrodnię sąd uznał za wyjątkowo odrażającą, a sposób działania Budy za bezlitosny i okrutny, dlatego bezdyskusyjnie występuje potrzeba trwałej eliminacji oskarżonego z życia społecznego.

    . . .

    Dariusz Buda karę pozbawienia wolności zaczął odsiadywać w Zakładzie Karnym w Sztumie, jednak informacja o jego aktualnym pobycie nie jest podana. Pewne jest tylko, że mężczyzna wciąż nie przebywa na wolności.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Elblągu oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego w Gdańsku, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #nowydworgdanski #laskowicewielkie
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

    •  

      Adwokat uważał m.in., że sąd nie wziął pod uwagę jednej z ekspertyz wyrażającej pogląd, że w chwili popełniania zbrodni zdolność sprawcy do kierowania swoim postępowaniem była w znacznym stopniu ograniczona. Powołał się także na jego młody wiek, dobrą opinię w miejscu pracy oraz nienaganne zachowanie w więzieniu podczas odsiadywania pierwszego wyroku za zgwałcenie.

      Co ma młody wiek, dobra opinia w miejscu pracy i nienaganne zachowanie podczas odsiadywania pierwszego wyroku do brutalnego gwałtu, morderstwa i recydywy?

      @nexetpl: art. 53 § 2 Wymierzając karę, sąd uwzględnia w szczególności motywację i sposób zachowania się sprawcy, zwłaszcza w razie popełnienia przestępstwa na szkodę osoby nieporadnej ze względu na wiek lub stan zdrowia, popełnienie przestępstwa wspólnie z nieletnim, rodzaj i stopień naruszenia ciążących na sprawcy obowiązków, rodzaj i rozmiar ujemnych następstw przestępstwa, właściwości i warunki osobiste sprawcy, sposób życia przed popełnieniem przestępstwai zachowanie się po jego popełnieniu, a zwłaszcza staranie o naprawienie szkody lub zadośćuczynienie w innej formie.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (66)

  •  

    Jest to jedna z najgłośniejszych spraw kryminalnych w historii byłego NRD. Znana jest w Niemczech pod nazwą „Krzyżówkowe morderstwo”, gdyż sprawca zbrodni wykryty został dzięki kilku gazetowym krzyżówkom, po których znalezieniu przeprowadzono badanie pisma na niespotykaną skalę. Próbkę pisma stanowiły litery wpisane do owych kilku krzyżówek – z tego też powodu „Krzyżówkowe morderstwo” jest najprawdopodobniej precedensem na skalę światową.

    Halle-Neustadt – socjalistyczne marzenie
    Miasto Halle-Neustadt zbudowane zostało w połowie lat 60. ubiegłego wieku specjalnie dla pracowników przemysłu chemicznego. Halle-Neustadt, promowane jako socjalistyczne marzenie szczęśliwego człowieka, to właściwie jedno wielkie osiedle bloków przeznaczonych dla około stu tysięcy mieszkańców. Lars Bense urodzony w roku 1973 był typowym dzieckiem tego socjalistycznego miasta.

    Wyjście do kina

    Jest 15 stycznia 1981 roku. Lars, uczeń pierwszej klasy szkoły podstawowej, wybiera się w tym dniu do kina. Na dworze pada śnieg.
    Po seansie chłopiec nie pojawia się w domu. Rodzice zaczynają się niepokoić. Około godziny 18 zawiadamiają policję o jego zaginięciu (enerdowska policja to Volkspolizei – tzw. „Policja Ludowa”, czyli odpowiednik Milicji Obywatelskiej). Jeszcze tego samego dnia o godz. 20 rozpoczynają się poszukiwania chłopca. Są znacznie utrudnione za sprawą śnieżnej pogody, jednak akcja prowadzona jest także i w nocy, a funkcjonariuszom pomagają wolontariusze Policji Ludowej, tj. zorganizowana grupa zaangażowanych obywateli. Przeszukiwane są wszystkie potencjalnie „podejrzane” miejsca, a w szczególności pomieszczenia piwniczne w budynkach stojących w okolicy, w której mieszka rodzina Bense. Akcja nie przynosi jednak żadnych rezultatów.

    Żadnego śladu

    Dwa dni po zaginięciu chłopca w prasie ukazuje się oficjalny komunikat na ten temat wraz ze zdjęciem Larsa. Mieszkańcy Halle-Neustadt proszeni są o pomoc w odnalezieniu dziecka.
    Ówczesny rejonowy komisariat policji mieści się w budynku komendy straży pożarnej. Cztery pomieszczenia leżące na czwartym piętrze budynku przeznaczone zostają dla funkcjonariuszy specjalizujących się w sprawach morderstw. Pierwotne plany są takie, że policja ma tu odbywać narady i koordynować poszukiwania chłopca. Prócz wersji porwania śledczy biorą pod uwagę, że chłopiec mógł wpaść do rzeki i utonąć; za nieprawdopodobną – po uwzględnieniu sytuacji rodzinnej w domu Larsa – uznają jego ucieczkę z domu. Po sprawdzeniu wszystkich, jak się zdaje, wchodzących w grę miejsc, poszukiwania prowadzone są także w kanałach biegnących pod ziemią, jednak nikt nie trafia na żaden ślad Larsa Bense.
    Tak się składa, że blok, w którym mieszka rodzina Larsa, stoi dokładnie naprzeciwko komendy, po drugiej stronie ulicy. Kapitan Siegfried Schwarz, szef ówczesnego Wydziału zabójstw okręgu  Halle, jeszcze po latach wspomina, jak w ówczesnym czasie, siedząc w pracy, stawał przy oknie swojego gabinetu i spoglądał w okna mieszkania rodziny Larsa, zastanawiając się, co mogło stać się z chłopcem.
    Walizka na torach
    14 dni po zaginięciu Larsa na trasie Halle-Lipsk dróżnik wykonuje rutynowy obchód torów. Na odcinku 107, 4 km zauważa leżącą niedaleko torów walizkę. Z ciekawości otwiera ją – i dostrzega owinięte w folię ciało dziecka. Dróżnik, przerażony, odskakuje na bok.
    Wkrótce na miejscu jest już policja. Funkcjonariusze podejrzewają, że może chodzić o zaginionego od dwóch tygodni Larsa Bense. Już w południe walizka wraz z zawartością zostaje dostarczona do Instytutu medycyny sądowej w Lipsku. Dopiero po obfotografowaniu walizka zostaje otwarta. Zwłoki dziecka zapakowane są w plastikowy worek; obok znajduje się kilka zgniecionych, przemoczonych gazet.
    W wyniku obdukcji lekarze stwierdzają, że chłopiec został wykorzystany seksualnie, a jego śmierć nastąpiła w wyniku uderzeń tępym narzędziem w głowę. Na ciele dziecka znaleziono wiele ran kłutych.
    Krzyżówki w gazetach
    Sama walizka wraz ze znajdującymi się w niej gazetami zostaje zabezpieczona i przewieziona do Halle w celu dalszych badań. Jak się okazuje, w każdej z kilku gazet są częściowo rozwiązane przez kogoś krzyżówki.
    Od początku jest oczywiste, że dotarcie do sprawcy morderstwa nie będzie łatwe. Kapitan Siegfried Schwarz wspomina po latach, że od początku miał wtedy przeczucie, iż to właśnie krzyżówki okażą się jedyną możliwą do wykorzystania wskazówką.
    Niespotykana akcja
    Zespół powołany do rozwiązania tej sprawy postanawia przeprowadzić akcję niespotykaną dotychczas w historii kryminalistyki NRD, tj. zebrać próbki pisma od wszystkich mieszkańców Halle-Neustadt. Jest to przedsięwzięcie o ogromnym zasięgu, ale policja jest pewna jednego: jeśli nie uda się dotrzeć do sprawcy przez pismo, to wkrótce będzie kolejna ofiara.
    Funkcjonariusze obchodzą zatem wszystkie mieszkania, klatka po klatce, blok po bloku, i proszą wszystkie osoby z każdego lokalu o napisanie krótkiego (wcześniej ustalonego) tekstu. Akcja ta jest bardzo żmudna – wprawdzie zdarza się, że przy jednej wizycie udaje się jednocześnie zebrać próbki pisma od kilku osób, jednak często nie wszyscy są obecni – i wtedy trzeba się umawiać na inny termin.
    Czynności te przeprowadza się systematycznie i niezwykle starannie, nikt nie jest pomijany, nawet te osoby, które w owym czasie zmarły lub się wyprowadziły (w takich sytuacjach próbki pisma dostarczane są z dokumentacji meldunkowej lub ubezpieczeniowej). Trzeba też bardzo dokładnie wypytywać o to, czy i kiedy w danym mieszkaniu przebywały jakieś osoby odwiedzające. Konieczne jest również dowiadywanie się (co z zasady wymaga dużej subtelności), kto i gdzie mieszka bez obowiązującego meldunku.
    Akcja ta wymaga ogromnych nakładów osobowych, a przy tym wiadomo, że będzie wymagać ich jeszcze przez długi czas – Halle-Neustadt liczy wówczas sto tysięcy mieszkańców. Po domach chodzą więc (zarówno w mundurach, jak i w cywilu) funkcjonariusze wszelkiego rodzaju: z policji kryminalnej, drogowej, oddziałów prewencyjnych, także strażacy.
    Działania te są jak szukanie igły w stogu siana i wszyscy biorący w niej udział zdają sobie z tego sprawę. Motywację stanowi jednak myśl: to najważniejszy ślad, jaki jest w tej sprawie..
    Czyja jest ta walizka?
    Policjanci prócz tego działają na inne sposoby. Kapitan Schwarz, licząc się z możliwością dojścia do sprawcy dzięki odnalezieniu właściciela walizki, wpada na pomysł wystawienia jej na widok publiczny, i to konkretnie w sklepie znajdującym się dokładnie naprzeciwko miejsca, w którym Lars widziany był ostatni raz. Kierownictwo sklepu wprawdzie dość mocno protestuje, ale kapitan w końcu stawia na swoim.
    Przy walizce zostaje umieszczona informacja, że przedmiot ten jest prezentowany w celu wyjaśnienia sprawy ciężkiego przestępstwa; nie ma żadnych wskazówek, że może chodzić o sprawę Larsa Bense. Przez dwa dni po wystawieniu sklep jest non stop obserwowany.
    Działania te nie przynoszą jednak żadnych rezultatów, być może dlatego, że walizka jest produktem masowym. Na trop przestępcy nie naprowadza także plastikowy worek, w który owinięte były zwłoki dziecka: okazuje się, że jest to opakowanie kołder, także produkowanych na masową skalę.

    Wciąż jedyna droga

    W tym momencie już wyraźnie widać, że pismo rzeczywiście jest jedynym pozostałym w sprawie tropem. Akcja zbierania próbek cały czas trwa. Wydział zabójstw zostaje poszerzony o specjalną komórkę, której zadaniem jest analiza pisma: jest to 6-7 osób; siedzą w specjalnie do tego przeznaczonym pomieszczeniu i zajmują się wyłącznie porównywaniem próbek z oryginałami.
    Równolegle z tymi działaniami przeprowadzane są systematyczne akcje zbierania starych gazet. Młodzi ludzie, a konkretnie tzw. pionierzy, w wyznaczonych częściach osiedli, zbierają makulaturę. Gazety są sortowane, a następnie przeszukiwane przez funkcjonariuszy policji pod kątem wypełnionych w nich krzyżówek. Cel tej akcji jest taki, żeby w razie stwierdzonego podobieństwa móc zawęzić geograficznie krąg poszukiwań autora pisma.
    Jednocześnie policja czeka na opinię biegłych, którzy – na podstawie posiadanych oryginalnych próbek – będą mogli powiedzieć coś o autorze pisma z krzyżówek w walizce. W końcu opinia jest gotowa: według biegłych krzyżówki wypełnione zostały przez kobietę w średnim wieku.
    W opinii śledczych informacja ta oznacza jedno: że autor pisma i sprawca to dwie różne osoby. Odnalezienie tej pierwszej daje jednak możliwość dotarcia do sprawcy, tak więc dalsze poszukiwania nie tracą przez to sensu.
    Poszerzenie działań
    Środowisko karanych wcześniej homoseksualistów i pedofilów jest bardzo dokładnie prześwietlane, policjanci nie natrafiają jednak na żadną informację mogącą mieć związek z zaginięciem Larsa.
    Pod koniec marca, po 2 miesiącach pracy nad porównywaniem próbek pisma i przeprowadzeniu blisko tysiąca ośmiuset przesłuchań i rozpytań, wciąż nie ma żadnego efektu. Odbywa się narada, na której policja podsumowuje dotychczasowe działania i podejmuje decyzję o poszerzeniu ich zakresu. Badaniem objęte zostają dodatkowe dokumenty, tj. 95 tysięcy formularzy do nadawania telegramów, 40 tysięcy wniosków o zarejestrowanie samochodu, 250 tysięcy wniosków o wystawienie dowodu osobistego, prócz tego około 100 tysięcy akt kadrowych zakładów chemicznych. Adolf Döling, szef komórki zajmującej się analizą pisma, coraz bardziej obawia się tego, żeby – za sprawą nieprawidłowej pracy osoby sprawdzającej – nie umknęła jakaś próbka.

    Nadchodzi lato.
    Wielomiesięczna praca, która nie przyniosłefektu, oraz zmęczenie spowodowane mnóstwem nadgodzin wywołują kryzys u wszystkich osób zajmujących się tą sprawą. Przejawia się ono tym, że spada motywacja uczestników oraz wiara w powodzenie przedsięwzięcia. Mija wrzesień, październik, poczucie beznadziejności w zespole wzrasta.
    Ten spadek wiary jest, jak się zdaje, uzasadniony, bo dotychczasowe nakłady pracy były przeogromne i pozostają bez efektów, a przy tym próbki pisma pobrano dopiero od 20 tysięcy mieszkańców Halle-Neustadt. Przy takim tempie i nakładzie sił potrzeba jeszcze co najmniej dwóch i pół roku, żeby pobrać próbki pisma od wszystkich mieszkańców miasta.
    Śledczy postanawiają uprościć metodę pobierania próbek: osobie badanej podsuwa się wyłącznie schemat krzyżówki do uzupełnienia.

    Niespodziewany przełom

    10 listopada, zgodnie z wyznaczoną kolejnością, próbki pisma mają być pobierane od mieszkańców bloku nr 398. W jednym z lokali mieszka czterdziestoparoletnia pani G., jednakże niestety nie ma jej obecnie w domu. Jak dowiaduje się funkcjonariusz pobierający próbki, pani G. przebywa nad morzem, gdzie pracuje jako pomoc sezonowa w kurorcie nadbałtyckim Wustrow.
    Tak jak to jest przyjęte, próbkę pisma od takiej osoby pobiera miejscowa policja. Tak też się dzieje: ponieważ p. G. jest kelnerką w kawiarni przy plaży, tam właśnie zostaje pobrana od niej próbka pisma. Próbka ta zostaje następnie przekazana do Halle, gdzie dociera dokładnie w piątek 13 listopada, a kilka dni później trafia do rąk śledczego analizującego pismo.

    „To ona!”

    Już po pierwszym spojrzeniu na pismo pani G. policjant ma niemal pewność, że jest ono zgodne z tym, które znaleziono na krzyżówkach w walizce. Biegnie do przełożonych, ci zaś natychmiast kontaktują się z policją w Wustrow. Wkrótce śledczy w Halle otrzymują informację zwrotną, według której pani G. nie ma obecnie w pracy – jest w drodze do Werder (Havel) w powiecie poczdamskim, gdzie jest umówiona ze swoją 20-letnią córką. Stamtąd obydwie kobiety mają razem udać się na urlop.
    Czterech funkcjonariuszy policji kryminalnej (wśród nich Adolf Döling) jedzie jeszcze tej samej nocy dwoma autami z Halle do Werder. Między piątą a wpół do szóstej nad ranem docierają na miejsce. Dwóch funkcjonariuszy wchodzi do domu, w którym przebywa matka wraz z córką. Obydwie kobiety są kompletnie zaskoczone wizytą. Gdy padają pierwsze pytania, od razu widać, że nie mają o niczym pojęcia, a sprawcy należy raczej szukać wśród osób będących z nimi w kontakcie.

    Sprawca

    Zarówno pani G., jak i jej córka, zostają poproszone o udanie się wraz z funkcjonariuszami do auta. Jeszcze w drodze do Halle w trakcie rozmowy policjanci uzyskują informację, że jakiś czas temu córka pani G. miała chłopaka (który przez pewien czas był w posiadaniu kluczy do ich mieszkania). Imię i nazwisko chłopaka przekazane zostaje drogą radiową do Halle.
    Jest nim dziewiętnastolatek Matthias S., mieszkaniec Halle. Obecnie, jak dowiadują się policjanci, Matthias S. przebywa w Turyngii w mieście Friedrichroda. Pracuje tam w otwartym rok wcześniej domu wczasowym Związków Zawodowych – jest pracownikiem działu technicznego.
    Tego samego dnia Matthias S. zostaje aresztowany w miejscu pracy. Wiadomość o tym lotem błyskawicy roznosi się po ośrodku. Koledzy Matthiasa S. oraz inni pracownicy domu wczasowego nie mają pojęcia, o co chodzi. Podejrzewają, że aresztowanie ma jakiś związek z kradzieżą, która miała tu miejsce jakiś czas temu, a dotychczas nie została wyjaśniona.

    Zeznanie

    Matthias S. zostaje przewieziony do Halle. Jego przesłuchanie trwa wiele godzin, aż do nocy. W końcu przyznaje się do swojego czynu. Opowiada, że nieznajomego mu chłopca spotkał i zagadnął pod kinem. Kusząc go tym, że pokaże mu samochodziki, zaprowadził go do mieszkania pani G., wiedząc, że w tym czasie nikogo w nim nie będzie. W mieszkaniu wykorzystał chłopca seksualnie, a następnie, ze strachu przed zdemaskowaniem, zabił go, uderzając go wielokrotnie młotkiem w głowę. Ponieważ chłopiec wciąż żył, Matthias S. dźgnął go jeszcze kilka razy nożem w okolice serca. Potem włożył ciało do walizki (należącej do pani G.), a leżące w pokoju gazety wykorzystał jako materiał do wypełnienia pustych miejsc. Następnie wraz z walizką udał się do pociągu jadącego do Lipska. Walizkę z ciałem wyrzucił przez okno na trasie w trakcie jazdy pociągu.

    Rodzice sprawcy

    Po aresztowaniu Matthiasa S. do prokuratury zgłasza się jego ojciec z zapytaniem, z jakiego powodu jego syn został zatrzymany. Gdy dowiaduje się, że Matthias S. jest mordercą siedmioletniego Larsa Bense, doznaje szoku.
    Od tamtego momentu rodzice Matthiasa S. nie ważą się wyjść na ulicę ani nie pojawiają się w pracy. Władze znajdują dla nich nową tożsamość, zupełnie nowe miejsce zamieszkania i nowe miejsca pracy.
    21 listopada miejscowa gazeta podaje jedynie krótki komunikat o schwytaniu sprawcy, i to na drugiej stronie.

    Proces

    W lecie roku 1982 rozpoczyna się proces Matthiasa S. Za sprawą zeznań jego dziewczyny w trakcie procesu wychodzi na jaw zaburzona seksualność Matthiasa S., manifestująca się m.in. w tym, że przed stosunkiem zmuszał swoją dziewczynę do opowiadania mu w kontekście seksualnym o małych chłopcach.
    Matthias S. zostaje skazany na dożywocie i pozbawienie praw publicznych.

    Nowy wyrok

    Po przełomie wyroki z czasów NRD zostają poddane weryfikacji. W rozumieniu prawa Republiki Federalnej Niemiec Matthias S. był w momencie popełnienia zbrodni przestępcą młodocianym, tak więc zgodnie z tym postępowanie przeciwko niemu zostaje podjęte ponownie.
    W nowym procesie Matthias S. również otrzymuje wyrok dożywocia, jednakże orzeka się skrócenie kary do (pozostających jeszcze) lat dziesięciu z jednoczesnym nakazem pobytu skazanego w Ośrodku Psychiatrii Sądowej w Uchtspringe. Ma to stworzyć szanse wyleczenia Matthiasa S. z jego chorobliwych fantazji seksualnych i tym samym dać przynajmniej częściową gwarancję, że nie powróci on na drogę przestępstwa.
    Nie-prawdziwa historia po 30 latach
    W 2013 roku zapomniana już nieco sprawa „krzyżówkowego morderstwa” niespodziewanie trafia na pierwsze strony gazet. Dzieje się tak dlatego, że ukazuje się książka „Der Kreuzworträtselmord. Die wahre Geschichte” („Krzyżówkowe morderstwo. Prawdziwa historia”), napisana przez Kerstin Apel, byłą dziewczynę Matthiasa S.
    W książce autorka podaje zupełnie inną wersję wydarzeń z 1981 roku: twierdzi, że wiedziała o zbrodni i nawet pomogła swojemu chłopakowi w pozbyciu się ciała dziecka. W mediach robi się zamieszanie, a sprawa trafia do prokuratury ze względu na konieczność rozpatrzenia ewentualnego współudziału autorki w przestępstwie. Wydawnictwo wydaje publiczne oświadczenie, w którym stwierdza, że książka jest absolutną fikcją, i podkreśla, że uwaga ta zamieszczona została również na początku książki. Wydawnictwo dodaje, że autorka, mimo że jej opowieść bazuje na wydarzeniach autentycznych, miała prawo do ich artystycznego przetworzenia.
    Sprawa rok później zostaje umorzona, a sama autorka przyznaje, że dodała i „ubarwiła” niektóre fakty w celu udramatyzowania zaprezentowanych wydarzeń.
    Źródło sprawykryminalne.pl
    #kryminalne #kryminalistyka #niemcy #morderstwo
    pokaż całość

  •  

    Skończyłam właśnie czytać, polecam cieplutko jeżeli ktoś również interesuje się profilowaniem seryjnych morderców i lubi czytać o zagadkowych morderstwach (ʘ‿ʘ)
    #mindhunter #ksiazki #psychologia #netflix #kryminalistyka

  •  

    Cześć @kvoka @entliczek_pentliczek @Deadend @MusicURlooking4 @riley24 !

    Tak sobie myślę, że fajnie by było tworzyć wpisy z poszukiwanymi listami gończymi. Zdjęcie + opis dlaczego jest poszukiwany. Jest duże zainteresowanie waszymi wpisami. Może ktoś kogoś rozpozna, albo zna z okolicy i dopisze coś ciekawego. Co o tym myślicie? Ja się do pisania takich rzeczy nie nadaje a Wam to fajnie wychodzi.

    #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    +: smierdzace-skarpetki, S............z +17 innych
  •  

    Kilka dni temu miałem okazję popełnić wpis pod #grafolofia . Potraktuję ten jako swoistą kontynuację.

    Członkinię Izraelskiego Stowarzyszenia Grafologii Naukowej i eksperta grafologii sądowej Inessę Goldberg poproszono o analizę próbek pisma nieznanej jej osoby:

    Przed nami osobowość złożona, skrywająca wiele konfliktów wewnętrznych i mająca za sobą mnóstwo negatywnych trudnych doświadczeń, które wsiąkły w nią jak w gąbkę.
    W połączeniu z raczej histerycznym usposobieniem wpłynęły na te osobowość, pozostawiając w niej trwały ślad.
    Autor analizowanego fragmentu to osoba bardzo zamknięta w sobie, jakby ściśnięta psychicznie i fizycznie. Czuje i pragnie pozbyć się znienawidzonej niepewności oraz niskiej samooceny lub przynajmniej je ukryć, ze wszystkich sił dążąc do kompensowania swoich problemów w innych sferach.
    ...
    Zawsze stara się sięgać coraz wyżej i stawać się kimś jeszcze bardziej znaczącym, aby zdobyć szacunek, przede wszystkim samego siebie, który trudno było by rozwinąć przy tak krytycznym i tłamszącym indywidualność wychowaniu, jakiego doświadczył ten człowiek, zwłaszcza z ojcowskiej strony.
    ...
    Człowiek którego pismo jest tu przedmiotem badań, należy do tych którzy zamykają się w sobie i żyją wedle własnych zasad: zazwyczaj też są bardzo nieufni i przesadnie ostrożni w stosunku do ludzi.
    Wyraźna cecha takiej osobowości to łączenie zimnej kalkulacji z impulsywnymi wybuchami, negatywistycznymi nastrojami i reakcjami.
    ...
    Pismo skreślił człowiek o dużej inteligencji, zawsze posiadający własne, inne od pozostałych zdanie, jednak o dużych trudnościach adaptacyjnych. W tym charakterze pisma przejrzyście jest wyrażony "syndrom ofiary" i "mentalność obrazy", ta osoba zawsze czuje się bowiem obrażona, znieważona, dyskryminowana.
    Nastrój takich ludzi często udziela się innym obrażonym i znieważonym, w czyich duszach są nurty gniewu, a oni mają zdolność poprowadzenia ich za sobą.
    ...
    Autor pisma bywa w kontaktach dość szorstki i chłodny, to jego mechanizm obronny. Może kierować swoje złośliwe i kpiące strzały w stronę tych którzy się z nim nie zgadzają.
    Z powodu wymienionych słabych stron osobowości człowiek ten nie jest cierpliwy, ani tolerancyjny, nie potrafi pojąc psychiki innych ludzi, w szczególności kobiet.

    ...
    Jest dość uparty, nieustępliwy i niezwykle krytyczny w stosunku do wszystkich, także do siebie; jego zasady, wartości, samokontrola wydają się zbyt surowe i mogą zagnać go w ślepy zaułek. Brak mu giętkości dyplomaty.
    Myśli ogólnie, nie jest praktyczny. Rozumuje logicznie, ale z dużą dozą intuicji.
    Właśnie intuicyjne "czucie" często z nawiązką kompensuje mu brak praktyczności.


    Rysopis grafologiczny próbki pisma okazał się należeć do...

    pokaż spoiler ...Władimira Putina prezydenta Rosji.


    Grafologię w wielu krajach wykorzystuje się do selekcji zatrudnionego personelu. Bez takiego testu nie powierza się kierowniczych stanowisk czy tych które wymagają odpowiedzialności materialnej.
    Dotyczy to Izraela ale też Francji czy USA, ponadto testy grafologiczne obowiązują tam w wojsku czy policji, NASA czy agencjach rządowych (CIA, FBI).
    Podobnie jak w tekście wyżej bada się też pismo przeciwników politycznych w tym z wrogich państw.

    pokaż spoiler #ciekawostki #grafolofia #kryminalistyka #izrael #rosja #ocieplaniewizerunkuputina #putin


    Poniżej przykładowe odręczne pismo opisanej osoby.
    pokaż całość

    źródło: i.pinimg.com

  •  

    PIERWSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    Część 2

    W sylwestra 2016/2017 został aresztowany Józef K., co dla mieszkańców Szczucina było zaskoczeniem. Mężczyzna od początku śledztwa sprawiał wrażenie osoby, która chce pomóc rodzinie Cyganów w odnalezieniu mordercy. Często ich odwiedzał, wypytywał o sprawę i mówił, że będzie samodzielnie prowadził śledztwo. Z ojcem Iwony znał się jeszcze z młodych lat, gdy razem pracowali w Spółdzielni Kółek Rolniczych. K. grał nawet na weselu jego szwagierki, a gdy założyli rodziny, ich córki kolegowały się ze sobą. Józef K. mówił nawet głośno o tym, że podejrzewa swojego syna o dokonanie tej zbrodni. Przestał później jednak interesować się sprawą, ponieważ, jak sam twierdził, jego córka zaczęła dostawać telefony z pogróżkami.

    Stary Klapa zajmował się w życiu wieloma rzeczami. Był ratownikiem WOPR, kierownikiem jednej ze szczucińskich drużyn, a także myśliwym, przez co miał pozwolenie na broń. Przez jakiś czas pracował w ORMO. W 1998 r. opiekował się jednym z hangarów nad Wisłą, w którym WOPR trzymało motorówki i sprzęt ratowniczy. Prowadził też ośrodek wodno-rekreacyjny. Organizował tam często zamknięte i huczne imprezy, na których spotykali się tylko wysoko sytuowani ludzie miejscowi oraz m.in. z Tarnowa i z Dąbrowy Tarnowskiej, ówczesny wójt Szczucina, politycy z Warszawy, z SLD (którzy potem działali w resortach siłowych za czasów rządów Leszka Millera), policjanci, sędziowie, prokuratorzy, lekarze, szczuciński proboszcz oraz właściciel firmy Tankpol Roman M. (ten sam, który ufundował nagrodę za znalezienie sprawcy; może to był wabik na kogoś, kto mógł zbyt dużo wiedzieć na temat morderstwa?), ważna postać w branży paliwowej i transportowej. W 2002 r. został zatrzymany przez CBŚ pod zarzutem kierowania zorganizowaną grupą przestępczą w tzw. aferze paliwowej. Wniosek o jego zwolnienie z aresztu złożyli m.in. były wójt Szczucina oraz tamtejszy proboszcz. Józef K. często pił też z Andrzejem Ł. ps. Jabłuszko z Komendy Powiatowej Policji w Dąbrowie Tarnowskiej oraz byłym funkcjonariuszem ZOMO w Tarnowie, świetnie znał się także z naczelnikiem wydziału kryminalnego tej komendy, Bogusławem P. ps. Papuśny, którego często odwiedzał w pracy.

    Według śledczych, na tych spotkaniach Stary Klapa gromadził na wszystkich "haki". Mężczyzna często powtarzał, że ma takie układy, że nikt go nie ruszy.

    W styczniu 2017 r. K. usłyszał zarzut pomocnictwa i składania fałszywych zeznań oraz został umieszczony w areszcie śledczym na okres trzech miesięcy.

    . . .

    W grudniu 2016 r. odbyło się także przesłuchanie Renaty G.-D. (zdjęcie), dawnej przyjaciółki zamordowanej Iwony. Jednak sąd nie zgodził się na jej aresztowanie zaraz po zatrzymaniu, wyraził na to zgodę dopiero po odwołaniu się prokuratury. Same procedury trwały półtora miesiąca, w czasie których kobieta zdążyła zapaść się pod ziemię. Nie stawiła się także w prokuraturze na planowane następne przesłuchanie i nie usprawiedliwiła swojej nieobecności. Dlatego i za nią został wysłany międzynarodowy list gończy. 20 lutego 2017 r. późnym wieczorem na krakowskim lotnisku Straż Graniczna dokonała jej zatrzymania tuż po przylocie do Polski. Kobieta usłyszała zarzut czterokrotnego składania fałszywych zeznań, jednak według pełnomocnika rodziny Cyganów rola Renaty w tej zbrodni jest o wiele większa niż wynikałoby to z kwalifikacji prawnej czynu. W jego ocenie dziewczyna wiedziała, co planują sprawcy w stosunku do Iwony. Była świadoma następstw, które spotkały jej przyjaciółkę, a przynajmniej się na nie godziła.

    Kobieta została umieszczona w areszcie na okres trzech miesięcy.

    (klik)

    . . .

    Zarzuty usłyszeli także emerytowany wieloletni posterunkowy ze Szczucina Leszek Witaszek oraz policjant Grzegorz J., którzy w noc morderstwa patrolowali okolicę. W późniejszym czasie zostali zatrzymani również: Maciej C. – były komendant z Dąbrowy Tarnowskiej (pan ten wypowiadał się w programie "997" z 1999 r., do którego link podałam wyżej; zwróćcie uwagę na to jak nie patrzy prowadzącemu w oczy), Bolesław P. ps. Papuśny – długoletni naczelnik wydziału kryminalnego w Dąbrowie Tarnowskiej oraz były funkcjonariusz SB, Paweł W. – wcześniej funkcjonariusz, później pracownik cywilny komendy w Dąbrowie Tarnowskiej, Andrzej K. – były komendant Komendy Powiatowej Policji w Dąbrowie Tarnowskiej oraz przez ponad 11 komendant komisariatu w Szczucinie, a także policjanci: Jerzy S., Marek K., Waldemar G., Longin F., Krzysztof B., Robert N. oraz Jacek M. Zarzucono im nadużycie uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub niedopełnienia obowiązków oraz poplecznictwo, czyli utrudnianie postępowania karnego, co skutkowało niewykryciem sprawcy zabójstwa i jego pomocników przez lata. Wszyscy zostali aresztowani na trzy miesiące. Z wolnej stopy będzie odpowiadać także funkcjonariusz Ryszard S.

    Paweł W., który jako jeden z pierwszych prowadził w 1998 r. śledztwo w sprawie śmierci Iwony, na polecenie swojego przełożonego Bogusława P. (prywatnie szwagra Leszka Witaszka), miał zamienić zabezpieczone na miejscu zbrodni ślady, czyli włosy, które były nośnikami materiału genetycznego.

    Maciej C., który przeprowadzał oględziny przedmiotów zabezpieczonych w okolicach miejsca zbrodni, miał wyprostować pętlę z drutu, którym uduszono Iwonę. Nie opisał też tego kluczowego dowodu, ani nie zrobił zdjęć.

    Andrzej K., również na polecenie Bogusława P., bez żadnego pokwitowania odebrał od rodziny ubrania i biżuterię ofiary, które miała na sobie w noc zabójstwa. Bez rejestracji przechowywano je w komisariacie, aż w końcu ubrania zaginęły.

    Bogusław P. może być także autorem wysyłanych przez lata anonimów, którymi mógł wpływać na bieg śledztwa.

    Według ustaleń śledczych, niektórzy policjanci faktycznie od lat wiedzieli, że jednym z zabójców jest Paweł K., jednak nic z tą informacją nie zrobili. Jeden z mundurowych miał też wskazać sprawcę rodzinie zamordowanej.

    Sierżant Leszek Witaszek współpracował z policjantami, a jego zeznania okazały się bardzo ważne dla śledztwa. Funkcjonariusz przyznał się do winy i dobrowolnie poddał karze. Rodzina Iwony ze względu na jego postawę sporządziła pisemny "akt przebaczenia", w którym mimo wielkiej doznanej krzywdy wybacza mu jego postępowanie. Dokument ten znalazł się w aktach sprawy i nie wyklucza się, że może on mieć znaczenie dla innych podejrzanych funkcjonariuszy. Witaszek został skazany na 11 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz trzy tysiące złotych grzywny.

    . . .

    Policja i prokuratura, analizując zgromadzony materiał dowodowy, ustaliła, że z zabójstwem Iwony bezpośredni związek ma zaginięcie i śmierć Tadeusza Draba w 1999 r. Według ustaleń w dniu zaginięcia szedł z trzema mężczyznami, którzy nie mieszkali w Szczucinie. Następnie został odurzony alkoholem, przewieziony łodzią motorową na środek rzeki i wrzucony do wody. Motorówka miała być później spalona i zatopiona, a w maju 2018 r. śledczy z pomocą strażaków i płetwonurków usiłowali ją odnaleźć (klik). Prokurator wyjaśniał, że wytypowano osoby, które zdaniem śledczych dopuściły się zamordowania Draba, jednak formalnie nikt nie został jeszcze oskarżony.

    W kwietniu 2017 r. policjanci z zespołu Archiwum X zaczęli także badać okoliczności tajemniczej śmierci Marka Kapela (klik) (klik) (klik). Według ich ustaleń, wstępne okoliczności tej sprawy wskazują, że nie był to ani nieszczęśliwy wypadek, ani samobójstwo, a raczej ktoś umyślnie spuścił na niego fragment betonowego ogrodzenia.

    Włączyliśmy te dwa postępowania do śledztwa, bowiem mają one bezpośredni związek z wiedzą tych dwóch osób o zabójstwie Iwony Cygan

    – informował prokurator.

    . . .

    Podejrzanym wątkiem jest także samobójstwo 34-letniego sierżanta Andrzeja J. ze szczucińskiego komisariatu. Mężczyzna strzelił sobie w głowę z broni służbowej, pozostawiając żonę i trójkę małych dzieci. Wszystkie wypowiedzi na temat jego śmierci na komendzie w Szczucinie i rzekome powody, które można znaleźć w prasie, są wypowiedziane przez policjantów oskarżonych w sprawie Iwony Cygan (np. tutaj). Wiadomo, że policjantowi jako jednemu z nielicznych ufała rodzina zamordowanej, a on próbował ich wspierać i znaleźć sprawcę. Mówił także, że bardzo by chciał "żeby ta sprawa wyszła”. Jednym z policjantów, którzy znajdowali się na komisariacie w noc śmierci J. zabójstwa był Waldemar G., który obecnie jest oskarżony o mataczenie w sprawie o zabójstwo Iwony.

    . . .

    W kwietniu 2017 r.oku, po tym jak już kilku osobom postawiono zarzuty, nieznani sprawcy wciąż zastraszali mieszkańców Szczucina i świadków w sprawie morderstwa Iwony. Ktoś powybijał okna, zdemolował obejście, wbił siekierę w drzwi i oblał podejrzaną cieczą dom szwagra jednego z podejrzanych, który zdecydował się współpracować z prokuraturą.

    Śledczy badali także sprawę gróźb pozbawienia życia siostry Iwony, które kierowane były z IP na terenie Austrii.

    . . .

    W kwietniu 2017 r., po tym jak już kilku osobom postawiono zarzuty, nieznani sprawcy wciąż zastraszali mieszkańców Szczucina i świadków w sprawie morderstwa Iwony. Ktoś powybijał okna, zdemolował obejście, wbił siekierę w drzwi i oblał podejrzaną cieczą dom szwagra jednego z podejrzanych, który zdecydował się współpracować z prokuraturą.

    Śledczy badali także sprawę gróźb pozbawienia życia siostry Iwony, które kierowane były z IP na terenie Austrii.

    . . .

    W grudniu 2017 r. ojciec oraz siostry zamordowanej Iwony wydali specjalne oświadczenie, w którym nie zgodzili się, aby proces toczył się w Sądzie Okręgowym w Tarnowie. Z wnioskiem o wyłączenie tarnowskiego sądu ze sprawy zwróciła się także Prokuratura Krajowa.

    Sprawa została przeniesiona do Sądu w Rzeszowie, którego działania także wzbudziły podejrzenia rodziny Cyganów. Początkowo rzeszowski sąd chciał zwrócić prokuraturze akt oskarżenia, twierdząc, że wymaga on poprawek – zarzuty muszą być w całości jawne. Jednak sąd apelacyjny nie dopatrzył się żadnych braków i uznał, że zniesienie klauzuli tajności nie wchodzi w grę, gdyż część zarzutów wobec oskarżonych opiera się na niejawnych dokumentach policji, których absolutnie nie można odtajnić. Rodzina Cyganów uważała również, że jako ostatni dowiadywali się o wszelkich ważnych decyzjach, a o zwrocie aktu oskarżenia przeczytali dopiero w mediach. Nie udało im się jednak zmienić sądu ani sędziego.

    Dla nas rozpoczynający się proces jest niesłychanie ważny. Jednak nadal uważamy, że absolutnie nie powinien odbywać się on w Rzeszowie, ale w miejscu dalekim od lokalnych układów

    – mówiła siostra zamordowanej.

    . . .

    Akt oskarżenia wpłynął ponownie do Sądu Okręgowego w Rzeszowie w styczniu 2018 r.

    Ustalona przez śledczych wersja wydarzeń z sierpnia 1998 r. kształtuje się następująco:

    Jak wynika z aktu oskarżenia, w latach 90. w lokalu Roberta K. kwitł handel narkotykami oraz były tam nagrywane filmy pornograficzne z udziałem młodych dziewczyn, które wcześniej były odurzane, a mężczyźni gwałcili je grupowo. Wiele z nich było nieletnich, a niektóre mogły być nawet umysłowo niepełnosprawne. Nagrania często były narzędziem szantażu wobec ofiar, a także wpływowych znajomych, którzy nie raz brali w orgiach udział. Materiały wideo były sprzedawane do Austrii, gdzie Paweł K. wraz ze swoim ojcem prowadzili nielegalne interesy polegające na tym, że pod pretekstem organizowania prac zarobkowych wywoził młode dziewczyny do domów publicznych. Ich werbowaniem zajmował się Młody Klapa, który jeździł po okolicznych miejscowościach i zaczepiał kobiety. Ich selekcja odbywała się w lokalu Trabanta, gdzie było osobne pomieszczenie z weneckim lustrem. Często obserwowali zza niego bawiące się na dyskotece osoby i oceniali, która im się podoba. Niektóre z pokrzywdzonych zgłosiły się po latach do prokuratury.

    Iwona wyszła na spotkanie z przyjaciółka Renatą i wspólnie udały się do zajazdu w Szczucinie, gdzie rozmawiały z kolegami, ale nie piły alkoholu. Po wyjściu z lokalu spacerowały w pobliżu rynku, a w tym samym czasie okolicę tę patrolowali policjanci Leszek Witaszek oraz Grzegorz J. Około godziny 22:00 przy nastolatkach, z piskiem opon, około dwóch, -trzech metrów od policyjnego auta, zatrzymał się biały polonez, który prowadził Paweł K. Obok niego siedział nieżyjący już dziś Robert K. zwany Trabantem, a z tyłu ojciec Pawła, Józef. Obie nastolatki wsiadły do środka, Iwona niechętnie, jednak mogła czuć się pewniej przez bliskość policyjnego patrolu, w którym jeden z policjantów był ojcem jej koleżanki z klasy, dodatkowo błyskało się i zaczął padać deszcz. Samochód ruszył, a całą sytuację widziała także trójka mężczyzn, wśród nich Tadeusz Drab. Świadek wsiadł do radiowozu i obawiając się nadchodzącej burzy poprosił znajomych policjantów o podwiezienie do domu. Policjanci wraz z Drabem ruszyli za polonezem i jechali za nim aż do rzeki, gdzie mundurowi wysadzili pasażera i wrócili do patrolowania miasteczka.

    Najprawdopodobniej Iwona była bita już w samochodzie, a później przetrzymywana w przystani wodnej WOPR. Cała piątka przed północą podjechała pod bar "U Trabanta", gdzie ponownie widzieli ich policjanci, którzy zaparkowali nieopodal. Gdy wraz z Iwoną pojawili się w pubie, znajdowało się tam około 30 osób. Przy barze stała dziewczyna Pawła K., żona Trabanta oraz barmanka. Na zewnątrz szalała burza, lało jak z cebra. Mężczyźni, nie kryjąc się, wraz z Iwoną weszli do wydzielonego pomieszczenia, w którym to między innymi były nagrywane filmy pornograficzne. Tam Młody Klapa usiłował zgwałcić nastolatkę, ale ta zaciekle się broniła. Wtedy Trabant i Józef K. chwycili ją za ręce i przytrzymali, a Paweł K. bił twardym narzędziem typu kastet oraz kopał po całym ciele. Po uderzeniach w głowę Iwona na jakiś czas straciła przytomność. Po północy mężczyźni związali jej ręce i podtrzymując zakrwawioną nastolatkę, wyprowadzili ją z lokalu i wepchnęli do poloneza. Całe zdarzenie ponownie widziała duża grupa klientów lokalu oraz policjanci, którzy mogli dobrze zdawać sobie sprawę z tego, co dzieje się "U Trabanta". Jak twierdzi Prokuratura Krajowa, wszystkie osoby, które tamtego wieczoru bawiły się w lokalu, są dziś zidentyfikowane z imienia i nazwiska. Żadna z nich przez następne 19 lat nie przyszła do Cyganów i nie opowiedziała, co stało się tego wieczoru.

    Paweł K., Józef K. i Robert K. wywieźli Iwonę w stronę hangarów WOPR, a za nim ruszył policyjny radiowóz oraz jeszcze jeden samochód. Według relacji policjanta Witaszka, biały polonez skręcił w inną stronę niż oni, jednak co do jego wersji jest wiele wątpliwości.

    Dalsze wydarzenia tej nocy udało się odtworzyć dopiero od godziny drugiej. Wówczas w okolicy wału nad Wisłą, około 200 metrów od hangarów WOPR, po wyjściu z poloneza Iwona zaczęła uciekać, jednak sprawcy dopadli ją i znów brutalnie pobili. Dziewczyna straciła przytomność, a Paweł K. z pobliskiego ogrodzenia wybiegu dla zwierząt wziął długi patyk ze stalowym drutem, który owinął jej wokół szyi. Miał to widzieć Tadeusz Drab, który mieszkał niedaleko rzeki i zobaczywszy światła wyszedł sprawdzić co się dzieje. Mężczyzna później pobiegł do małżeństwa mieszkającego obok, którym opowiedział czego był świadkiem.

    Po zabójstwie sprawcy częściowo zdjęli ubranie z Iwony próbując upozorować zabójstwo na tle seksualnym.

    Starsza z sióstr Iwony kilka lat temu dotarła do świadka, który twierdził, że w noc zabójstwa widział, jak policyjne radiowozy stały na wiślanym wale, nieopodal miejsca, gdzie następnego dnia odnaleziono ciało nastolatki. O ich pobycie na miejscu zbrodni zaraz po morderstwie może świadczyć także to, że gdy około godziny 9:00 ojciec Iwony udał się na komisariat w Szczucinie zgłosić zaginięcie córki to zastał tam sierżanta Leszka Witaszka oraz Grzegorza J., którzy służbę powinni skończyć już o godzinie 7:00, a mimo tego nie udali się do domu spać, tylko przyjechali na komisariat. Wersję te potwierdza także inny z byłych policjantów ze Szczucina.

    Ojciec Iwony wraz z Leszkiem Witaszkiem udali się do domu Cyganów, gdzie w tym czasie przebywała również Renata. Policjant chciał z nią koniecznie porozmawiać, więc oboje zamknęli się w pokoju. Po jakimś czasie mężczyzna wyszedł i oświadczył, że dziewczyna nic nie wie i że Iwona na pewno wróci.

    Dzisiaj prawie przekonany jestem, że powiedział jej, co ma mówić.

    – twierdził ojciec zamordowanej.

    Według materiałów policyjnych, zaginięcie nastolatki zostało zgłoszone dopiero około godziny 13:00. Najprawdopodobniej w ten sposób chciano ukryć fakt, że szczucińska policja nie prowadziła żadnej akcji poszukiwawczej.

    Dzień po zabójstwie Leszek Witaszek przywiózł Tadeusza Draba do sklepu swojej żony w sąsiedniej wsi i kupił mu kilka piw. Po czym razem z Grzegorzem J. wzięli go do radiowozu i wypytywali szczegółowo o to, co widział poprzedniej nocy. Po tej rozmowie Drab utrzymywał, że nie był niczego świadkiem, z kolei policjanci nie sporządzili z tej rozmowy żadnej służbowej notatki.

    klik <– Najnowszy reportaż "UWAGI" na temat sprawy Iwony Cygan, w którym pokazana jest wizualizacja przebiegu wydarzeń z sierpnia 1998 r., relacje rodziny oraz argumenty potwierdzające obecność Leszka Witaszka oraz Grzegorza J. przy wale wiślanym zaraz po morderstwie.

    Zastanawiający jest także fakt, że Bogusława P. naczelnika wydziału kryminalnego, a prywatnie szwagra Leszka Witaszka nie było następnego dnia na miejscu zabójstwa, co może sugerować, że był tam już wcześniej.

    Wielu świadków zeznaje, że w sprawę zamieszany jest też inny policjant z dąbrowskiej komendy, Andrzej Ł., pseudonim Jabłuszko, który był wtedy członkiem zarządu tarnowskiego WOPR i miał klucz do hangarów. Rok po zabójstwie wyjechał z rodziną do Stanów Zjednoczonych. Dzwonił potem do Szczucina i wypytywał ludzi co się dzieje w śledztwie. Do Polski przyjechał znowu w 2009 r., chciał zostać na dłużej. Jednak po przesłuchaniu w Archiwum X i badaniu wariografem spakował walizki i następnego dnia wrócił do USA. Dziś prawdopodobnie to on jest świadkiem incognito.

    . . .

    Jako motyw zabójstwa Iwony pojawia się handel żywym towarem. Kilku świadków zeznało, że Iwona miała wyjechać do Austrii razem z siostrą Renaty, która już od kilku lat pracowała w wiedeńskiej knajpie. Nastolatka nawet wyrobiła sobie paszport i zapewne na początku nie domyślała się do czego jest przeznaczona. Mogła być już komuś sprzedana, a ludzie, którzy zapłacili pieniądze za młodą dziewczynę, domagali się dowiezienia zakupionego towaru. Inna hipoteza zakłada, że tamtego wieczoru Iwona miała być w hangarze komuś wystawiona lub Paweł K., Józef K. oraz Robert K. chcieli nagrać film pornograficzny z jej udziałem. Może dziewczyna zbyt dobrze poznała sekrety szczucińskiego układu, a gdy chciała się wycofać, stała się dla nich potencjalnym zagrożeniem.

    . . .

    Robert K. ps. Trabant był z wykształcenia mechanikiem lotniczym. Przez jakiś czas pracował jako strażak w szczucińskiej OSP, służył też w jednostce komandosów. Był bardzo agresywnym człowiekiem. Pod koniec lat 90. wraz z innymi lokalnymi biznesmenami sponsorował zakup sprzętu dla lokalnej policji. Mężczyzna oprócz prowadzenia dwóch najpopularniejszych lokali w Szczucinie, czerpał także zyski z filmów pornograficznych i z handlu narkotykami.

    Następnego dnia po zabójstwie w pubie "U Trabanta" zaczął się remont. Przebywali tam wtedy m.in. Paweł K., jego dziewczyna oraz Trabant z żoną. Według późniejszych zeznań świadków do baru przyjechało wtedy trzech policjantów z Dąbrowy Tarnowskiej w cywilnych ubraniach, którzy rozpytywali o zabójstwo Iwony. Notatek z tego zdarzenia nie było później w aktach sprawy.

    Młodsza siostra Iwony chodziła z synem Roberta K. do klasy, rodzice czasem przyprowadzali go do Cyganów, by mógł pobawić się z koleżankami, a Iwona odprowadzała go pod wieczór do domu.

    Rok po zabójstwie Robert K. zamknął bar. Zmarł kilka lat temu, a jego syn opowiadał, że bardzo interesował się sprawą, zbierał materiały i nagrywał programy na temat tego brutalnego morderstwa. Jego zdaniem ojciec miał wyrzuty sumienia, przez co zapił się na śmierć.

    . . .

    W sierpniu 2018 r. mieszkańcy Szczucina chcieli uczcić 20. rocznicę śmierci Iwony Cygan poprzez odprawienie w jej intencji mszy. Jednak proboszcz miejscowej parafii odmówił, twierdząc, że obecnie na miasto jest za duża nagonka w mediach i to szkodzi parafii. Kiedy wierni próbowali dowiedzieć czegoś więcej w tej sprawie, zostali poinformowani przez jednego z księży, że msza się odbyła, jednak ze względu na nowe przepisy RODO nie można udzielać więcej informacji. Duchowny dodał również, że parafia mogła odmówić odprawienia nabożeństwa, ponieważ parafianie zgłosili się zaledwie dwa tygodnie wcześniej, a ponadto jest sezon urlopowy i połowy księży nie ma. Msza w intencji Iwony odbywa się jednak co roku na prośbę rodziny i jest zamawiana pół roku wcześniej. Nabożeństwo to odbywa się jednak w sąsiedniej parafii.

    . . .

    6 czerwca 2018 r. w Sądzie Okręgowym w Rzeszowie ruszył proces (klik). Oskarżycielami posiłkowymi byli ojciec Iwony oraz jej dwie siostry. Mama zamordowanej niestety nie doczekała się sprawiedliwości i zmarła kilka lat temu.

    Praktycznie całe życie czekałam na ten dzień. Często sobie go wyobrażałam. Ludzie, którzy są oskarżeni o morderstwo, byli w tych myślach. Bo od początku wiedzieliśmy, że to oni. Przez 20 lat próbowano nam wmówić, że zabójstwa nie było - akt oskarżenia, który zostanie dziś odczytany, jest dowodem na to, że tej sprawy nie da się już dłużej zamiatać pod dywan

    – mówiła przed drzwiami do sali sądowej starsza z sióstr zamordowanej nastolatki.

    Na ławie oskarżonych zasiadło 18 osób: Paweł K., Józef K., Renata G.-D. oraz 15 skorumpowanych policjantów. Dowiezieni z aresztów zasiedli w pomieszczeniu za kuloodporną szybą. Przed oskarżonymi siedzieli w dwóch rzędach ich adwokaci, aż 25 osób, ponieważ każdy z oskarżonych posiadał dwóch lub trzech obrońców. Znalazło się tam kilku bardzo popularnych prawników "z najwyższej półki".

    W sprawie występują także świadkowie incognito, przez co między innymi proces toczy się częściowo za zamkniętymi drzwiami. Wiadomo tylko, że oskarżeni na sali sądowej nie zachowali powagi, wręcz zachowywali się "jak na spotkaniu towarzyskim".

    W czerwcu odbyła się następna rozprawa, na której sąd zgodził się na obecność mediów, jednak nie wolno im na bieżąco przekazywać relacji z procesu. Wszystko po to, by świadkowie, którzy do tej pory nie byli jeszcze przesłuchiwani, nie zmieniali zeznań pod wpływem innych relacji.

    Sąd szuka złotego środka. Nie chce całkowicie utajniać sprawy. Media mają prawo być na sali rozpraw. Dziennikarze mogą gromadzić materiały, bo przyjdzie moment, w którym będzie to można ujawnić. Te zgromadzone materiały mogą im się przydać po zakończeniu procesu czy wtedy, gdy ten zakaz zostanie złagodzony. A to jest możliwe

    – mówił rzecznik Sądu Okręgowego w Rzeszowie. Z kolei sędzia Barbara Piwnik, była minister sprawiedliwości, decyzję tę skomentowała następująco:

    Jest to ograniczanie swobody mediów oraz praw obywatelskich. Zasadą konstytucji jest prawo obywatela do jawnego rozpoznania sprawy.

    Na rozprawie, która odbyła się na początku października, sąd uchylił areszt tymczasowy dla 13 byłych policjantów oraz dla Renaty G.-D. Większość z nich dotąd nie złożyła nawet zeznań przed sądem, tak jak 35 świadków incognito występujących w sprawie. Sąd uznał jednak, że oskarżeni nie mogą już wpływać na świadków i postanowił wypuścić podejrzanych na wolność ze skutkiem natychmiastowym, więc po rozprawie podejrzani nie wrócili już do zakładów karnych. Dostali jedynie zakaz opuszczania kraju oraz obowiązek meldowania się na posterunku w Szczucinie.

    Prokurator Piotr Krupiński, naczelnik Małopolskiego Wydziału do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Prokuraturze Krajowej złożył zażalenie na decyzję rzeszowskiego sądu okręgowego, w której podkreślił, że istnieje realna groźba matactwa ze strony oskarżonych.

    Istotna w całej sytuacja jest realna obawa, że zwolnieni z aresztu oskarżeni policjanci mogliby próbować ustalać, kim są anonimowi świadkowie ze Szczucina, niewielkiego, liczącego 2,5 tysiąca mieszkańców miasteczka, i próbować ich zastraszać. Na ten aspekt sprawy zwraca uwagę rodzina zamordowanej, zaznaczając, że niełatwo było przez długie lata przerwać zmowę milczenia wokół tragedii.

    30 października Sąd Apelacyjny miał rozpoznać zażalenia prokuratury, jednak nie był w stanie ponieważ Sąd Okręgowy w Rzeszowie nie wysłał im wszystkich akt. Ostatecznie akta przesłano, jednak posiedzenie zostało odroczone, a kolejne wyznaczone na 13 i 14 listopada. Jednak przez zwłokę sądu okręgowego zażalenia, które według przepisów winny być rozpoznane niezwłocznie, będą rozpoznane prawie półtora miesiąca od wyjścia podejrzanych z aresztu.

    . . .

    Na grobie Iwony Cygan wyryto słowa: "Tu leży niewinna istota, którą skrzywdził człowiek””. Miałaby dziś 37 lat.

    . . .

    W 2011 r. w programie "Listy gończe" został wyemitowany odcinek o sprawie Iwony Cygan –> klik

    Reportaż UWAGI z 2017 r. –> klik

    Filmik z youtubowego kanału Niediegetyczne z 2017 r. –> klik

    Reportaż TVN INFO z 2018 r.–> klik

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    Zapraszam także do obserwowaniarejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #polskiepato #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #szczucin #iwonacygan #dabrowatarnowska #tarnow #mafia
    pokaż całość

    +: Freakz, Figlarz +929 innych
    •  

      a witaszek za co był sądzony? w procesie z tego roku nie bierze udziału? przecież policjant mataczący przy sprawie powinien być sądzony za współudział.

      @kuhonnyje_rewaljucje:

      Witaszek został skazany na 11 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata oraz trzy tysiące złotych grzywny.

      Z tekstu to jednoznacznie nie wynika ale najprawdopodobniej Witaszek poddał się dobrowolnie karze bez przeprowadzenia rozprawy. W takiej sytuacji sąd wyłącza pozostałych sprawców do odrębnego postępowania i sądzi ich w "normalnym" trybie. Witaszek może występować w sprawie "głównej" jako świadek. pokaż całość

      +: kvoka
    •  

      Rok po zabójstwie Robert K. zamknął bar. Zmarł kilka lat temu, a jego syn opowiadał, że bardzo interesował się >sprawą, zbierał materiały i nagrywał programy na temat tego brutalnego morderstwa. Jego zdaniem ojciec miał >wyrzuty sumienia, przez co zapił się na śmierć.
      @kvoka: No jaki biedaczek, z pewnością w tej sprawie mu nagle wyrzuty przyszły na myśl, a jak przehandlował porno z nastolatkami, albo same nastolatki za granicę, to wszystko spoko. pokaż całość

    • więcej komentarzy (58)

  •  

    Dziś nowy wpis na #polskiepato.

    Historię podzieliłam na dwa posty, ponieważ przy próbie dodania całości w jednym wpisie pojawia się komunikat z Wykopu, że treść jest za długa. ( ͡° ʖ̯ ͡°)

    • • •

    Część 1

    W 1998 r. Iwona Cygan była uśmiechniętą i pełną życia 17-latką. Uwielbiała dzieci, a one ją. Często zbierała grupkę urwisów z okolicy i organizowała im zabawy. Zadatki na przedszkolankę łączyły się z jej planami na przyszłość, ponieważ nastolatka marzyła o zawodzie nauczycielki. Była ładną i dość nieśmiałą dziewczyną, ostrożną w nawiązywaniu kontaktów. Uczyła się dobrze, a po wakacjach miała iść do 3. klasy liceum w Dąbrowie Tarnowskiej.

    Ostatni miesiąc wakacji był w Szczucinie (woj. małopolskie) dość chłodny, mimo tego 13 sierpnia Iwona postanowiła wybrać się na rolki. Gdy była już przy furtce, starsza siostra zawołała ją do telefonu, więc dziewczyna wróciła jeszcze do mieszkania. Dzwoniła Renata G., z którą się przyjaźniła, jednak niedawno podjęła decyzję, by zakończyć znajomość i przyznać rację mamie, która od początku była przeciwna tej relacji. Nastolatka mówiła, że nie ufa koleżance, uważała, że ma dziwne towarzystwo i czuła się przez nią okłamywana.

    Dziewczyny były równolatkami, jednak to Renata dominowała w ich znajomości. Od jakiegoś czasu zadawała się z tak zwaną "elitą Szczucina", czyli z okolicznymi biznesmenami i ludźmi z pieniędzmi. Należał do nich prawie 40-letni Robert K. ps. Trabant właściciel baru "U Trabanta" oraz klubu "Zajazd Leśny". Lokale znajdowały się blisko siebie, w samym centrum miasteczka, a z braku innych rozrywek mieszkańcy Szczucina uczęszczali zwykle do obu lokalów tego samego wieczoru. Czas tam spędzali zarówno licealiści, jak i dorośli, także policjanci zaprzyjaźnieni z właścicielem, który cieszył się w okolicy powszechnym uznaniem. Jedni przychodzili potańczyć, drudzy robić szemrane interesy. Wśród kolegów Renaty byli też znajomi jej siostry, przez miejscowych nazywani "grupą austriacką". Jednym z nich był 26-letni Paweł K. ps. Młody Klapa. Mężczyzna skończył zawodówkę, w której wyuczył się na tokarza. Przez jakiś czas pracował jako ochroniarz w barze Trabanta, a później zaczął wyjeżdżać do Grecji, następnie do Austrii, gdzie na czarno podejmował się prac budowlanych. Z czasem zajął się także organizacją wyjazdów do sprzątania domów w Austrii.

    Podczas rozmowy telefonicznej Renata usilnie przekonywała Iwonę do spotkania, zapewniając, że to bardzo pilne. Mimo długiego opierania się, nastolatka niechętnie przystała na propozycję i przekonana, że za chwilę wróci do domu, pomachała mamie i około godziny 19:00 ruszyła w stronę kościoła, w pobliżu którego się umówiła. Dziewczyny udały się do "Zajazdu Leśnego", gdzie rozmawiały ze znajomymi. O godzinie 21:00 siostra Iwony spotkała ją wychodzącą z lokalu –. była uśmiechnięta i mówiła, że wybiera się już do domu. Późnym wieczorem starsza z córek wróciła przekonana, że siostra śpi w swoim pokoju. Ich matka, słysząc zamykające się drzwi wejściowe, była pewna, że wróciła także Iwona. Niestety, nad ranem nie zastała jej w łóżku. Rodzice rozpoczęli gorączkowe poszukiwania. Starsza córka bezzwłocznie zadzwoniła do Renaty, jednak telefon odebrała jej siostra, która powiedziała, że nastolatka jest na kursie na prawo jazdy. Rodzina zaginionej udała się tam z nadzieją, że dowie się, co się stało z Iwoną. Według ich relacji, Renata w ogóle nie zdawała się zaskoczona zniknięciem przyjaciółki, zachowywała się dziwnie i długo nie chciała z wrócić z nimi do Szczucina, by pomóc w poszukiwaniach. Od razu po powrocie ojciec zgłosił policji zaginięcie.

    Jeszcze tego samego dnia około godziny 14:30 rolnik, który prowadził krowę na pastwisko, odnalazł przy wale Wisły w Łęce Szczucińskiej zmasakrowane ciało Iwony. Nastolatka leżała twarzą do ziemi, na plecach miała skrępowane sznurkiem ręce, a na szyi zadzierzgniętą pętlę z drutu. Jej ciało było częściowo obnażone, a spodnie i bielizna zsunięte na uda. Była brutalnie pobita, miała głównie obrażenia głowy, okolicy potylicznej, klatki piersiowej, pleców oraz dwukrotnie złamaną żuchwę. Uderzenia były zadawane ze znaczną siłą, po całym ciele i przy użyciu różnych przedmiotów. Miała też wyrwane kolczyki i obcięte włosy, co mogło świadczyć o tym, że sprawcy chcieli upokorzyć swoją ofiarę. Policjant pracujący nad sprawą wspominał:

    Analiza oględzin miejsca ujawnienia zwłok i samego ciała ofiary wskazuje, że sprawcy chcieli ją upokorzyć, pastwić się nad nią. Być może w trakcie tego zdarzenia doszło do aktów mających ślady seksualności. W grupie napastników na pewno byli mężczyźni.

    Iwona umarła w wyniku gwałtownego uduszenia drucianą pętlą i częściowego zamknięcia dróg oddechowych krwią spływającą z obrażeń twarzy. Nie było żadnych śladów, które wskazywałyby, że została zgwałcona. Nastolatka była pobita do takiego stanu, że rodzina nie była w stanie zidentyfikować jej ciała. Udało im się to na podstawie ubrań, które miała na sobie.

    W pobliżu zwłok znajdowały się fragmenty sztachet i rozbite butelki po winie. Policja zabezpieczyła także włókna w rzadkim kolorze biskupim oraz ludzkie włosy. W nocy podczas burzy, deszcz zatarł większość śladów.

    Według oficera policji, sprawcami musiały być osoby, które dobrze znały okolicę:

    Sprawcy w tym miejscu czuli się bezkarnie i pewnie. A więc znali pewne zwyczaje sąsiednich domów i że w miejscu zbrodni nie zjawi się potencjalny świadek. Być może czuli się na tyle bezkarni, że nawet nie obawiali się, że jak ktoś ich zauważy to i tak im nic nie grozi.

    . . .

    Policja popełniła szereg błędów i rażących zaniedbań, które były widoczne już od samego początku śledztwa. Zwłoki Iwony szybko zabrano, a na miejscu zbrodni nikt nie został. Nie zabezpieczono nawet terenu. Dopiero po interwencji członka rodziny Cyganów śledczy wrócili na miejsce i ostatecznie zabezpieczono szereg dowodów.

    Mimo intensywnych opadów minionej nocy psy tropiące złapały ślad. Jednak prokurator stwierdził, że idą za zającem i kazał je odwołać.

    Niedaleko miejsca odnalezienia zwłok, pod namiotami wypoczywali turyści, których funkcjonariusze nawet nie przesłuchali. Nie przeszukano także hangarów WOPR, ani baru "U Trabanta". Nie zabezpieczono ważnych dowodów lub je zniszczono. Nie włączono też do materiałów śledztwa żadnych notatek obciążających osoby, które dzisiaj w tej sprawie są oskarżone. Za to przesłuchano około 250 świadków, których zeznania jednak zdaniem policji były bezwartościowe i nie wniosły nic do śledztwa. Nie postawiono także nikomu zarzutów, a jedną z pierwszych hipotez policji było to, że Iwonę zabili sataniści.

    W miasteczku zapanowała zmowa milczenia. Mieszkańcy najwyraźniej bali się rozmawiać z policją, która zresztą także nie starała się ujawnić prawdy o tym brutalnym morderstwie. Cała okolica dużo wcześniej wiedziała, u kogo danego dnia będą odbywały się przeszukania, czy kto kiedy będzie wzywany na przesłuchanie. Mieszkańcy Szczucina wiedzieli także, kto dokonał tej zbrodni, a już następnego dnia po morderstwie, na rynku rozmawiano o tym, kto dokładnie w nim uczestniczył.

    Renata podczas jednego z pierwszych przesłuchań w Dąbrowie Tarnowskiej twierdziła, że nie znała Iwony. Mimo tego, że wszyscy w okół doskonale widzieli ich intensywną przyjaźń, a oczywistym było, że dziewczyna kłamie. Nie zostały jednak postawione jej żadne zarzuty. Według jej późniejszej relacji, miała rozstać się z Iwoną na rynku po godzinnym spotkaniu i każda z nich poszła w swoim kierunku.

    Dwa miesiące po znalezieniu ciała policja zwróciła rodzicom Iwony jej ubrania, co jest standardową procedurą, jeżeli rzeczy osobiste nie są już potrzebne do badań. Jednak trzy tygodnie później u pogrążonej w żałobie rodziny pojawił się człowiek w mundurze funkcjonariusza policji twierdząc, że musi je ponownie zabrać. Rodzina wydała wszystko, z wyjątkiem butów. Mężczyzna nie zostawił żadnego pokwitowania, a rzeczy nie trafiły do prokuratury, tylko rozpłynęły się bez śladu.

    . . .

    Na pogrzeb Iwony przyszły tysiące ludzi, głównie młodzież. Koledzy nieśli trumnę kilka kilometrów ze Szczucina do Ratajów, gdzie została pochowana. (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    W styczniu 1999 r. został wyemitowany odcinek programu "997" (klik), w którym poinformowano o nagrodzie ufundowanej przez wójta Szczucina i lokalnego biznesmena, właściciela firmy Tankpol, o wysokości 20 tysięcy złotych za pomoc w ujęciu sprawców. Po emisji programu 31-letni Tadeusz Drab (zdjęcie) powiedział w barze kolegom, że wie, kto zabił Iwonę i chce podzielić się tą wiedzą z policją. Chwalił się, że to on zgarnie nagrodę. Nie zdążył jednak złożyć zeznań, ponieważ już następnego dnia zaginął, a jego ciało wyłowiono z Wisły dopiero po kilku miesiącach. Miejscowi śledczy uznali to za samobójstwo, choć nic nie wskazywało na to, by mężczyzna z planami na przyszłość i ukochaną dziewczyną u boku, którą miał niedługo poślubić, chciał targnąć się na swoje życie. Dodatkowo Drab świetnie pływał, był wręcz wychowany nad rzeką, a po wyłowieniu z wody ręce miał skrępowane sznurem. Jednak to także nie przekonało śledczych do wszczęcia dochodzenia w sprawie zabójstwa oraz nie połączyli tej sprawy z morderstwem Iwony.

    Śmierć Tadeusza zamknęła na dobre usta mieszkańcom Szczucina i okolic. Gdy ktoś próbował rozmawiać z mundurowymi sąsiedzi ostrzegali – "przestań, bo zginiesz jak Tadek Drab". Ludzie panicznie bali się sprawców, których doskonale znali, tak samo zresztą jak policja i rodzina ofiary.

    . . .

    Po zabójstwie Iwony w Szczucinie zaczęło dochodzić do niewyjaśnionych aktów agresji wobec mieszkańców. Został pobity miejscowy ksiądz oraz licealiści, których dodatkowo wywieziono nad Wisłę i grożono śmiercią.

    . . .

    Sprawa Iwony Cygan po raz pierwszy została umorzona 8 lipca 1999 r. z powodu "braku dowodów".

    . . .

    20 grudnia 2013 r. kuzyn Iwony, który od początku bardzo pomagał rodzicom zamordowanej w dotarciu do prawdy, odnalazł swojego syna, 18-letniego Darka Cygana powieszonego w garażu. Wszelkie okoliczności jego śmierci wskazywały na udział osób trzecich, jednak Prokuratura w Dąbrowie Tarnowskiej umorzyła śledztwo. Darek znał się z synem Trabanta i według jednej z relacji chłopcy mieli pokłócić się na jednym z grillów, po czym Cygan miał mu powiedzieć, że jest synem mordercy.

    . . .

    Rankiem 24 sierpnia 2014 r. w Szczucinie przypadkowy przechodzień odnalazł ciało 30-letniego Marka Kapela (zdjęcie). Zwłoki znajdowały się w dziwnym ułożeniu, a mianowicie głowa została przygnieciona ciężkimi elementami betonowego ogrodzenia, które zadziałały jak gilotyna (zdjęcie) (zdjęcie). Jego ciało wyglądało tak, jakby walczył, aby wydostać się spod betonowych płyt. W dniu swojej śmierci Marek, który na co dzień pracował w firmie budowlanej, wyszedł z baru "Ambrozja", gdzie według barmanki wypił niewiele, może dwa lub trzy piwa. Do domu miał około trzech kilometrów, które przemierzał wzdłuż jednej z najczęściej uczęszczanych dróg w miasteczku. Monitoring zarejestrował jego postać około godziny 23:10, jednak w zasięgu kolejnej kamery mężczyzna już się nie pojawił. Osiem godzin, które upłynęły pomiędzy ostatnim nagraniem a odnalezieniem zwłok, owiane jest tajemnicą. Policjanci uznali, że zginął około północy, jednak według ratowników medycznych, którzy zjawili się na miejscu odnalezienia zwłok, musiało to być około czwartej nad ranem. Tymczasem, około drugiej w nocy, tuż obok miejsca, gdzie leżał Kapel, policjanci wylegitymowali dwóch mężczyzn, którzy szli środkiem drogi. Co więcej, jak pokazuje monitoring, w nocy dwa razy obok tego miejsca przejeżdżał radiowóz.

    Następnego dnia na miejscu odnalezienia zwłok nikt nie zabezpieczył śladów, a po dwóch godzinach było już tam pusto. Ubrania Marka po jakimś czasie zostały zutylizowane, nie pobrano z nich także żadnych śladów. Nie wezwano psów tropiących ani nie zlecono przeprowadzenia eksperymentu, który mógłby wykazać, czy wybicie samodzielne głową przęsła było w ogóle możliwe. W końcu postępowanie w sprawie śmierci Marka Kapela zostało umorzone przez Prokuraturę Rejonową w Dąbrowie Tarnowskiej ze względu na "brak znamion czynu zabronionego" i mimo sprzeciwu rodziny uznane za nieszczęśliwy wypadek lub samobójstwo.

    Wiadomo było, że Marek posiadał informacje dotyczące morderstwa Iwony Cygan. Koledzy prosili go, aby nie mówił o tym głośno, ostrzegali, że "skończy jak Tadek Drab". Dwa miesiące przed śmiercią potrącił go samochód, a nieznany sprawca uciekł. Kapel miał złamane trzy żebra i stłuczoną rękę, jednak nie chciał zgłosić zdarzenia na policję. Najprawdopodobniej odebrał to jako ostrzeżenie i umyślne potrącenie.

    (klik)

    . . .

    Matka zamordowanej Iwony mówiła, że przy policjantach i prokuratorach ze Szczucina i Dąbrowy Tarnowskiej czuła się jak morderczyni, nie jak ofiara. Przez wiele lat rodzina Cyganów nie mogła nawet znaleźć pełnomocnika, który by ją reprezentował. Kolejni adwokaci z kancelarii w Tarnowie, a nawet w Krakowie odmawiali, tak jakby doskonale wiedzieli, że nie jest to zwykła sprawa kryminalna. Wszyscy widzieli, że gdy tylko ktoś próbował dotrzeć do prawdy, miał realne kłopoty. Po wielu latach batalii z mundurowymi – dopiero gdy w 2009 r. sprawą zainteresowało się krakowskie Archiwum X – śledztwo zaczęło nabierać tempa. Udało się nawiązać kontakt ze świadkiem wydarzeń z sierpnia 1998 r. Mężczyzna w rozmowie z policjantami zeznał, że widział, jak na rynku przy Iwonie i Renacie zatrzymał się gwałtownie biały polonez prowadzony przez Pawła K. zwanego Młodym Klapą. Po krótkiej rozmowie dziewczyny wsiadły do środka. Świadek w obliczu prokuratury wycofał się jednak z części zeznań, a niebawem po tym Archiwum X zostało odsunięte od sprawy, ponieważ "ktoś wyżej" uznał, że "za bardzo angażuje się w pomoc rodzinie". Śledztwo ponownie zostało umorzone. W 2014 r. sąd nakazał prokuratorom je wznowić, stwierdzając, że nie zrobiono wszystkiego, aby odnaleźć mordercę. Krótko po tym udało się dotrzeć do nowych dowodów, a mianowicie do kasety wideo, na której widać, jak Paweł K. bawi się na weselu w Szczucinie dwa dni po śmierci Iwony. Było tam niespełna sto osób, w tym prawie wszyscy oskarżeni dziś o udział w zabójstwie. Na nagraniach widać, że Młody Klapa był ubrany w marynarkę koloru biskupiego, prawdopodobnie tę samą, której włókna zabezpieczono na miejscu zabójstwa Iwony. Jego pobyt na zabawie wskazywał także na to, że alibi z 1998 r., według którego w noc morderstwa miał być w drodze do Austrii jest nieprawdziwe.

    W 2016 r. media podały informację, że policjanci są o krok od złapania morderców. Na początku października w Łęce Szczucińskiej, gdzie przed laty znaleziono ciało nastolatki, został przeprowadzony eksperyment procesowy (klik), który miał polegać na m.in. odtworzeniu relacji świadka (zdjęcie) (zdjęcie). W eksperymencie brała udział Żandarmeria Wojskowa, która użyczyła drona do skanowania terenu oraz naziemnego sprzętu do mapowania 3D miejsc zdarzeń. (klik)

    Do tego czasu zebraliśmy bardzo dużo materiału dowodowego. Z najnowszych informacji wynika, że miejsce znalezienia zwłok najprawdopodobniej nie było miejscem zabójstwa. Pod uwagę bierzemy również fakt, że ciało Iwony było roznegliżowane. Choć sekcja zwłok wykluczyła jakikolwiek kontakt seksualny. Uważamy, że sprawca celowo chciał wprowadzić w błąd policję co do miejsca i motywu zbrodni

    – mówił Bogdan, szef krakowskiego Archiwum X. Po latach została przerwana też zmowa milczenia, a policja dotarła do świadków wydarzeń sprzed lat, którzy w końcu zdecydowali się na rozmowę z funkcjonariuszami.

    klik <– wywiad z owym Bogdanem, bardzo ciekawy człowiek (rozmowa nie dotyczy tej sprawy).

    . . .

    Zaraz po przeprowadzeniu wizji lokalnej w Łęce Szczucińskiej zaginął 79-letni Wojciech Sołtys (zdjęcie) ze Świdrówka pod Szczucinem. Dopiero po ponad trzech tygodniach poszukiwań w trudno dostępnym miejscu nad Wisłą znaleziono jego zwłoki. Mężczyzna leżał twarzą do ziemi i był nieadekwatnie ubrany do pory roku – miał na sobie tylko koszulkę polo z długim rękawem oraz dresowe spodnie. Kilkaset metrów dalej znajdował się spalony wrak jego samochodu. Tablica rejestracyjna leżała na ziemi.

    Mężczyzna posiadał plany na przyszłość, remontował dom i miał już kupiony bilet na lot do Stanów Zjednoczonych, w których wcześniej spędził ponad 30 lat życia. W dniu, w którym zaginął, nie zjawił się na lotnisku, o czym powiadomiono jednego z jego braci, który od razu wybrał się do domu Wojciecha. Zastał tam otwartą bramę na posesję. Nie było słychać szczekania psa, który – jak się później okazało – leżał martwy. Jego sekcja zwłok wykazała, że zmarł z wygłodzenia.

    Przy ciele denata znaleziono sporo gotówki, w tym amerykańskie dolary, oraz telefon komórkowy.

    Jednoznacznej przyczyny śmierci nie udało się ustalić. Wykluczono natomiast, że był to jakiś uraz, jak np. pobicie.

    Biegli wskazali, że najbardziej prawdopodobną przyczyną zgonu była ostra niewydolność układu krążenia w przebiegu uszkodzenia mięśnia sercowego na tle miażdżycowym

    – mówił zastępca prokuratora rejonowego w Dąbrowie Tarnowskiej. Tłumaczył też, że dla dobra śledztwa więcej szczegółów ujawnić nie może, ale. dodał, że prowadzą śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci.

    Krewni zmarłego nie wierzą w zgon z przyczyn naturalnych. Według brata sprawcą musiał być ktoś miejscowy, kto dobrze znał okolicę, ponieważ miejsce znalezienia zwłok jest obszarem rzadko uczęszczanym i trudno dostępnym.

    Tarnowska prokuratura w końcu umorzyła sprawę, której akta dopiero pod koniec 2017 r. trafiły do Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Postępowanie zaczęło być prowadzone w kierunku podejrzenia zabójstwa z motywacji zasługującej na szczególne potępienie.

    . . .

    Śledztwo w sprawie morderstwa Iwony Cygan kontynuował Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie wraz z policjantami ze specjalnej grupy zajmującej się niewyjaśnionymi zbrodniami sprzed lat –- Archiwum X – z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie.

    Zebrane przez nich dowody, zeznania świadków oraz opinie Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie pozwoliły, by w grudniu 2016 r. za 45-letnim już Pawłem K. został wysłany list gończy, a Sąd Okręgowy w Tarnowie wydał Europejski Nakaz Aresztowania (klik) (klik), ponieważ nieznane było aktualne miejsce pobytu podejrzanego. Na liście gończym widniała kwalifikacja mówiąca o zabójstwie ze szczególnym okrucieństwem, a zdaniem prokuratury podejrzany 13 i 14 sierpnia 1998 r., korzystając z pomocy swego ojca Józefa K. ps. Stary Klapa, zadawał Iwonie liczne ciosy twardym narzędziem, a następnie wywiózł ją w okolice wałów przeciwpowodziowych w Łęce Szczucińskiej, gdzie ofiarę skrępował i doprowadził do jej śmierci.

    Paweł K. został aresztowany 9 stycznia 2017 r. w Wiedniu przez austriackie organy ścigania, a w połowie miesiąca został wysłany z Polski wniosek o jego ekstradycję. Po dwóch rozprawach sądowych w tej sprawie Młody Klapa (zdjęcie) został przetransportowany do Polski wojskowym samolotem 11 maja, a następnie eskortowany przez Żandarmerię Wojskową do Aresztu Śledczego w Krakowie. Jeszcze podczas pobytu w Wiedniu, K. twierdził, że jest krewnym byłej premier Ewy Kopacz, która chroniła go przez te wszystkie lata, o czym pisały wszystkie austriackie media (klik). Polityk wszystkiemu zaprzeczyła i wytłumaczyła się zwykłą zbieżnością nazwisk.

    17 maja w polskiej prokuraturze Paweł K. nie przyznał się do zarzutu i skorzystał z prawa do odmowy wyjaśnień. Mężczyzna został przebadany wykrywaczem kłamstw, które wykazało, że posiada dużą wiedzę na temat zabójstwa Iwony, że coś ukrywa i usiłuje oszukać urządzenie, stosując uniki psychologiczne.

    Kolega Młodego Klapy zeznał, że mężczyzna ten jest maniakiem seksualnym i w latach 90. gdy przyjeżdżał z Austrii do rodzinnego Szczucina, często razem bywali u tarnowskich prostytutek.

    . . .

    DALSZĄ CZĘŚĆ TEJ HISTORII PRZECZYTACIE TUTAJ.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #szczucin #iwonacygan #dabrowatarnowska #tarnow #mafia
    pokaż całość

  •  

    David Burke i jego brutalna zemsta na pokładzie samolotu

    Mieszkańcy Kalifornii są przyzwyczajeni do nagłych wstrząsów ziemi. Życie w sąsiedztwie wielkiego uskoku tektonicznego przyzwyczaiło ich do niespodziewanych drgnięć. Ale to ma w sobie coś dziwnego. Coś zaskakującego. Gdy chwilę po godzinie 16 7 grudnia 1987 przez hrabstwo San Luis Obispo przebiega nagły wstrząs, ludzie mają wrażenie, że nie pochodzi z głębi ziemi.

    Wkrótce nad okolicą zaczynają krążyć śmigłowce. Załoga jednego z nich, należącego do telewizyjnej stacji CBS, po pewnym czasie natyka się na ponury obraz: na zboczu wzgórza w miejscowości Paso Robles, w górach Santa Lucia, widzą wybity w ziemi krater i rozsypane dookoła drobne szczątki – pozostałości British Aerospace 146 o rejestracji N350PS, niewielkiego, czterosilnikowego samolotu pasażerskiego produkcji brytyjskiej, chętnie używanego na krótkich i średnich trasach, w tym przypadku realizującego rejs nr 1771 Pacific Southwest Airlines – lokalne połączenie z San Francisco do Los Angeles. Gołym okiem widać, że żadna z 43 osób na pokładzie nie miała szans na przeżycie.

    Dochodzenie

    Wkrótce w Paso Robles pojawiają się śledczy. Nie tylko z NTSB – wśród osób uwijających się na wzgórzu wiele ma identyfikatory z charakterystycznym logo FBI. Od razu widać, że samolot uderzył w ziemię z ogromną siłą: ciał 27 spośród ofiar tragedii nigdy nie udało się zidentyfikować. Udaje się odnaleźć czarne skrzynki: ciężko poharatane, zdeformowane, pogięte. Po ich otwarciu okazuje się, że taśma wewnątrz jest porozrywana. Technicy FBI ciężko, mozolnie, całymi dniami dopasowują do siebie strzępy taśmy magnetycznej. W końcu można odsłuchać zapis rozmów w kokpicie. To, co płynie z głośników, dogłębnie wstrząśnie nie tylko ludźmi z branży lotniczej.

    Początkowo wszystko przebiega normalnie. Maszyna spokojnie przemierza niebo na wysokości 22000 stóp (ok. 6700 m), 44-letni kapitan Greg Lindamood i o cztery lata starszy pierwszy oficer James Nunn gawędzą ze sobą. Gdy wypytują kontrolę lotów o turbulencje, nastrój nagle się zmienia. Słychać dwa głośne huknięcia.

    – Cholera, co to było? – Nunn od razu łączy się z kontrolą lotów. – Wieża, tu PSA 1771. Chyba słyszeliśmy wystrzały w kabinie.

    To ostatni komunikat, jaki kontroler lotów usłyszał. Jeszcze zanim PSA 1771 znikł z ekranu radaru, zawiadomił FBI: wszelkie przestępstwa na pokładzie samolotu są objęte jurysdykcją federalną. Taśma biegnie dalej. Słychać otwierane drzwi do kokpitu i przerażony głos stewardesy, Deborah Neil:

    – Kapitanie, mamy problem!

    – Co się dzieje?

    Kolejny wystrzał jest dużo głośniejszy. Ciało stewardesy upada na podłogę.

    – To ja jestem tym problemem.

    Następne dwa strzały są już ogłuszająco głośne: padły w kokpicie, w bezpośrednim sąsiedztwie mikrofonu. W tle słychać histeryczny wrzask pasażerów. Samolot zaczyna nabierać prędkości, słychać jakieś niezrozumiałe zdania i jeszcze jeden wystrzał. Potem jest już tylko ryk silników i wycie alarmów. A potem niezwykle głośny trzask. Jak oszacowano później, BAe 146, pikując w stronę ziemi, tuż przed uderzeniem przekroczył barierę dźwięku. Gdy uderzył w ziemię, przeciążenie działające na ciała pasażerów przekraczało siłę ciążenia ziemskiego mniej więcej 5000 razy.

    Każdy, nawet najdrobniejszy fragment znaleziony na miejscu tragedii może być teraz dowodem w śledztwie w sprawie masowego morderstwa. Udaje się odnaleźć fragmenty siedzenia: widać w nim ślady po kulach. Wreszcie jeden z techników znajduje fragmenty papierowej torebki, jaką można znaleźć przy siedzeniach pasażerów. Po starannym poskładaniu strzępów widać naprędce skreślone słowa.

    „Cześć, Ray. To ironiczne, że tak się to musi skończyć. Prosiłem cię o litość, ze względu na moją rodzinę, pamiętasz? Nie okazałeś mi jej. Więc ode mnie też jej nie zaznasz.”

    Po numerze seryjnym udaje się zidentyfikować miejsce, z którego pochodził fotel ze śladami po kulach. Z listy pasażerów wynika, że ono akurat było puste. Natomiast na fotelu bezpośrednio przed nim zasiadał Raymond Thompson – jeden z menedżerów linii PSA. Ślady po kulach wskazują na broń ręczną dużego kalibru, najpewniej .44 Magnum – taki pocisk, wystrzelony z niewielkiej odległości, przebiłby ciało, fotel i jeszcze miałby dość energii, by przebić następny fotel… Teraz trzeba odkryć, kto aż tak nienawidził Thompsona. Śledczy wypytują o ostatnio zwolnione z pracy osoby, szukają też takich, z którymi Thompson miał zatarg w życiu prywatnym. Poszukiwania nie trwają długo. Jeden ze śledczych kładzie na biurku przełożonego teczkę personalną ze zdjęciem czarnoskórego mężczyzny z bujną fryzurą i charakterystyczną bródką.

    Brudna kartoteka

    35-letni David Burke pochodził z jamajskiej rodziny, zamieszkałej w Wielkiej Brytanii. Gdy był jeszcze dzieckiem, wraz z rodzicami wyemigrował do USA, osiedlając się w stanie Nowy Jork. Pracował tam dla lokalnej linii lotniczej, ale nie tylko: policja i FBI podejrzewały go o udział w przemycie narkotyków z Jamajki do USA. Zanim cokolwiek mu udowodniono, wyjechał na Zachodnie Wybrzeże. Tu zatrudnił się jako sprzątacz w Pacific Southwest Airlines. Niestety, skłonności do łatwego zarobku miał nadal. Zauważono, że z samolotów, którymi się zajmował, często ginęły pieniądze, jakimi pasażerowie płacili za napoje i przekąski podawane w czasie lotu. W końcu jeden ze stewardów zauważył, jak Burke kradnie z wózka z napojami 69 dolarów, i natychmiast zawiadomił przełożonego. Ray Thompson wezwał Burke’a do siebie; ten się kajał i prosił o jeszcze jedną szansę, ale Thompson sucho go poinformował, że kradzieży nie będzie tolerował, i zwolnił Burke’a dyscyplinarnie. Thompson często latał z San Francisco do domu w okolicy LA, wykorzystując właśnie rejs nr 1771. 7 grudnia 1987 wraz z nim na pokład BAe 146 wsiadł David Burke…

    Udało się mniej więcej ustalić, co się działo na pokładzie N350PS. Chwilę przed tym, jak rozpoczęło się pandemonium, słychać, że ktoś przez dziwnie krótką chwilę korzysta z toalety. Najpewniej Burke, idąc do toalety, rzucił lub podał Thompsonowi papierową torbę, na której nagryzmolił kilka zdań. W toalecie szybko wyjął i odbezpieczył broń, wyszedł, podszedł do Thompsona i zastrzelił byłego szefa. Następnie ruszył w stronę kokpitu, zabijając najpierw stewardesę, a następnie obu pilotów. Potem przestawił ciąg silników na maksymalne obroty i pchnął stery przed siebie, przechylając nos samolotu pionowo w dół… Nie jest do końca jasne, dla kogo był przeznaczony ostatni, słyszany na taśmie wystrzał. Początkowo podejrzewano, że Burke po prostu się zastrzelił.

    Później, podczas poszukiwań, znaleziono szczątki rewolweru .44 Magnum wraz z fragmentem palca w osłonie języczka spustowego. Eksperci FBI byli zgodni: gdyby Burke się zastrzelił, siła odrzutu wyrwałaby broń z jego martwej ręki – tymczasem gdy samolot uderzył w ziemię, zabójca wciąż zaciskał broń mocno w dłoni… Jednym z pasażerów tragicznego lotu był jeden z głównych pilotów linii PSA, Douglas Arthur. Oficjalnie uznano, że próbował pertraktować z Burke’em albo nawet wedrzeć się do kokpitu i uratować maszynę – i to w niego był wymierzony ostatni pocisk… Z fragmentu palca trzymającego szczątki rewolweru udało się zdjąć odcisk linii papilarnych – był identyczny z odciskiem palca Davida Burke’a, znajdującego się w kartotekach nowojorskiej policji.

    Przesłuchiwani przezeń współpracownicy Burke’a, jak i jego sympatie (miał ich kilka, w sumie urodziły mu siedmioro dzieci) opisywali go jako człowieka gwałtownego, porywczego, nie cofającego się przed przemocą. Jeden z jego kolegów z pracy zgłosił się na policję, przyznając, że to on był właścicielem feralnego rewolweru – Burke pożyczył go na dzień przed tragicznym lotem, twierdząc, że czuje się zagrożony napaścią w swoim mieszkaniu. Wreszcie jedna z jego sympatii opowiedziała policji o dziwnej wiadomości, jaką 7 grudnia Burke nagrał na jej automatyczną sekretarkę. Brzmiała ona jak ostatnie pożegnanie…

    Jak się tam dostał

    Śledztwo ma się ku końcowi. Pozostaje odpowiedzieć na jedno pytanie – absolutnie fundamentalne dla bezpieczeństwa lotów. Jakim cudem David Burke wniósł załadowaną broń palną na pokład samolotu? Po tym, gdy na przełomie lat 60. i 70. przez branżę przetoczyła się fala porwań i zamachów, wprowadzono dokładne kontrole tak bagażu, jak i pasażerów wsiadających na pokład… Zdawałoby się nierealne, że ktoś zdołałby przemycić załadowany duży rewolwer. Tyle że niektóre osoby wsiadające do samolotu były wyłączone z obowiązkowej kontroli osobistej. Nie kontrolowano personelu pokładowego, pilotów – i pracowników linii i portów lotniczych. Burke co prawda był już byłym pracownikiem PSA, ale ciągle jeszcze miał identyfikator i legitymację służbową – mijało kilka dni, zanim wszystkie formalności związane ze zwolnieniem z pracy były zakończone, a dokumenty i przywileje odebrane…

    Zmiany w przepisach wprowadzono natychmiast. Każda osoba wchodząca na pokład samolotu, włącznie z załogą, jest od tej pory kontrolowana, jej bagaż również. Gdy pracownik odchodzi z linii lotniczej, czy to na drodze zwolnienia, czy idąc na emeryturę, czy zmieniając pracę – traci wszelkie bonusy, przywileje i uprawnienia natychmiast, natychmiast też zdaje wszelkie legitymacje i dokumenty. Jako że na pokładzie N350PS znajdowało się po kilku dyrektorów dużych firm – Chevron USA i Pacific Bell – wiele firm wprowadziło zasadę, że na pokładzie jednego samolotu nie może znajdować się więcej niż jedna osoba z zarządu firmy.

    http://disasterintheair.wordpress.com/2017/12/07/bez-litosci/

    (Na zdjęciu pokazane jest to co zostało z samolotu)

    #gruparatowaniapoziomu
    #ciekawostki
    #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: pbs.twimg.com

  •  

    Mirki, pamiętacie zapewne mój wpis nt. znalezienia mojego przyjaciela po 6 miesiącach od zaginięcia? Wiele osób zarzucało mi wtedy atencję na jego śmierci... Teraz atencji jak najbardziej potrzeba. Pod tym linkiem jest reportaż, kilka miesięcy po znalezieniu ciała. Tutaj tekst skróconych rozmów z rodziną miesiąc przed znalezieniem ciała.Są w nim omówione podstawowe rzeczy zaprzeczające logice tego, co orzekła policja. Sprawę zakończono jako "samobójstwo". Oczywistym jest, że jako rodzina i przyjaciele Damiana się z tym nie zgadzamy. Najprostsze podważenia są w tym krótkim materiale, a niedopatrzeń jest o wiele więcej. A o innych nie wiem, czy wolno mi na tyle otwarcie mówić. W każdym razie chodzi o #wykopefekt.
    Mama Damiana od długiego czasu bezskutecznie usiłuje wytoczyć drugą sprawę. Wszyscy jesteśmy pewni tego, że Damianowi odebrano życie. Policja jednak stara się zasunąć wszystko pod dywan. Jedyne czego chcemy to SPRAWIEDLIWOŚĆ. Wiemy, że nie wrócimy mu życia, ale chcemy sprawiedliwego wyroku. Jesteśmy pewni, że zrobiły to osoby trzecie i mogą to zrobić nie raz.
    Czy jesteście w stanie pomóc w jakimkolwiek działaniu #policja innym niż ignorowanie? Nie mam pojęcia, jakieś programy pokroju Uwaga, Rutkowski? Coś, co pomoże w jakimkolwiek stopniu ruszyć drugi proces, porządnie przesłuchać świadków i dokładnie przeprowadzić śledztwo. Bardzo proszę o wyplusowanie w gorące. Wyrzucenie tego na główną będzie moim marzeniem.

    Przepraszam za spam tagami, ale nie daje spokoju to mi, a co dopiero jego mamie, która wygląda jak wrak siebie, bo musi walczyć o swoje #prawo
    #pytanie #kiciochpyta #kryminalne #kryminalistyka #suwalki
    pokaż całość

    źródło: d-pt.ppstatic.pl

  •  

    Niestałość nastrojów, porywczość. Skłonność do okrucieństwa w stosunku do otaczających go ludzi.
    Skłonność do utopijnego myślenia.
    Z natury ambitny, pyszałkowaty pragnie sławy; pozbawiony zdolności do określenia swojego właściwego miejsca w życiu i w związku z tym odpowiedniego postępowania.
    Pożąda znacznie więcej niż potrafi odpowiednio do swoich zdolności.


    Powywszy tekst jest fragmentem charakterystyki osobowości wykonanym na próbce pisma z pomocą grafologa z Freiburga (lata 20 XIX w.)
    Osoba której tekst badano to 28 letni mężczyzna, malarz, Adolf Schicklgruber ... po zdobyciu sławy, znany jako Adolf Hitler.

    pokaż spoiler #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #ocieplaniewizerunkuadolfahitlera #bekazlewactwa #historia #grafolofia #kryminalistyka

    Poniżej przykładowe odręczne pismo Adolfa z 1931r.
    pokaż całość

    źródło: g.cz

  •  

    Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

    • • •

    Ostrzegam, że opis tej zbrodni jest drastyczny i dotyczy dziecka! Wrażliwsi są proszeni o nieczytanie poniższego tekstu.

    • • •

    KRZYSZTOF PAŃKÓW, rocznik '66

    Rankiem 3 października 1996 roku 9-letnia Kasia G. (zdjęcie) jak co dzień wyszła do szkoły w rodzinnym Byczynie (woj. opolskie), jednak na klatce schodowej spotkała pijanego sąsiada, 30-letniego Krzysztofa. Mężczyzna siłą zaciągnął dziewczynkę do swojego mieszkania (zdjęcie), gdzie skrępował jej ręce i nogi krawatami. Unieruchomioną przyduszał poduszką i wkładał palce do pochwy. W końcu zacisnął na jej szyi materiałowy pasek od sukienki i udusił. Wszystko to trwało około sześciu godzin.

    Matka Kasi nie zmartwiła się, gdy córka nie wróciła do domu po szkole, myśląc, że wybrała się ze swoim ojcem w odwiedziny do chorej ciotki. Rodzice zaczęli poszukiwania dopiero od godziny 16:00, a wieczorem trzecioklasistki szukała już cała Byczyna. Jednak dziewczynka nie żyła już od godziny 14:30 — wtedy Pańków zaniósł jej zwłoki do łazienki, ułożył w wannie i zaczął ćwiartować przy użyciu kuchennego noża i piłki do metalu. Fragmenty ciała spakował w foliowe reklamówki i upychał za szafą.

    Rodzina i mieszkańcy miasteczka przeszukiwali wszystkie pobliskie kamienice, zjawili się także u Krzysztofa, jednak nie zauważyli nic niepokojącego. Mężczyzna nie płacił rachunków za energię, więc elektrownia odłączyła mu prąd, dlatego w ciemnościach panujących w jego mieszkaniu ciężko było dostrzec wszechobecne ślady krwi. Początkowo nikt nie podejrzewał, że Pańków może mieć coś wspólnego z zaginięciem Kasi, ponieważ bardzo dobrze znał zarówno ją, jak i jej rodziców. Od lat mieszkali drzwi w drzwi, a matka i ojciec dziewczynki czasami zapraszali go na obiady i dawali jedzenie, gdy nie miał pieniędzy. Rok wcześniej, podczas komunii córki, jej matka przyniosła mu nawet poczęstunek.

    Wieczorem wyniósł poćwiartowane ciało z domu i porzucił na podmiejskim dzikim wysypisku oraz obok silosów w pobliskich Jaśkowicach. Kiedy tam szedł, zmęczył się, więc postanowił odpocząć i kupić sobie piwo. Stał spokojnie z innymi ludźmi i popijał browarka, mając przy nodze torbę z ciałem dziewczynki.

    Następnego dnia okolicę wysypiska przeszukiwała trójka ochotników. Około godziny 11:00 mężczyźni dojrzeli w krzakach poplamione krwią reklamówki, w których spakowana była głowa oraz kończyny zaginionej. Jeszcze tego samego dnia policja zatrzymała mordercę, którego wskazali okoliczni mieszkańcy. Według ich relacji Pańków nie pomagał w poszukiwaniach Kasi, dodatkowo był widziany z podejrzanie wyglądającymi pakunkami. Gdy mundurowi wyprowadzali Krzysztofa, pod jego kamienicą zabrał się rozjuszony tłum, który chciał go zlinczować.

    Podczas przesłuchania mężczyzna od razu przyznał się do winy i wskazał, gdzie zakopał tułów 9-latki. Decyzję o jej poćwiartowaniu tłumaczył tym, że kiedyś przeczytał, że jest to najlepszym sposobem na pozbycie się zwłok.

    Podczas wizji lokalnej dokładnie pokazał miejsca, w których porzucił zwłoki i precyzyjnie opisał przebieg zbrodni. W trakcie jej trwania ponownie omal nie doszło do samosądu z rąk mieszkańców.

    . . .

    Kasia została pochowana w rodzinnej miejscowości. Jej trumnę nieśli harcerze, a za nimi podążało aż trzy tysiące żałobników.

    . . .

    Proces (zdjęcie) (zdjęcie) wzbudzał wiele emocji, a ludzie żądali dla oskarżonego kary śmierci, na której wykonywanie obowiązywało wtedy moratorium.*

    Kasia była jedynaczką i długo oczekiwanym przez rodziców dzieckiem. Na jednej z rozpraw jej matka powiedziała:

    Miałam w życiu tylko jeden kwiat. Ten kwiat potrzebował opieki, potrzebował troski. Nie potrafił się bronić. Został w brutalny sposób zaatakowany, zniszczony i rozrzucony po polach. Dlatego domagam się jak najwyższego wymiaru kary i żeby ta kara ustrzegła te wszystkie kwiaty, które jeszcze są, jeszcze cieszą nasze oczy. Bo moich oczu już nic nie ucieszy.

    Podczas rozprawy Pańków skorzystał z prawa odmowy składania wyjaśnień, jednocześnie podtrzymując wyjaśnienia, które składał podczas śledztwa.

    . . .

    Krzysztof Pańków został oskarżony o zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem oraz morderstwo. 28 sierpnia 1997 roku zapadł wyrok, w którym za pierwszy z czynów został skazany na 8 lat pozbawienia wolności oraz 5 lat pozbawienia praw publicznych, z kolei za drugi otrzymał dożywotnie pozbawienie wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych. Orzeczona kara łączna za wszystkie czyny to dożywotnie pozbawienie wolności oraz pozbawienie praw publicznych na 10 lat.

    Przed odczytaniem wyroku oskarżony w swojej mowie końcowej powiedział:

    Nie mogę prosić ludzi o cokolwiek dla siebie, więc zwracam się do sądu o sprawiedliwy wyrok. Proszę o wymierzenie kary śmierci.

    Wyrok nie uprawomocnił się gdyż oskarżony i jego obrońca złożyli apelację, w której wnieśli o łagodniejszy wymiar kary. Adwokat uznał między innymi, że Sąd Wojewódzki w Opolu (w latach 1950-1999 teraźniejsze sądy okręgowe były nazywane wojewódzkimi, ze względu na dawny podział administracyjny na 49 województw) wydał wyrok pod naciskiem opinii publicznej. Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał jednak, że nie ma podstaw, by tak twierdzić i utrzymał wyrok w mocy. Podkreślił także, że fakt, iż od zgwałcenia do zabicia Kasi minęły około dwie lub trzy godziny, dowodzi, że oskarżony miał czas na przemyślenie swojego postępowania i dalszych zamiarów. Sąd uznał, że mimo tego, iż Pańków nie był wcześniej karany za zbrodnie na tle seksualnym, są nikłe szanse na jego resocjalizację i sprawia potencjalne zagrożenie dla społeczeństwa.

    . . .

    Dziś Kasia byłaby już Katarzyną i miałaby 31 lat.
    . . .

    W roku 2000 Pańków udzielił wywiadu w programie "Cela nr" —> klik (polecam!)

    . . .

    * moratorium (łac. moratorius, zwlekający) – zawieszenie, tymczasowe wstrzymanie.

    W 1988 r. władza ludowa stwierdziła, że z jakichś przyczyn wstrzymanie wykonywania kary śmierci może przynieść im korzyść (pewnie chodziło o zyskanie przychylności społeczeństwa), dlatego zaczęło obowiązywać moratorium na jej wykonywanie. Tak jak dość częste za PRL-u amnestie. Tym razem jednak nie zawracali sobie głowy uchwalaniem ustaw, tylko po prostu stwierdzili, że wyroki śmierci nie będą wykonywane. Zostawili sobie w ten sposób furtkę na przyszłość, gdyby się okazało, że wykonywanie kary śmierci trzeba przywrócić. Dopiero po zmianie systemu uregulowano tę kwestię ustawowo (zresztą w kiepski sposób, co pokazał przypadek Trynkiewicza). Ponadto to uregulowanie ustawowe było jednym z niezbędnych warunków integracji Polski z UE.

    Już w trakcie obowiązywania moratorium 10 osób zostało skazanych na karę śmierci (klik). Dopiero w 1995 r. niewykonane kary zamieniono na karę 25 lat pozbawienia wolności.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Opolu oraz wyroku i jego uzasadnienia Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd i stąd.

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #zgwalcenie #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent
    pokaż całość

    źródło: pankow.jpg

  •  

    Przestępcy wg płci i wieku (na 10 tys. osób) Źródło

    Obserwuj #infog - codziennie ciekawa infografika (społeczeństwo, gospodarka, technologia)

    #ciekawostki #kryminalne #kryminalistyka #rozowepaski #niebieskiepaski

    *(dane dla Szkocji, ale mniej więcej taki rozkład występuje na całym świecie)
    pokaż całość

    źródło: pbs.twimg.com

    •  

      @vvertoi:

      nie sprawdzilem tego ale wykres age-crime się podobno pokrywa z age-creativity

      Zależy jak definiujemy "kreatywność". Jeżeli chodzi o odkrycia naukowe i wynalazki to wykres bardzo podobny ale przesunięty w prawo, choć to pewnie efekt pracy nad pomysłem, który pojawił się parę lat wcześniej:

      źródło: inc.com

    •  

      Takie zależności nie zmieniają się znacznie przez kilka lat

      @cieliczka: Zależności nie, ale liczby bezwzględne mogły się od tego czasu mocno zmienić. W 2009 roku osoba mająca 20 lat pochodziła z rocznika liczącego ok 570 tys. Obecnie taka osoba pochodzi z rocznika liczącego ok 380 tys, czyli ich liczba spadła o 1/3, więc pewnie i przestępczość mniej więcej o tyle.
      Policja ma się czym chwalić :)
      pokaż całość

      +: lavinka
    • więcej komentarzy (4)

  •  

    18 listopada 2018, Bielsko-Biała, ul. Młyńska, godz. 1.50 - Co najmniej dwa rozbite samochody, skoszone słupki i rozbita szyba w drzwiach bloku to bilans nocnej szarży samochodem osobowym ulicami Bielska-Białej. W związku ze zdarzeniami w bezpośrednim pościgu naczelnik bielskiej drogówki zatrzymał mężczyznę. Zatrzymany był bardzo pobudzony i agresywny. – Ledwo co wyszedłem, a wy znowu „robicie mi koło płotu” – dyskutował z policjantami. – Siedziałem za dragi. – dodał. Grupa dochodzeniowo-śledcza zabezpieczyła ślady. Więcej: http://www.bielsko.biala.pl/nasygnale/aktualnosci/38911/uciekajac-zgubil-buty-mezczyzne-zatrzymal-naczelnik-drogowki-foto

    #bielskobiala #policja #wrd #kolizja #samochody #kierowcy #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: DSC_1558.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    W swoim życiu czytałam o wielu przerażających zbrodniach i zagłębiałam się w mnóstwo przyprawiających o gęsią skórkę historii, ale żadna z nich nie wzbudziła we mnie takich emocji jak to gdy w 2015 roku pierwszy raz usłyszałam o tym, co zrobił ten człowiek. Sprawa była dość medialna, do opinii publicznej zostało podane sporo informacji, jednak od początku nie chciałam znać jej szczegółów. Bardzo ciężko było mi słuchać wywiadu z ofiarą, oczyma wyobraźni widzieć łzy za jej przeciwsłonecznymi okularami.

    Myślałam, że tej sprawy nie dam rady opisać. Próbowałam nawet się do tego zmusić, ale za każdym razem przyprawiała mnie to o takie mdłości i ścisk w gardle, że ze względu na swoje zdrowie psychiczne postanowiłam nie robić nic na siłę. Najwyraźniej dzięki pisaniu poprzednich postów moje podejście do zbrodni i odporność psychiczna uległy zmianie i dziś już z większym spokojem mogłam przygotować poniższy tekst. Chyba zaczynam rozumieć podejście ludzi, którzy zawodowo zajmują się morderstwami, zbrodniami, sekcjami zwłok itp. To nie jest tak, że człowiek staje się bezuczuciowy i zimny, raczej jego podejście staje się bardziej profesjonalne, w miarę zdobywania doświadczeń i przywykania do pewnych widoków odcina się od większości emocji związanych ze swoim zawodem. Wydaje mi się to naturalną koleją rzeczy.

    • • •

    GRZEGORZ PILARSKI, rocznik '71

    Grzegorz (zdjęcie) mieszkał wraz ze schorowaną matką i bratem w niewielkiej kawalerce na osiedlu Tysiąclecia w Gnieźnie (woj. wielkopolskie). Jako starszy z synów dominował nad resztą domowników, a robił to głównie siłą i groźbami. Był znany w okolicy jako miejscowy awanturnik, bywał agresywny szczególnie po alkoholu i trzymał się w towarzystwie osób, posiadających na swoim koncie pobyty w zakładach karnych. Sam wielokrotnie odbywał kary pozbawienia wolności, między innymi za oszustwa, przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, rozboje, groźby karalne czy pobicie swojej konkubiny, która zaginęła bez śladu w 2012 roku — ale o tym napiszę już na samym końcu. Pilarski spędzał czas głównie na piciu alkoholu z kolegami i bratem pod blokiem, a w zimniejsze dni — w piwnicach. Mieszkańcy bali się go, częstowali papierosami lub "ratowali złotóweczką" dla świętego spokoju.

    W sąsiednim bloku przy ulicy Budowlanych od niedawna zamieszkała 23-letnia Milena * (zdjęcie) wraz z rodzicami, partnerem (zdjęcie) i kilkuletnią córką (zdjęcie).

    Z chłopakiem nie układało jej się najlepiej, a sąsiedzi opowiadali, że kłótnie były na porządku dziennym. Ich zdaniem matką była dobrą, normalną, która zajmuje się swoją córką. Często widywali ją popołudniami z małą w piaskownicy lub na spacerze.

    Według jednego źródła młoda kobieta szukała pocieszenia, przeżywała kryzys, w trakcie którego poznała swojego 44-letniego sąsiada. Według drugiego — Milena bardzo spodobała się Pilarskiemu, jednak odrzuciła jego zaloty, co go rozwścieczyło. Po krótkiej znajomości doszło do sprzeczki, po której mężczyzna zamknął się z Milena w swoim mieszkaniu, schował klucze i bił ją po głowie. Włożył jej także palec do oka. W końcu jej matka wezwała policjantów, którzy zagrozili wyważeniem drzwi. Po uwolnieniu kobieta powiedziała mundurowym, że nic złego się nie stało, nie złożyła także zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. Mimo to postanowiła zerwać kontakty z Pilarskim, co bardzo mu się nie spodobało. Zaczął nachodzić jej rodzinę, wielokrotnie groził im śmiercią, dobijał się do drzwi i żądał spotkania z dziewczyną.

    27 października 2015 roku, czyli dwa tygodnie po wypuszczeniu z mieszkania, 23-latka znów spotkała się z Pilarskim. Mężczyzna organizował libację alkoholową w jednej z blokowych piwnic. Po zakończeniu imprezy, gdy wszyscy znajomi się rozeszli, ściągnął tam kobietę pod pretekstem pokazania jej czegoś, a gdy znaleźli się już na miejscu nie chciał jej wypuścić. Zaczął bić, łamiąc jej przy tym zatokę szczękową i kilka zębów. Dusił, przez co straciła przytomność. Był wściekły za to, że w ostatnich dniach go unikała, a gdy przychodził pod drzwi mieszkania, jej rodzice wzywali policję. Mówił, że z nim się tak nie pogrywa, po czym brutalnie zgwałcił. Następnie kciukami, z pełną siłą wcisnął jej gałki oczne w głąb czaszki, przez co złamał ściany oczodołów, spowodował krwotok wewnętrzny i stale oślepił. • Jeżeli ktoś chce znać szczegóły obrażeń to screen z opisu wrzuciłam w komentarzach (1). • Omdlałą z bólu związał sznurem, zakneblował i zamknął w stęchłej piwnicznej komórce. Nazajutrz półprzytomną znów pobił i zgwałcił, następnie już kompletnie ślepą zaprowadził do swojego mieszkania, gdzie ją przetrzymywał przez kilka dni. Kobieta leżała na wersalce i wymiotowała, a Pilarski podawał jej tylko wodę do picia. Ponownie zgwałcił ją i ciągnął za włosy. W mieszkaniu składającym się tylko z jednego pokoju i kuchni przebywała w tym czasie jego matka oraz brat, jednak żadne z nich nie udzieliło cierpiącej kobiecie pomocy. Rodzina jadła, oglądała telewizję, rozmawiała, bracia nawet wspólnie pili alkohol i spali, gdy w tym samym pomieszczeniu leżała zakrwawiona i obolała Milena.

    Kobieta obiecała swojemu oprawcy, że jeżeli ją wypuści nie powie nikomu, co się stało, on jednak pozostawał niewzruszony na jej prośby. W końcu do mieszkania zapukał dzielnicowy, któremu mężczyzna nie otworzył, jednak w obawie o konsekwencje po trzech dniach wypuścił dziewczynę i odprowadził pod jej klatkę schodową.

    29 października drzwi otworzyła jej matka. Milena płakała, miała opuchnięte oczy, a po policzkach ciekła jej krew. Mówiła, że nic nie widzi. Trafiła do gnieźnieńskiego szpitala, a następnie została przetransportowana karetką do Poznania.

    Rokowania od początku były beznadziejne — nie ma możliwości by uratować wzrok pokrzywdzonej. Jeżeli pomoc zostałaby udzielona niezwłocznie po uszkodzeniu oczu, szanse na uratowanie zdolności widzenia byłyby większe, jednak uwzględniając charakter zadanych obrażeń i tak byłyby niepewne.

    Dziewczyna była w stanie ciężkiego szoku pourazowego, nie chciała powiedzieć nic na temat swojego kilkudniowego zniknięcia. Lekarz był przerażony stanem pacjentki, nie miał też wątpliwości, że ma do czynienia z przemocą, dlatego bezzwłocznie zawiadomił policję.

    Jeszcze 30 października Pilarski groził rodzinie Mileny, a następnego dnia został już zatrzymany. Pił piwo z kolegami pod sklepem, nie stawiał oporu, był spokojny i opanowany. Podczas przesłuchania bardzo mało i ostrożnie mówił. Twierdził, że żałuje, ale nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego to zrobił. Przyznał się do wszystkich zarzutów, oprócz gwałtów, twierdził, że kobieta dobrowolnie zgodziła się uprawiać z nim seks.

    . . .

    Mężczyźnie postawiono kilka zarzutów, między innymi zgwałceń ze szczególnym okrucieństwem, przestępstw pozbawienia wolności połączonego ze szczególnym udręczeniem, przestępstw przeciwko czci i nietykalności cielesnej, spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz używanie gróźb karalnych. Po jakimś czasie zmieniono zarzuty przyjmując, że kilka z tych przestępstw popełnionych zostało w warunkach recydywy.

    . . .

    Podczas śledztwa wielokrotnie zmieniał swoje tłumaczenia. Podejrzany został poddany obserwacji psychiatrycznej i według opinii biegłych podczas zbrodni był poczytalny.

    21 października 2016 roku ruszył proces. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) Pilarski przyznał się do sześciu z siedmiu stawianych mu zarzutów, znów zaprzeczył jedynie zgwałceniu kobiety. Pokrzywdzona ze względu na swój stan psychiczny nie pojawiła się w sądzie.

    Obrońca oskarżonego wniósł o wyłączenie jawności rozprawy, tłumacząc to drastycznymi okolicznościami sprawy. Na utajnienie procesu nie zgodziła się jednak prokurator, dlatego pozostał jawny.

    Według biegłych siłę, z jaką oskarżony wciskał gałki oczne, można porównać do wystrzału korka od szampana. Była tak wielka, że złamaniu uległy ściany oczodołów, dlatego lekarz stwierdził, iż nie było absolutnie szans na odzyskanie wzroku. Dodał, iż kobiecie od razu po zdarzeniu powinno się udzielić specjalistycznej pomocy połączonej z podaniem silnych leków przeciwbólowych.

    Ucisk na gałki oczne to było wykorzystywane jako form tortur w średniowieczu, nawet powodująca zgon ofiar.

    — stwierdził biegły.

    Mężczyzna wyraził skruchę, żałował oślepienia Mileny, jednak sędzia uznała, że to tylko próba złagodzenia wyroku, a nie szczera reakcja. Powołała się na opinię psychologów i psychiatrów, ale nie chciała mówić o szczegółach, bo lekarska diagnoza była niejawna. Powiedziała jednak:

    Nie jest w stanie współczuć, odczuwać żalu. Nie ma perspektyw, by skazany mógł swoje zachowanie zmienić.

    Wysoki poziom demoralizacji, kolejne wyroki i pobyty w więzieniu niczego go nie nauczyły. Budził postrach wśród sąsiadów.

    To czyn okrutny. Ofiara miała 23 lata i całe życie przed sobą. Nigdy nie zobaczy swojego dziecka, nie zobaczy, jak dorasta, idzie do szkoły.

    . . .

    10 listopada odbyła się następna rozprawa. Przed sądem zeznawał m.in. biegły lekarz, który odniósł się do działań Pilarskiego, który przemywał oczy kobiety wodą z rumiankiem, co mogło jeszcze bardziej jej zaszkodzić. Mówił także o innych obrażeniach, których doznała pokrzywdzona, co do których nie mieli wątpliwości, że musiały powstać w wyniku co najmniej kilku uderzeń otwartą dłonią lub zaciśniętą pięścią. (klik)

    . . .

    27 lutego 2017 roku zapadł wyrok, którego odczytanie zajęło sądowi aż kilkanaście minut. Oskarżony prosił o łagodną karę ze względu na ciężką sytuację osobistą.

    • Za uderzenie Mileny i włożenie jej palca do oka (art. 217. § 1.), co było działaniem w recydywie (art. 64. § 1.), został skazany na rok więzienia, 5 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m.

    • Za jej uwięzienie (art. 189 § 1 kk) został skazany na 2 lata pozbawienia wolności, 5 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m.

    • Za wielokrotne grożenie pokrzywdzonej oraz jej najbliższym (art. 190 § 1 kk), co było czynem popełnionym także w recydywie (art. 64. § 1.), został skazany na 2 lata 6 miesięcy pozbawienia wolności oraz 5 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m.

    • Za pozbawienie wolności, które łączyło się ze szczególnym udręczeniem (art. 189 § 3 kk w zw. z § 1 kk), spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci pozbawienia wzroku (art. 156 § 1 pkt 1 kk), kilkukrotne (art. 11 § 2 kk) zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem (art. 197 § 4 kk w zw. z § 1 kk), co było działaniem w tzw. multirecydywie (art. 64 § 2 kk) został skazany na 15 lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 m., 10 lat pozbawienia praw publicznych oraz zadośćuczynienie za doznaną krzywdę poprzez zapłatę na rzecz pokrzywdzonej kwoty 200 tys. zł.

    Orzeczona kara łączna za ww. przestępstwa to 20 lat pozbawienia wolności, którą Pilarski będzie odbywać w systemie terapeutycznym, ze względu na zaburzenia osobowości i uzależnienie od alkoholu. Po wyjściu z więzienia będą stosowane środki zabezpieczające w postaci elektronicznej kontroli miejsca pobytu oraz terapii. Wyrok nie był prawomocny.

    Wszystkie okoliczności wskazują, że oskarżony wykazuje wysoki poziom demoralizowania. Wieloletnie pobyty w zakładzie karnym nie nauczyły go właściwie niczego. Po odbyciu jednej kary wychodził na wolność, budził postrach wśród sąsiadów. Ludzie boją się mówić o tym, co było udziałem oskarżonego. Linia życiowa oskarżonego była taka, a nie inna, bo sąd ujawnił materiały z innych postępowań Prokuratury Rejonowej w Gnieźnie, które dotyczyły aktów przemocy, jakich oskarżony miał się dopuszczać wobec swojej poprzedniej partnerki. Te akty przemocy, które są w tamtej sprawie zapisane, wskazują na niepoprawność oskarżonego. Sąd uznał, że przy tym natężeniu okoliczności obciążających, przy niepoprawności, recydywie, opinii psychiatrów i psychologa, z których wynika brak perspektyw na zmianę postępowania, tylko najwyższy wymiar kary jest adekwatny do okoliczności.

    - mówiła sędzia. Podobno Pilarski groził oślepieniem także swojej poprzedniej partnerce.

    (klik)
    (klik)

    . . .

    Obrońca oskarżonego złożył apelację po ogłoszeniu wyroku, a 4 lipca odbyła się ostatnia rozprawa. Po zapoznaniu się z opinią strony skarżącej, a więc prokuratora rejonowego oraz pełnomocnika oskarżonej, sąd nie uznał argumentacji zawartej w apelacji za wystarczającą i podtrzymał wyrok Sądu Okręgowego, uzasadniając to tym iż mężczyzna jest wielokrotnym recydywistą, który dalej może szkodzić społeczeństwu. Tym samym 46-letni obecnie Grzegorz P. spędzi w więzieniu 20 lat.

    . . .

    klik <- reportaż UWAGI na ten temat

    . . .

    Po reportażu UWAGI ze stanowiska Prokuratora Rejonowego w Gnieźnie odwołano Piotra Gruszkę. Uznano bowiem, że nie wyjaśnił on wszystkich okoliczności sprawy, m.in. nieudzielenia pomocy pokrzywdzonej przez osoby znajdujące się w mieszkaniu. Prokurator krajowy Bogdan Świeczkowski mówił:

    Podstawą podjęcia takiej decyzji były błędy, do jakich doszło w toku postępowania prowadzonego przez prokuraturę rejonową w Gnieźnie. W toku postępowania prokurator nie wyjaśnił wszechstronnie okoliczności sprawy, w tym w szczególności okoliczności związanych z nieudzieleniem pomocy Milenie W. przez członków rodziny Grzegorza P., którzy w czasie zdarzenia przebywali w mieszkaniu.

    . . .

    W lutym 2018 roku gnieźnieńska prokuratura postawiła 42-letniemu bratu Pilarskiego zarzut nieudzielenia pomocy pozbawionej wówczas wolności przez swojego brata Grzegorza P. Milenie W., która znajdowała się w położeniu grożącym jej bezpośrednim niebezpieczeństwie poniesienia uszczerbku na zdrowiu. Mężczyzna nie przyznał się do winy, ponadto twierdził, że nie miał pojęcia o zaistniałej sytuacji, bo długo pracował i nie było go w mieszkaniu.

    W czerwcu miał ruszyć proces, na którym oskarżony pojawił się pijany. Sąd wezwał policjantów, którzy przeprowadzili badanie alkomatem, po którym okazało się, że ma około 1. promila alkoholu we krwi. Została zastosowana wobec niego kara porządkowa za uchybienie powagi sądu i mężczyzna trafił do aresztu na siedem dni.

    Na jednej z rozpraw Paweł P. (zdjęcie) (zdjęcie) składał wyjaśnienia:

    Widziałem, że miała oczy wduszone, teraz już to wiem, ale wtedy nie wiedziałem. Myślałem, że została pobita. Zjadłem coś i poszedłem do apteki kupić coś na te oczy, jakieś krople. Jak wróciłem, to podałem bratu te opatrunki, a ja się wykąpałem i poszedłem spać. Na drugi dzień, jak wróciłem, to brata z nią już nie było.

    Z kolei poszkodowana zeznawała:

    Nie przypominam sobie, by on kupował jakieś krople. W domu nie był cały czas, przychodził wieczorami i było go słychać. Policja, kiedy była pod drzwiami, to ich nie otwierali. Pamiętam, że był w domu i jak leżałam to wtedy na pewno pili. Na pewno widział, że byłam zakrwawiona, bo miałam białą bluzę i była cała we krwi.

    klik <- tutaj jest relacja z pierwszej rozprawy

    22 października odbyła się następna rozprawa, której streszczenie znajdziecie tutaj.

    Matka Pilarskiego prawdopodobnie nie usłyszy zarzutów. Kobieta cierpi na chorobę psychosomatyczną. Kontakt z nią jest utrudniony, przez co mogła nie być świadoma tego, co działo się w mieszkaniu w październiku 2015 roku. Opinię w tej sprawie wydadzą jeszcze powołani biegli.

    Na początku listopada 2018 zapadł wyrok w sprawie Pawła P. — 3 miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności, 9 miesięcy ograniczenia wolności, podczas których będzie wykonywał prace społeczne w ilości 40 godzin w miesiącu. Ponadto, jest zobowiązany do zapłacenia kwoty 30 tys. zł zadośćuczynienia Milenie W. Jest to kwota niższa od postulowanej przez oskarżyciela posiłkowego, ale wyższa od tej proponowanej przez prokuratora. Paweł P. ma także zwrócić Milenie W. koszty wynajęcia pełnomocnika. Wyrok nie jest prawomocny.

    . . .

    Zaginiona Wioletta Tepper (2) (zdjęcie) ostatni raz widziana była w 2012 rok na terenie Gniezna, Poznania oraz Pomorza. Od tej pory nie odzywa się ani do matki, ani do nastoletniej córki. (klik)

    Przed zaginięciem żyła w konkubinacie z Grzegorzem Pilarskim. Mężczyzna wielokrotnie ją bił, katował i wybijał zęby. Ogolił jej też głowę na łyso — na zdjęciu opublikowanym przez policję jest w peruce. Kobieta często szukała pomocy u sąsiadów, którzy pozwalali jej się u siebie obmyć z krwi, wzywali pogotowie i policję.

    W postępowaniu prowadzonym przez Prokuraturę Rejonową w Gnieźnie Pilarski był jednym z podejrzanych o zabójstwo swojej konkubiny. Zabrakło jednak dowodów, by go skazać, a sprawa została w końcu umorzona. Jednak po kilku latach akta postępowania zostały dołączone do akt w sprawie zgwałcenia, oślepienia oraz uwięzienia Mileny. Połączenie wątku zaginięcia Wioletty Tepper i sprawy Mileny miało dać pełen obraz profilu psychologicznego oskarżonego.

    Nie znalazłam informacji na temat dalszego śledztwa w tej sprawie. Kobieta do dzisiaj pozostaje osobą zaginioną, nie wiadomo także czy została zamordowana, czy uciekła przed swoim oprawcą.

    klik <- reportaż na ten temat

    . . .

    * ofiara zdecydowała się nie ukrywać swojej tożsamości. Mecenas reprezentujący pokrzywdzoną mówił:

    Gwałt to temat tabu. Wstydliwy. Gdy kobieta mówi o gwałcie, naraża się na pytania w rodzaju: a dlaczego nie uciekła, a po co się z nim zadawała, a może sama z nim poszła? Zgwałcone kobiety często wolą więc nawet nie wspominać nikomu o tym, co się stało. Duszą to w sobie latami. A jeśli już zdecydują się złożyć zeznania i sprawa zaczyna się toczyć, to chcą wyłączenia jawności. Nie znam przypadku, by było inaczej. Myśmy postanowili to zmienić. Choć ona zdaje sobie sprawę, że emocjonalnie będzie ją to bardzo dużo kosztować, postanowiła się z tym zmierzyć. Uznała, że trzeba skończyć ze wstydem ofiary. Niech się wstydzi oskarżony.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku, który dostałam od Sądu Okręgowego w Poznaniu oraz z wyroku Sądu Apelacyjnego w Poznaniu, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

    Informację z prasy, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stad, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Tym razem informacje do wpisu czerpałam nie tylko z artykułów z prasy, ale głównie z zanonimizowanego wyroku i jego uzasadnienia, który dostałam od Sądu Okręgowego w Częstochowie.

    Mam zamiar ubiegać się o wszystkie skany wyroków spraw, o których będę w przyszłości pisała na hasztagu rejestrzboczeńców. To na pewno zwiększy ilość faktów zawartych w opisywanych przeze mnie historiach i ludziach, ale także łączy się z większą ilością pracy, co będzie skutkowało mniejszą częstotliwością wpisów. Postaram się jakoś pogodzić pisanie z obowiązkami z życia poza-internetowego, chociaż w przypadku dzisiejszego wpisu, który tworzyłam na podstawie kilku artykułów internetowych oraz 72. kartek wyroku - nie było łatwo! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    . . .

    A... Chciałam jeszcze podziękować za każde miłe słowo odnośnie mojej działalności na Wykopie, każdą ciekawą dyskusję pod moimi wpisami, każde niecierpliwe wyczekiwanie, każdą sugestię co, jak, o kim czy o czym pisać - to mega motywuje i uczy.

    A najbardziej dziękuję @IgorK za poprawianie moich błędów w "około sądowym" słownictwie (dzięki niemu w końcu wiem, że PODEJRZANY SKŁADA WYJAŚNIENIA, A NIE ZEZNAJE!) oraz @TerazMnieWidac za czuwanie nad moim laictwem w kwestiach poprawnego pisania.

    Tego tekstu nikt mi nie sprawdzał, także sorka za ewentualne błędy. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    . . .

    Ostrzegam, że w poniższym tekście są dość obrzydliwe opisy aktów seksualnych (a przynajmniej mnie obrzydzają ( ͡° ʖ̯ ͡°) ). Nie chciałam ani przepisywać, ani pisać po swojemu wielu z nich, dlatego dla bardziej ciekawskich w komentarzach wrzucam fragmenty screenów, które dostałam. Przyszły do mnie już ocenzurowane, jednak postanowiłam je jeszcze bardziej zanonimizować i zamiast inicjałów ofiar zostawiłam tylko po jeden literze, od której zmyśliłam ich imiona. Nie chciałabym by ktokolwiek wystalkował pokrzywdzone dziewczyny lub kogoś z rodziny sprawców (dlatego m.in. nie podałam płci dziecka oskarżonej).

    . . .

    Ok, można już wstawiać cysternę czaju i rozsiadać się wygodnie do czytania.

    • • •

    JACEK "MAGILLA" SZYMONIK, rocznik '65

    Szymonik był dobrze znany w Blachowni - małym mieście pod Częstochową (woj. śląskie), gdzie od wielu lat mieszkał wraz z żoną i już dorosłym synem lub dorosłą córką. Okoliczni mieszkańcy śmiało nazywali go gangsterem, a on sam miał już na swoim koncie kilka wyroków, którymi został między innymi skazany za przestępstwa przeciwko mieniu, dokumentom, broni, amunicji czy przestępstwa z ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. W 2009 roku zasiadł na ławie oskarżonej wraz z innymi członkami tak zwanej mafii paliwowej, która trudniła się handlowaniem mieszanym paliwem i oszustwami podatkowymi. (klik)

    Długo przed swoim ostatnim wyrokiem był podejrzany o odurzanie dziewcząt w wieku 16-19 lat i filmowanie ich w pornograficznych ujęciach. Mężczyzna chwalił się swoim bogactwem wśród nastolatek, proponował pomoc w zrobieniu kariery w modelingu. Ostentacyjnie wyjmował przy nich grube pliki pieniędzy, dawał prezenty i grał dobrego wujka. Potem gdy uznał, że dziewczyny są już z nim zaprzyjaźnione, zapraszał do domu, częstował narkotykami i gwałcił przy włączonych kamerach. (klik)

    W 2010 roku otrzymywał kilkukrotnie przerwy w wykonywaniu kary, natomiast na początku 2011 roku został przedterminowo zwolniony z więzienia. Powodem była choroba wątroby. Mężczyzna cierpiał także na cukrzycę i przewlekłe zapalenie wątroby typu C (WZW).

    Podczas jednego ze zwolnień w odsiadywaniu kary, we wrześniu 2010 roku pod pretekstem urządzenia domówki, zaprosił do siebie 17-letnią Ewelinę *, którą od dłuższego czasu podrywał i usiłował doprowadzić do spotkania poprzez naciskanie na ich wspólną znajomą - starszą kuzynkę nastolatki. Zawiózł dziewczyny do hotelu, gdzie poczęstował licealistkę drinkiem, po którym straciła przytomność. Obudziła się leżąc w drugim pokoju, całościowo ubrana, jednak z lekko zsuniętymi spodniami. Szymonik przyniósł otumanionej dziewczynie pizzę i wręczył prezenty - telefon komórkowy, buty i ubrania, po czym odwiózł do domu.

    . . .

    Ewelina pochodziła wielodzietnej rodziny, gdzie najmłodsze z piątki dzieci miało zaledwie 5 lat. Matka była bezrobotna, a ojciec opuścił rodzinę i nie utrzymywał z nimi kontaktu. Nastolatka wagarowała i niejednokrotnie powtarzała klasę. Według psychologów poziom jej rozwoju wskazywał na pogranicze upośledzenia umysłowego.

    . . .

    Kilka dni później, podjechał do idącej przez ulicę Eweliny i zaproponował odwiedzenie go w jego mieszkaniu, co argumentował posiadaniem filmów z jej udziałem, które rzekomo nagrał, gdy była nieprzytomna. Jakiś czas później czekał na nią pod szkołą, chociaż nigdy wcześniej nie mówiła mu gdzie się uczy. Zastraszona nastolatka wsiadła do auta Szymonika i z nadzieją na odzyskanie nagrania, pojechała z nim do jego mieszkania w Częstochowie. Na miejscu mężczyzna podał jej do picia napój, po którym ponownie straciła świadomość. Dopiero wtedy mężczyzna nagrał stosunek, który ponownie odbył z nieprzytomną 17-latką. Dziewczyna ocknęła się ubrana w pustym mieszkaniu, nie pamiętając niczego co się zdarzyło i czym prędzej uciekała.

    Przy następnym spotkaniu odtworzył jej prawie godzinne nagranie z ich udziałem i zagroził pokazaniem filmu rodzicom nastolatki, a w zamian za odstąpienie od tego zamiaru zażądał sprzątania i gotowania w jego mieszkaniu. Szantażowana dziewczyna zgodziła się i zaczęła przez kilka godzin, od poniedziałku do czwartku pracować u swojego oprawcy. Podczas wykonywania prac domowych Szymonika nie było w mieszkaniu, więc czasami dziewczynie pomagała jej przyjaciółka Dominika.*

    . . .

    Dominika poznała rok starszą Ewelinę w gimnazjum w Blachowni. 16-latka pochodziła z malej miejscowości, gdzie mieszkała razem z siostrą, mamą i ojcem, który często się awanturował i nadużywał alkoholu. Nastolatka ma krótszą jedną rękę, a według psychologów jej sprawność intelektualna kształtowała się poniżej przeciętnej.

    . . .

    Podczas jednej z takich wizyt w mieszkaniu pojawił się Szymonik. Mężczyzna zagaił dziewczyny i poczęstował herbatą, po której stały się otępiałe, a na otaczającą je rzeczywistość reagowały z opóźnieniem. Mężczyzna, wykorzystując ich nieświadomość, odbył z obiema stosunki seksualne.

    Do następnego spotkania doszło na przełomie listopada i grudnia 2010 roku, a uczestniczył w nim także 44-letni Wojciech S.

    . . .

    Wojciech S. od 14 lat był w związku partnerskim, nie ma dzieci. Ma wykształcenie zawodowe, jest górnikiem, utrzymywał się jednak z prac dorywczych.

    . . .

    Cała czwórka piła wspólnie szampana, aż Szymonik zaproponował Ewelinie narkotyki, na co nastolatka przystała. Powyżej łokcia zawiązała sobie pasek od szlafroka, a Jacek wstrzyknął w jej żyłę przezroczystą substancję. Wojciech S. także zaaplikował sobie narkotyk, jednak Dominika zdecydowanie odmówiła. Obecni usilnie namawiali 16-latkę, aż w końcu siłą go jej zaaplikowali. Następnie, Jacek Sz. polecił dziewczynom się wykąpać. Po wyjściu z łazienki ponownie wstrzyknął im substancję, kazał się rozebrać i włożyć pończochy. Nastolatki były odurzone i co chwilę traciły świadomość, a mężczyźni wykorzystując ich stan rozkazali się im wspólnie dotykać, lizali je po narządach płciowych, a Szymonik odbył stosunek płciowy zarówno z Eweliną, jak i z Dominiką. Mężczyzna wiedział, że jest zarażony wirusem WZW, jednak mimo to nie używał prezerwatywy. Po stosunku, młodsza z dziewcząt uciekła do toalety i chciała jak najszybciej wrócić do domu, co rozwścieczyło gospodarza, który wyrzucił ich z mieszkania i kazał wracać pieszo.

    Następnego dnia Jacek zadzwonił do Eweliny by przekazała Dominice informacje, że jest w posiadaniu nagrań z jej udziałem.

    Na początku 2011 roku, Ewelina zaproponowała Dominice udanie się z nią do mieszkania Szymonika w Częstochowie, zapewniając, że mężczyzny nie będzie wtedy w domu. Dziewczyna przystała na propozycje znajomej, jednak na miejscu okazało się, że gospodarz także się pojawił. Pomimo nalegań i gróźb mężczyzny, młodsza z dziewczyn nie skorzystała z propozycji zażycia narkotyków i uciekła.

    Ewelina zażywała środku odurzające, nawet gdy sama udawała się do mieszkania. Z jej zeznań wynika, że Jacek Sz. zmuszał ją do tego, a ona w obawie przed upublicznieniem nagrań zgadzała się na wszystko, co proponował. Mężczyzna samodzielnie aplikował jej narkotyki. Pewnego razu usiłowała uniknąć wkłucia się w żyle i odsunęła rękę, wtedy Szymonik uderzył ją w twarz. Po wszystkim zgwałcił nastolatkę szepcząc jej do ucha, że warto być grzeczną dziewczynką.

    . . .

    Mieszkanie w Częstochowie Szymonik wynajął by jego dawna kochanka Ksenia miała gdzie zamieszkać gdy opuści mury więzienia.

    KSENIA ANTES, rocznik '80

    Antes jest rozwiedziona od 2009 roku i ma jedno dziecko w wieku 6 lat, którym prawnym opiekunem jest matka Kseni.

    Od listopada 2008 roku odbywała karę roku i 6. miesięcy pozbawienia wolności za m.in. znęcanie się nad swoją matką oraz dzieckiem (dla ciekawskich to dokładnie za: 207 § 1 kk, 157 § 2 kk, 210 § 1 kk, 160 § 2 kk w zw. z art. 11 § 2 kk). Szymonik odwiedzał Ksenię w więzieniu i często rozmawiali przez telefon.

    W marcu 2011 roku Antes wyszła z zakładu karnego i zamieszkała w mieszkaniu swojego dawnego kochanka. Po kilku dniach zadzwoniła do Eweliny przedstawiając się fałszywym imieniem, zaproponowała spotkanie oraz pomoc w rozwiązaniu sprawy szantażowania jej przez Szymonika. Jednak w umówionym miejscu pojawili się razem, a Ksenia groziła nastolatce, że jeżeli chce mieć z nią dobre relacje ma robić to, czego ona od niej żąda. Następnego dnia kazała stawić się dziewczynie w mieszkaniu, gdzie ustawiła kamerę, do której kazała nastolatce oświadczyć, że lubi ćpać. Po zakończeniu nagrania kazała wstrzyknąć jej sobie w żyły przezroczystą substancję oraz dała jej do połknięcia małą, białą tabletkę, po której zamroczoną, wspólnie z Szymonikiem gwałciła. Do takich spotkań dochodziło wielokrotnie, a gdy nastolatka odmawiała wykonania jakiś czynności seksualnych lub nie chciała mówić, co podnieca ją w Kseni, była bita rekami po twarzy czy drewnianą łyżką po stopach.

    W końcu Antes zażądała pojawienia się w mieszkaniu także Dominiki. Na miejscu zaaplikowała dziewczynom narkotyki, kazała wziąć przyrznic i położyć się w łóżku. W sypialni pojawiła się naga wraz z Szymonikiem i zażądała od przestraszonej i otumanionej młodszej z dziewczyn włożyć sobie wibrator do pochwy. Następnie mężczyzna zgwałcił nastolatkę, mimo jej płaczu i próśb. Gdy któraś odmawiała wykonywania jego poleceń bił je z całej siły w twarz, co je trochę ocuciło i wywołało jeszcze większy lament. Mimo tego kazał im wzajemnie wkładać sobie wibratory do pochwy. Zapłakane dziewczyny, w końcu uciekły do łazienki i zostały wyrzucone z mieszkania. Otumanione, krążyły po mieście aż do świtu obiecując sobie, że już więcej nie pojawią się w tym mieszkaniu.

    Szantażowana ujawnieniem nagrań z jej udziałem, Ewelina wciąż posłusznie zjawiała się w częstochowskim mieszkaniu na każde żądanie Jacka lub Kseni. Kobieta często gwałciła nastolatkę be udziału Szymonika, kazała całować i dotykać ją po narządach płciowych, używać wibratorów. Raz zakleiła dziewczynie usta, owinęła taśmą nogi i ręce, a następie biła po twarzy i pośladkach.

    Wszelkie próby zerwania kontaktów z oprawcami spełzły na niczym. Nie pomogły nawet zmiany numerów telefonów przez nastolatki.

    . . .

    Około maja 2011 roku Szymonik zaczepił na ulicy 14-letnią Paulinę * pytając o jej miejsce zamieszkania.

    . . .

    Paulina pochodziła z rodziny o ciężkiej sytuacji materialnej. W domu odcięto dopływ wody, warunki mieszkaniowe były bardzo złe, a jedynymi źródłami utrzymania była pomoc z MOPS-u i prace dorywcze ojczyma nastolatki. Biologiczny ojciec Pauliny opuścił rodzinę gdy ta miała 10 lat, nie płacił także alimentów, za co odsiadywał wyrok. Z aktualnym partnerem jej matka miała troje dzieci w wieku od 4 lat do 4 miesięcy, a z poprzednich związków również troje w wieku od 16 do 5 lat. Rodzina, wraz z ojcem i bratem ojczyma Pauliny mieszkali w Częstochowie. Dziewczyna miała przyznanego kuratora, uczyła się źle, a według psychologów jej sprawność intelektualna kształtowała się na pograniczu upośledzenia.

    . . .

    Dziewczynka miesiąc temu poznała Jacka poprzez Ewelinę, dlatego się go nie bała. Jednak gdy ten razem z Ksenią zaczął czekać na nią pod szkołą, proponował wycieczki i prezenty, przestraszona nastolatka poskarżyła się swojemu ojczymowi i od tej pory rodzice zaczęli odprowadzać ją do szkoły.

    We wrześniu Jacek i Ksenia udali się do miejsca zamieszkania dziewczynki, by porozmawiać z jej ojczymem, z którym Szymonik odbywał kiedyś wyrok w tym samym więzieniu. Mężczyzna zaproponował, by Paulina zajmowała się dzieckiem Kseni i sprzątała jej mieszkanie, za co matka 14-latki miała otrzymywać po 100 zł. Pożyczył także opiekunom Pauliny pieniądze, które obiecali oddać, gdy ojczym dziewczynki znajdzie lepiej płatną pracę.

    Para zaczęli zabierać dziewczynkę na wycieczki, lody i usiłowali zbudować jej zaufanie. Ksenia zaprosiła ją do domu, ugotowała obiad i słuchała z nią muzyki. Podarowała także bieliznę, którą kazała założyć dziewczynce, a następnie robiła jej zdjęcia w wyzywających pozach. Dziewczynka za zgodą rodziców kilkukrotnie nocowała w mieszkaniu Jacka, zwykle spała w jednym łóżku z Ksenią, jednak do niczego pomiędzy nimi nie dochodziło. Do czasu. Pewnej nocy wspólnie zgwałcili dziewczynkę, grożąc, że jeżeli powie o tym komuś to źle się to dla niej skończy. Paulina próbowała krzyczeć i uciekać, jednak jej oprawcy zamknęli drzwi na klucz. Jeżeli ktoś chce znać szczegóły tych wydarzeń to screen opisu wrzuciłam w komentarzach (1).

    Po wszystkim Szymonik dał dziewczynce 100 złotych. Później Ksenia wielokrotnie do niej dzwoniła i proponowała spotkania, jednak ta za każdym razem stanowczo odmawiała. W końcu, we wrześniu 2011 roku Jacek i Ksenia czekali na Paulinę pod jej gimnazjum. Groźbami zmusili ją do wejścia do samochodu i zawieźli do swojego mieszkania. Podczas drogi Ksenia zadzwoniła do matki dziewczynki informując, że przebywa z nią oraz że odwiezie ją wieczorem do domu. Tego dnia także zgwałcili 14-latkę. Jeżeli ktoś chce znać szczegóły tych wydarzeń to screen opisu wrzuciłam w komentarzach (2). Tym razem dostała od oprawców 150 zł i prezenty.

    . . .

    Jesienią 2011 roku Ksenia Antes zadzwoniła do Dominiki i zażądała spotkania. Przestraszona dziewczyna przystała na to, jednak jedynie pod warunkiem, że kobiety zobaczą się w miejscu publicznym. Spotkały się w okolicach dworca w Częstochowie, gdzie Antes oświadczyła, że posiada nagrania z ostatniej wizyty nastolatek w mieszkaniu Szymonika. Poleciła dziewczynie pojawić się u siebie w sobotę wieczorem, by uzyskać więcej informacji. Przed zaplanowaną wizytą wielokrotnie dzwoniła do Dominiki, grożąc, że jeżeli nie wykona jej polecenia film z jej udziałem pokaże dyrektorowi szkoły, matce i chłopakowi nastolatki. W mieszkaniu zastała tylko Ksenię, która oświadczyła jej, że musi wykupić film poprzez spełnianie jej rozkazów. Kazała jej umyć się i przebrać w wcześniej przygotowaną bieliznę. Następnie, wraz z Szymonikiem zgwałciła nastolatkę. Mimo jej płaczów i próśb mężczyzna odbywał z nią stosunek analny, a Ksenia kazała zadowalać się oralnie. Jeżeli ktoś chce znać szczegóły tych wydarzeń to screen opisu wrzuciłam w komentarzach (3).

    Gdy dziewczyna wkładała buty i zbierała się do wyjścia, Szymonik powiedział, że ma przychodzić do nich co tydzień, a do Kseni dzwonić codziennie i pytać jak się czuje.

    Po tych wydarzeniach Dominika postanowiła nigdy więcej nie spotykać się z Ksenią i Jackiem, którzy mimo to usilnie naciskali na kontakt, wciąż wydzwaniali i nękali nastolatkę SMS-ami. Po wiadomości o treści

    odbierz ty suko bo twój chłopak dowie się o filmikach

    wyrzuciła i zniszczyła kartę sim. Spotkała się z Eweliną i zalewając się łzami pytała koleżankę, dlaczego ją w to wciągnęła. Starsza z nastolatek zwierzyła jej się, że dwukrotnie została wciągnięta przez Szymonika i Antes do samochodu i zgwałcona. Dziewczyny postanowiły pójść na policję, jednak zanim się na to zabrały oprawcy zostali aresztowani za sprawą gwałtu na 14-latce.

    . . .

    30 września Ksenia zadzwoniła do Pauliny i zapraszała do swojego mieszkania. Gdy dziewczynka odmówiła, kobieta zadzwoniła do jej matki, a ta skontaktowała się z córką. Wtedy 14-latka opowiedziała jej wszystko co wydarzyło się z udziałem Szymonika i Antes. Matka powiadomiła o słowach córki swojego partnera, jednak żadne z nich nie zgłosiło sprawy na policję. O dziwnych relacjach dziewczynki z dużo starszym mężczyzną poinformowała kuratora dopiero matka partnera matki Pauliny (mam nadzieję, że się nie pogubiliście ( ͡° ͜ʖ ͡°) ). Pracownik socjalny przeprowadził rozmowę z pokrzywdzoną i jeszcze tego samego dnia ona jak i jej rodzeństwo zostało odebrane matce i umieszczone w Ośrodku Opiekuńczym.

    . . .

    Jacek Szymonik, Ksenia Antes oraz Wojciech S. zostali zatrzymani. Żadne z nich nie przyznało się do zarzucanych im czynów oraz złożyli obszerne wyjaśnienia. Wobec nich został zastosowany środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na 3 miesiące.

    . . .

    Prokurator całej trójce postawił zarzuty. Prócz gwałtów Szymonikowi postawiono zarzut narażania poszkodowanych młodocianych kobiet na zarażenie chorobą zakaźną. Zostały przeprowadzone także badania psychologiczne oraz seksuologiczne.

    Biegli lekarze psychiatrii nie stwierdzili u Jacka Szymonika objawów choroby psychicznej ani cech upośledzenia umysłowego. Stwierdzili natomiast cechy osobowości nieprawidłowej i w przeszłości nadużywanie środków psychoaktywnych. Jego biologiczna siła popędu seksualnego znajduje się w granicach dolnej normy. Oskarżony w swoich zachowaniach wykazuje cechy dewiacyjne - oglądactwo, ekshibicjonizm, uczestnictwo w seksie grupowym, zachowania sadystyczne wobec uwodzonych partnerek. (...) Biegły u J.S. nie rozpoznał pedofilii jako preferowanego sposobu zaspokajania potrzeb seksualnych.

    Z kolei z opinii sądowo-seksuologicznej na temat Kseni Antes wynika, że jej potrzeby seksualne są dość wyraźne. W hierarchii potrzeb życiowych seks zajmuje u niej pozycję wysoką, przy czym uprawianie seksu samo w sobie jest tu ważniejsze niż związki uczuciowe z partnerami. K.A. nie jest osobą absolutnie pruderyjną. W miarę upływu lat i nabywania coraz to nowych doświadczeń seksualnych pojawiają się u niej tendencje do wyrafinowania seksualnego czy skłonności do poszukiwania nadzwyczajnych bodźców podniecających dla zwiększenia napięć emocjonalnych. Wyrafinowanie seksualne może wieść do opisanych w zarzucie zachowań dewiacyjnych, a konkretnie triolizmu i seksu grupowego (...). Jest to odmiana ekshibicjonizmu skojarzonego z oglądactwem z cechami sadomasochistycznymi. Stwierdzili także, że jej sprawność intelektualna mieści się w normie. Natomiast jej osobowość jest zaburzona, a ponadto jest uzależniona od środków odurzających.

    Z opinii seksuologa wynika, że Wojciech S. ma ograniczoną zdolność w odbywaniu stosunku dopochwowego, co jest potwierdzeniem rodzaju wykonywanych czynności seksualnych z pokrzywdzonymi. W zakresie ogólnej sprawności intelektualnej funkcjonuje on na poziomie normy, jednak jego osobowość funkcjonuje nieprawidłowo w sferze emocjonalno-motywacyjnej.

    . . .

    Według psychologa u Eweliny występują cechy niedojrzałości emocjonalnej i społecznej, spowodowane najprawdopodobniej niekorzystnym wpływem środowiska wychowawczego. Symptomy te mają postać nadmiernej drażliwości, chwiejności emocjonalnej, reaktywności, braku poczucia bezpieczeństwa. Niska jest zdolność tolerancji na stres i umiejętności radzenia sobie w sytuacjach trudnych. Nie potrafi przewidzieć skutków swoich zachowań i wyprowadzać praktycznych wniosków ze swoich doświadczeń. Przejawia niedojrzałe formy obronne. Ma niską samoocenę, poczucie niekompetencji, permanentny brak pewności co do swoich możliwości. Zależy jej na społecznej aprobacie, oczekuje od innych uczucia, uznania, akceptacji. W trakcie badania pozostawiała pod wpływem negatywnych czynników stresujących. Reaguje nadmierną czujnością i lękiem. Na tle przeżytej sytuacji pojawiają się myśli suicydalne. Przeżywa poczucie winy.

    Przemoc seksualna oparta była na wykorzystywaniu przez sprawcę swojej pozycji ekonomicznej, intelektualnej, emocjonalnej. Bardzo szybko potrafił uzależnić opiniowaną od siebie, również poprzez szantaż. Sprawca początkowo uwodził. Wybierał dziewczyny odrzucone, spragnione bliskości i miłości, z biednych rodzin, z problemami osobowościowymi i niskimi zasobami intelektualnymi. Stwarzał możliwości, przyciągał prezentami lub ich obietnicami.

    Biegła psycholog stwierdziła, że Dominika podczas badania reagowała nadmierną czujnością i lekiem. Ciężar odpowiedzialności spadł na niedojrzałą dziewczynę, która boryka się ze strachem, wstydem, poczuciem winy i skrzywdzenia oraz bezsilnością. Pojawiają się objawy stresu pourazowego w postaci koszmarów nocnych, ponownego przeżywania urazu we wspomnieniach, braku koncentracji i przygnębienia.

    Z kolei w opinii o Paulinie, czytamy, że w słabym stopniu ujawnia własne przeżycia i emocje, co wynika z jej możliwości intelektualnych oraz z obawy przed kompromitacją. Opiniowana wychowała się w niekorzystnej atmosferze rodzinnej (rozstanie rodziców, częste zmiany miejsca zamieszkania, niewłaściwe oddziaływania wychowawcze). W takiej rodzinie nie było możliwości zaspokojenia jej podstawowych potrzeb psychicznych, a mianowicie potrzeby bezpieczeństwa, miłości i akceptacji. Pozostawał w niej niedosyt związany z niezaspokojeniem powyższych potrzeb. Stąd łatwość z jej strony ulegania osobom, które mają choćby częściowo zaspokoić jej potrzeby. (...) Dziewczyna była wciągana w relacje seksualne poprzez stopniowe przełamywanie w niej poczucia wstydu - przebieranie w erotyczną bieliznę, robienie jej zdjęć. Sprawca aby zniewolić dziewczynę i przygotować do uległości podczas zachowań seksualnych stosował wobec niej przemoc fizyczną.

    . . .

    Matka Pauliny została pozbawiona praw rodzicielskich do córki.

    . . .

    W lutym 2012 roku zapadł wyrok.

    Jacek Szymonik za 7 czynów został skazany na 12 lat więzienia. Dodatkowo 15 lat zakazu zbliżania się do pokrzywdzonych dziewcząt na odległość 100 metrów.

    Ksenia Antes, której dowiedziono 6 przestępstw pomocnictwa w gwałtach i zastraszania, otrzymała także wyrok 12 lat oraz 10 lat zakazu zbliżania się do określonych osób na odległość 100 metrów.

    Wojciech S. za jeden gwałt zbiorowy miał odsiedzieć 3 lata.

    . . .

    W 2015 roku Szymonik otrzymał zwolnienie z odsiadywania kary, ze względu na swój stan zdrowia. Jednak do aresztu nie wrócił, a za oskarżonym został wysłany list gończy. (klik)

    Dopiero w maju 2018 roku został zatrzymany w Hiszpanii i przywieziono go do Polski. (klik)

    . . .

    * te imiona wymyśliłam na potrzebę tekstu

    • • •

    Niektóre z formacji, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #gwalt #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu #czestochowa #blachownia
    pokaż całość

    źródło: sz.jpg

  •  

    JOACHIM KNYCHAŁA - WAMPIR Z BYTOMIA

    Urodzony w roku 1952 Joachim Knychała nienawidził kobiet. Wychowywany przez matkę i babkę, doświadczył z ich strony wielu upokorzeń. Poczucie krzywd, których doznał kazało mu się mścić. Czarę goryczy przelało niesłuszne oskarżenie o gwałt na koleżance, którego nie popełnił.

    Pierwszy raz zaatakował w Bytomiu. Był rok 1974. Jego ataki przypominały te, których dokonał jego idol – „Wampir z Zagłębia”. Knychała grasował zawsze nocą. Śledził ofiarę, potem uderzał. Zawsze od tyłu, blisko jej miejsca zamieszkania.

    Pierwsze dwie zaatakowane kobiety przeżyły. Trzecia już nie miała tyle szczęścia, a każda kolejna zbrodnia wyzwalała w nim jeszcze większe pokłady nienawiści do płci pięknej. Uważał się za „łowcę”, a swoich ofiar szukał w tramwaju linii 6. Dało to nazwę grupie operacyjnej milicji („Szóstka”), która postanowiła schwytać psychopatę. Nadano mu przydomek „Wampir z Bytomia”, choć ze względów na obrażenia ciała jakie odnosiły zamordowane kobiety częściej mówiono o Knychale „Frankenstein”.

    Wiek i wygląd kobiet, które atakował nie miały dla niego żadnego znaczenia. Zwłoki kobiet porzucał w ustronnych miejscach. Zawsze były rozebrane, a sekcja zwłok wykazała, że gwałtu dokonywano już po ich śmierci.

    Szanował tylko swoją żonę Halinę. Wracał do niej po każdym morderstwie. Był wtedy spokojnym, czułym i kochającym mężem. Nikt nie wiedział, że Knychała miał także drugie, mordercze oblicze.

    W czerwcu 1979 roku zaatakował dwie małe dziewczynki. Zmasakrowane nagie ciała znaleziono w rowie. Ku zaskoczeniu funkcjonariuszy, jedna z nich cudem przeżyła. Nie potrafiła jednak wskazać swojego oprawcy.

    Zawsze bezbłędny Knychała sam „wystawił się” swoim łowcom. Po morderstwie kilofem swojej siedemnastoletniej szwagierki Bogusi, zawiadomił milicję o nieszczęśliwym wypadku. Lekarze stwierdzili jednak, że z całą pewnością był to zaplanowany atak.

    „Wampira z Bytomia” aresztowano podczas pogrzebu ostatniej ofiary. Znajdujący się potrzasku Knychała, po badaniu wariografem, szybko przyznał się do wszystkich morderstw i ze szczegółami opowiedział o swoich czynach. Każdy detal zgadzał się z milicyjnymi ustaleniami. Był dumny ze swoich dokonań. Zeznał, że miał jeden cel – chciał być najlepszy w mordowaniu kobiet. Przez kilka lat dążył do tego, aby stać się największym mordercą w powojennej Polsce.

    Knychała został skazany na śmierć za zabójstwo 5 kobiet i ataki na 7, które przeżyły. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski i „Wampira z Bytomia” powieszono 28 października 1985 roku w więzieniu Montelupich w Krakowie. Była to przedostatnia egzekucja w historii Polski.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #zbrodnia #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #smierc #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: Knychała.jpg

  •  

    Dziś na #polskiepato przedstawię Wam trzy sprawy, które aktualnie toczą się w Sądzie Okręgowym w Lublinie. Wszystkie dotyczą dzieciobójstw dokonanych przez bardzo młode kobiety w latach 2017 - 2018.

    Przerażającym zbiegiem okoliczności jest to, że dwa z trzech morderstw noworodków zostały popełnione przez studentki pedagogiki, które uprzednio deklarowały wielką miłość do dzieci i wyrażały chęć opiekowania się nimi zawodowo w przyszłości. W każdym z trzech przypadków ofiarami były dziewczynki, które na tym świecie nie przeżyły nawet pół godziny.

    W żadnym z opisanych poniżej procesów nie zapadł jeszcze prawomocny wyrok, tak że na pewno będę jeszcze o nich pisała w następnych postach, co oznaczę #polskiepato. Proszę śledzić tag, bo do tego wołać raczej nie będę.

    Jeżeli uda mi się zdobyć daty następnych rozpraw to na pewno wybiorę się na nie w charakterze widza i zdam Wam relację! ( ͡º ͜ʖ͡º) Jeżeli ktoś z #lublin mógłby mi w tym pomóc to proszę pisać na priv, płacę wdzięcznością!

    • • •

    15 października 2017 roku podczas niedzielnego spaceru w miejscowości Krzesimów (woj. lubelskie) jeden z mieszkańców zauważył w zaroślach nad rzeką Sawką ciało noworodka. Na miejscu pojawili się policjanci, strażacy i prokurator. Przeszukano brzeg rzeki, zabezpieczono ślady i usiłowano ustalić, w którym miejscu dziecko zostało wrzucone do wody.

    Od momentu odnalezienia ciała funkcjonariusze wraz z prokuraturą prowadzili intensywne dochodzenie. Przez wiele godzin na miejscu odnalezienia zwłok trwały oględziny. Z drugiej zaś strony prowadzone były czynności operacyjne, do których zaangażowali się policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.

    – relacjonował rzecznik lubelskiej policji.

    Sekcja zwłok wykazała, że dziewczynka urodziła się żywa, a przyczyną śmierci było utonięcie. Śledczy wskazali również na wychłodzenie organizmu. Dziecko żyło około pół godziny i utopiło się tej samej nocy, której przyszło na świat. Nie odcięto mu nawet pępowiny.

    26 października śledczy zatrzymali 22-letnią Anetę P. (zdjęcie) (zdjęcie) w jej rodzinnym domu w gminie Mełgiew. Na trop podejrzanej śledczy wpadli po jej dziwnej wizycie w Komendzie Powiatowej Policji w Świdniku, gdzie zgłosiła, że jest pomawiana o spodziewanie się dziecka. Uprzednio udała się do ginekologa po zaświadczenie, że nie jest w ciąży i poprosiła o receptę na środki antykoncepcyjne.

    Podczas przesłuchania kobieta przyznała się do winy, złożyła także wyjaśnienia. Usłyszała zarzut, że działając z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia córki, wrzuciła ją do wody, w wyniku czego spowodowała jej śmierć. Czyn zarzucony podejrzanej stanowi zbrodnię zabójstwa i zagrożony jest karą pozbawienia wolności od 8 lat do dożywocia. Wobec kobiety został zastosowany środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na 3 miesiące.

    . . .

    Aneta P. mieszkała razem z rodzicami - ojcem rolnikiem oraz matką pracownicą samorządową. Studiowała w Lublinie, a zarobkowo opiekowała się dziećmi. W internetowym ogłoszeniu reklamowała się tak:

    Studiuję pedagogikę specjalną, mam 5-letnie doświadczenie w opiece nad dziećmi. Zajmowałam się zarówno kilkumiesięcznymi maluchami, nastolatkami, jak i dziećmi z zespołem Downa.

    Dziewczyna cieszyła się dobrą opinią sąsiadów, którzy mieli ją za typową szarą myszkę.

    . . .

    W toku śledztwa ustalono, że ojcem noworodka był dużo starszy od Anety P. żonaty mężczyzna, ojciec trójki dzieci. Zarówno 42-letni kochanek podejrzanej, jak i jej rodzice zostali przesłuchani w charakterze świadków i zwolnieni bez postawienia zarzutów. Nikt z jej najbliższych nie wiedział o ciąży, którą skrzętnie ukrywała od marca 2017 roku, gdy tylko się o niej dowiedziała. To, że lekko przytyła, starała się maskować ubraniami. Mimo tego, że wiedziała o swoim stanie, wciąż przyjmowała tabletki antykoncepcyjne.

    Kobieta nie potrafiła wyjaśnić powodów uśmiercenia swojej córki. Powiedziała śledczym, że działała pod wpływem emocji, a wrzucenie dziecka do rzeki było pierwszą rzeczą, jaka przyszła jej do głowy, jednak policjanci ustalili. że podejrzana przygotowywała się do zabójstwa już od dłuższego czasu. Jeszcze kilka miesięcy przed porodem wpisywała w swoją wyszukiwarkę internetową hasła o treści: co może zabić dziecko w 5 miesiącu ciąży, jak poronić w drugim trymestrze, szukała także informacji o aborcji w 6 i 7 miesiącu ciąży oraz lekach, których zażywanie jest zabronione podczas ciąży.

    . . .

    14 października 2017 roku Aneta położyła się spać między godziną 21 a 22. Jednak około drugiej nad ranem obudziły ją silne bóle porodowe. Po trzech godzinach urodziła zdrową córkę, następnie wzięła nożyczki leżące na regale i przecięła jej pępowinę. Owinęła noworodka w koszulkę, ubrała się i bladym świtem wyszła z domu. Jak podaje akt oskarżenia: Dziecko płakało na tyle cicho, że nie obudziło pozostałych domowników. Niosła je przez pole kukurydzy, drogę i stary cmentarz, aż dotarła do rzeki, gdzie wyjęła córeczkę z koszulki i wrzuciła do wody. Podobnie uczyniła z łożyskiem, które urodziła chwilę wcześniej. Po powrocie do domu usiłowała zatrzeć ślady - spaliła koszulkę, w której niosła dziecko, uprała pościel i ubrania. Nad ranem umówiła się na wizytę do ginekologa, po której udała się na świdnicki komisariat policji, co jej zdaniem miało zapewnić jej alibi.

    . . .

    Na początku lipca 2018 roku do Sądu Okręgowego w Lublinie wpłynął akt oskarżenia przeciwko Anecie P. Prokuratura postawiła jej zarzut zabójstwa z zamiarem bezpośrednim.

    . . .

    5 września rozpoczął się proces (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie). Na pierwszej rozprawie stawili się rodzice i rodzeństwo oskarżonej, którzy zgodnie odmówili składania zeznań w sprawie. Gdy jeden z fotoreporterów próbował zrobić zdjęcie Anecie P., jej ojciec rzucił się na niego z pięściami.

    Na wniosek obrońcy podejrzanej i prokuratora sąd wyłączył jawność postępowania, dlatego treść zeznań ojca zamordowanego noworodka oraz wyjaśnień Anety P. nie zostały podane do wiadomości publicznej. Wiadomo tylko, że kobieta nie przyznała się do zabójstwa, a jedynie do wrzucenia dziecka do wody.

    . . .

    17 września i 15 października odbyły się następne rozprawy, a 23 października zapadł nieprawomocny wyrok. Aneta P. została skazana na 12 lat pozbawienia wolności.

    klik <- filmik z odczytania wyroku

    W świetle dowodów okoliczności popełnionego czynu nie budzą wątpliwości. Brak jest jakichkolwiek podstaw do przyjęcia, aby oskarżona znajdowała się w jakimkolwiek stanie, który wpływałby na jej postępowanie. Pomimo pełnej świadomości, że dziecko żyje i płacze, pokonała nocą znaczny odcinek drogi, w tym przedzierając się przez zarośla, po czym wrzuciła je do wody. Sposób działania oskarżonej był drastyczny, a dziecko nie miało żadnych szans na przeżycie.

    – uzasadniał wyrok sędzia. Zwrócił też uwagę, że 23-latka jest wykształcona i ma wiedzę pedagogiczną, pomimo tego z pełną świadomością postanowiła utopić swoją córkę.

    Przy odczytaniu wyroku obecna była tylko matka Anety P.

    Prokurator wnioskował wcześniej o 25 lat więzienia, dlatego podejrzewam, że możemy spodziewać się apelacji i jeszcze jednej rozprawy - o czym na pewno napiszę.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    21-letnia Weronika B. mieszkała wraz z rodzicami i dwójką braci w Lublinie. W domu panowały dobre relacje i zawsze mogła liczyć na wsparcie bliskich. Była wolontariuszką w domach dziecka i przedszkolach oraz studentką pedagogiki w rodzinnym mieście.

    . . .

    Początek września 2017 roku był wciąż bardzo słoneczny i wakacyjny, dlatego rodzina Weroniki wybrała się nad jezioro. Nastolatka została sama w mieszkaniu i postanowiła zaprosić swojego chłopaka oraz parę znajomych. Tej nocy wypiła kilka kieliszków wódki, paliła papierosy i zażywała LSD. Według relacji świadków dziewczyna oprócz wychodzenia co kilkanaście minut do toalety nie zachowywała się inaczej niż zwykle. Następnego dnia wstała z łóżka dopiero około godziny 12, zrobiła swojemu chłopakowi śniadanie, którego sama nie jadła, ponieważ stwierdziła, że źle się czuje. W końcu oznajmiła, że idzie się wykąpać i na długo zniknęła w łazience.

    W wannie urodziła zdrową, 3-kilogramową córkę. Po porodzie szczelnie zawinęła łożysko oraz noworodka w trzy ręczniki i foliowe reklamówki, które zawiązała na supeł. Później posprzątała łazienkę i udała się do pokoju, gdzie do szuflady pod łóżkiem włożyła szczelny pakunek.

    Po południu zadzwoniła do rodziców, którzy byli już w drodze powrotnej do Lublina, z prośbą o leki na zapalenie pęcherza. Cały wieczór przesiedziała w łazience, co tłumaczyła miesiączką i złym samopoczuciem. Dziewczyna z godziny na godzinę czuła się coraz gorzej, co budziło zaniepokojenie jej rodziców. W końcu po wyjściu z toalety zemdlała, a jej matka zauważyła ślady krwi na posadzce. Bezzwłocznie zawiozła córkę do szpitala, gdzie ginekolog stwierdził, że dziewczyna musiała niedługo wcześniej urodzić, czemu Wiktoria kategorycznie zaprzeczyła.

    O zdarzeniu została powiadomiona policja, która przeszukała mieszkanie rodziny B. i bardzo szybko znalazła zwłoki noworodka. Weronika została natychmiast zatrzymana i trafiła do aresztu tymczasowego. Miesiąc później zmieniono jej areszt na dozór policji oraz na poręczenie majątkowe o kwocie 15 tys. zł.

    Kobieta nie przyznała się do zabójstwa. Zapewniała, że dziecko urodziło się sine i w plamach dlatego uznała, że jest martwe. Z jej wyjaśnień wynika, że po porodzie była w szoku, dlatego schowała noworodka do szuflady. Twierdziła, że nie wiedziała, że jest w ciąży i nie miała żadnych objawów, które mogłyby o tym świadczyć.

    W lipcu 2017 roku, po powrocie z zagranicznych wakacji, jej chłopak zauważył, że przytyła i podejrzewał ciążę, ale ona zaprzeczyła. Wykonała dwa testy ciążowe, z których jeden dał wynik negatywny, a drugi pozytywny. Ten z wynikiem negatywnym uznała za wiarygodny i pokazała swojemu chłopakowi. Dodała też, że nigdy nie była u ginekologa.

    Weronika B. spędziła cztery tygodnie w szpitalu pod obserwacją, po której biegli psychiatrzy stwierdzili, że dziewczyna jest zdrowa, a w trakcie popełniania zbrodni była poczytalna i w pełni świadomie zabiła swoje dziecko. Po porodzie nie była w szoku, o czym mogło świadczyć np. to, że po wszystkim udała się na uczelnię.

    Badania genetyczne potwierdziły, że ojcem dziecka był chłopak oskarżonej. Z kolei sekcja zwłok wykazała, że dziecko przyszło na świat w 8. lub 9. miesiącu ciąży. Na ciele noworodka nie stwierdzono cech bezpośredniej przemocy fizycznej. Biegli ustalili, że dziewczynka urodziła się żywa i zdolna do samodzielnego życia. Można przyjąć, że do zgonu doszło najprawdopodobniej w mechanizmie powolnego uduszenia - czytamy w akcie oskarżenia, który w lipcu 2018 roku trafił do Sądu Okręgowego w Lublinie. Prokuratura zarzuca w nim Weronice B., że 3 września 2017 roku z premedytacją zamordowała swoje nowo narodzone dziecko. Czyn ten został zakwalifikowała jako art. 148 kk. i jest zagrożony karą pozbawienia wolności nawet do dożywocia. (klik)

    . . .

    Proces miał zacząć się 20 września 2018 roku, jednak oskarżona nie pojawiła się tego dnia w sądzie. Następna rozprawa odbyła się 22 października.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Obrona wnioskowała o całkowite wyłączenie jawności procesu, jednak sędzia tylko częściowo przychylił się do prośby, wyłączając jawność na czas odczytywania wyjaśnień oskarżonej z etapu śledztwa.

    Kobieta odmówiła składania wyjaśnień przed sądem. W charakterze świadków wystąpili jej rodzice i bracia, jednak zeznawać zgodził się tylko ojciec (zdjęcie) i młodszy brat (zdjęcie) oskarżonej.

    Nie wiedziałem, że córka jest w ciąży, bo nie było żadnych symptomów o tym świadczących.

    – zeznawał ojciec Weroniki i zapewniał, że dziewczyna bardzo przeżyła zaistniałą sytuację, musiała korzystać z pomocy psychologa i psychiatry. Przekonywał także, że zawsze chciała mieć dzieci, co potwierdził jej brat, dodając jeszcze, że była zdeklarowaną przeciwniczką aborcji.

    Moja siostra jest wrażliwą osobą. (...) Tamtego dnia bardzo źle wyglądała. Była w takim amoku. Rodzice powiedzieli mi później, co się stało.

    Z aktu oskarżenia wynika, że jej chłopak również nie wiedział o ciąży. W sądzie zeznawała jego matka.

    Jak się o tym dowiedział, to wymiotował z nerwów. Był w szoku. (...) Weronika bardzo kocha dzieci. Dlatego poszła na pedagogikę.

    . . .

    Następna rozprawa jest planowana na koniec listopada 2018.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Agata F. (zdjęcie) mieszkała z matką, babcią i dwojgiem rodzeństwa w małej wsi o nazwie Majdan Kozłowiecki (woj. lubelskie). Sąsiedzi mówili, że to dobra rodzina. 22-latka studiowała w Lublinie, jednak informacja o kierunku nie została nigdzie podana.

    Według Super Expressu dziewczyna na swoim profilu na Facebooku (który już nie istnieje) miała umieszczone słowa Jana Pawła II: Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć od nowa, żeby pójść inną drogą i raz jeszcze spróbować.

    . . .

    30 czerwca 2018 roku Agata F. wraz ze swoim narzeczonym Rafałem M. (26) udali się na wesele. Podczas ich nieobecności, rodzice postanowili przeszukać pokój córki, ponieważ od dłuższego czasu podejrzewali, że dziewczyna może być w ciąży. Mimo oferowanej pomocy ze strony rodziny i partnera, młoda kobieta nieustannie zaprzeczała ich domniemaniom. Kilka dni wczesniej jej figura wróciła do normy, dlatego wszczęli poszukiwania. Około południa zawiadomili policję z Komendy Powiatowej w Lubartowie (woj. lubelskie). Śledczy pod nadzorem prokuratora udali się do drewnianego domku rodziny F. (zdjęcie) gdzie zastali makabryczne odkrycie - w piecu znajdowało się częściowo zwęglone ciało noworodka.

    Jeszcze tego samego dnia funkcjonariusze dokonali zatrzymania kobiety. (zdjęcie) Podejrzana wraz ze swoim partnerem zostali wyprowadzeni przez policję w trakcie wesela (jakaś gazeta pisała, że jeszcze przed rosołem!).

    klik

    Narzeczony dziewczyny został przesłuchany w charakterze świadka i zwolniony do domu.

    Podejrzana trafiła do szpitala na badania, gdzie przez kilka godzin pilnowali ją policjanci. Następnie, podczas przesłuchania przyznała się do urodzenia dziecka i spalenia jego zwłok, a z jej wyjaśnień wynika, że dziecko przyszło na świat już martwe. Na tym etapie śledztwa biegli z Zakładu Medycyny Sądowej w Lublinie nie byli w stanie kategorycznie temu zaprzeczyć lub potwierdzić. Jednak zanim przeprowadzono dodatkowe badania, prokuratura postawiła Agacie F. zarzut zabójstwa, a Sąd Rejonowy w Lubartowie zastosował areszt tymczasowy.

    Do porodu miało dojść w nocy z 27 na 28 czerwca 2018 roku. Kobieta urodziła dziewczynkę w łazience, następnie owinęła ją w ręcznik i ukryła w palenisku znajdującego się w jej pokoju pieca. Później posprzątała ślady porodu, a następnego dnia rozpaliła ogień, starając się spalić zwłoki.

    Śledczy zaczęli prowadzić intensywne czynności, które miały wyjaśnić okoliczności tej tragedii. Między innymi biegli analizowali komputer i telefony kobiety, by sprawdzić, czy (jak w przypadku wyżej opisanej sprawy Anety P.) nie wyszukiwała w internecie haseł związanych ze sposobami na poronienie lub pozbycie się noworodka.

    Jeżeli dziecko faktycznie urodziło się martwe, prokuratura musiałaby zmienić kwalifikację czynu na zbezczeszczenie zwłok, za co grozi do 2 lat więzienia.

    . . .

    Zdaniem psychiatrów Agata F. jest poczytalna i może wziąć udział procesie sądowym.

    Wyniki sekcji zwłok noworodka były znane dopiero we wrześniu.

    Istnieje duże prawdopodobieństwo, że po porodzie dziecko żyło i oddychało. Można też przypuszczać, że było zdolne do samodzielnego życia. Nie można jednak stwierdzić jak długo żyło po urodzeniu. (...) Biegli wykluczyli u dziecka zatrucie tlenkiem węgla, a zatem należy przypuszczać, że trafiło do pieca już nieżywe.

    - informowała Prokuratura Rejonowa z Lubartowa.

    Na ciele noworodka nie znaleziono urazów mechanicznych. Jednak w jego organizmie znajdowała się substancja psychotropowa – pochodna amfetaminy, którą Agata F. zażyła jeszcze w ciąży, i która przez łożysko przedostała się do organizmu dziecka.

    Badania genetyczne potwierdziły, że ojcem dziecka był narzeczony oskarżonej.

    W związku z tym, że ustalenia biegłych nie zgadzają się z wyjaśnieniami, które wcześniej składała podejrzana, 14 września prokuratura ponownie ją przesłuchała. Kobieta odmówiła jednak wszelkich wyjaśnień.

    . . .

    Ostatnią informacją w mediach na temat tej sprawy jest to, że lubartowska prokuratura skierowała wniosek do Sądu Okręgowego w Lublinie o przedłużenie tymczasowego aresztu dla podejrzanej.

    . . .

    Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    . . .

    Zapraszam także do obserwowania mojego drugiego hasztagu rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #dzieciobojstwo #lubelszczyzna #krzesimow #swidnik #lubartow #majdankozlowiecki #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

  •  

    Hej Mirabelki i Mirki. Po kilku latach tworzenia filmów z gier dla garstki widzów i vlogów bez ładu, składu, i scenariusza, popełniłem taki film:

    Zaginięcie Lisanne Froon i Kris Kremers
    http://www.youtube.com/watch?v=F439YYteu_k

    Historia na wykopie znana, zresztą na Mirko pierwszy raz o niej przeczytałem z dwa lata temu. Zaintrygowała mnie na tyle, że od tamtej pory zbierałem informacje, badałem źródła i analizowałem wszystko, co znalazłem. Kilka miesięcy temu zacząłem przekuwać to w krótki, "mroczny" film na Halloween dla mojej skromnej grupy widzów. Już po paru tygodniach okazało się, że tekst ma 21 stron a4, a liczba obrazów idzie w dziesiątki, jeśli nie setki. Koniec końców film ma prawie godzinę i 20 minut. Moje jebane Opus Magnum.

    Przed publikacją podesłałem film kilku osobom. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że to pierwszy mój naprawdę ciekawy film, i że obejrzeli w całości, mimo że niektóre moje kilkuminutowe są dla nich nie do przebrnięcia. Ba! Jednemu nawet się wymsknęło, że ogrom pracy i jakość skończonego dzieła kwalifikuje to do wykopowego tagu #gruparatowaniapoziomu. I że to chyba pierwszy mój film, który naprawdę warto podać dalej. No to podaję - oglądajcie. Źródła i informacje w opisie.

    Nic nie stoi na przeszkodzie, abyście zapoznali się z resztą kanału, jednakże skoro przez 7 lat zgromadziłem zaledwie 2k subów to albo tworzę niszowy, albo nijaki content, mam nadzieję że ten film przełamię tę passę.

    Pochwały mile widziane, konstruktywna krytyka również, ale pamiętajcie, że jestem amatorem, generalnie nie mam wielkiego pojęcia o kręceniu i montażu :P

    #youtube #qualitycontent #tworczoscwlasna #ciekawostki #kryminalistyka #kryminalnesprawy #panama
    pokaż całość

  •  

    WAMPIR ZE SZTOKHOLMU

    4 maja 1932 roku w Sztokholmie, nieopodal stacji metra Sankt Eriksplan znaleziono martwą Lilly Lindeström, 32-letnią prostytutkę. Kobieta została zamordowana w swoim własnym mieszkaniu. Według ustaleń policji zabójstwa dokonano 2 lub 3 dni wcześniej.

    Po wejściu do mieszkania ofiary policja zastała makabryczny widok: naga Lilly leżała nago, brzuchem do dołu, na własnej kanapie. Jej głowa była niemal całkowicie roztrzaskana. Całe mieszkanie było nieskazitelnie wysprzątane, a ubrania denatki schludnie ułożone na podłodze. Na miejscu zbrodni znaleziono również zakrwawioną chochlę do sosów, była ona jednak zbyt lekka, by uznać ją za narzędzie zbrodni. Poza krwią z obrażeń głowy wokół ciała znajdowało się mnóstwo mniejszych i większych plam krwi, pochodzenia której śledczy nie byli pewni.

    Za przyczynę zgonu uznano bardzo silne uderzenie w głowę. Podczas śledztwa ustalono, że krótko przed swoją śmiercią ofiara odbyła stosunek seksualny. Podczas oględzin zwłok okazało się, że w odbycie ofiary wciąż znajdowała się wypełniona spermą prezerwatywa. Podczas sekcji zwłok odkryto, że prawie cała krew Lilly została usunięta z jej ciała.

    Policja przypuszczała, że sprawca wypił krew ofiary, wykorzystując w tym celu znalezioną na miejscu zbrodni chochlę do sosów. O dokonanie zbrodni podejrzewano poprzednich klientów zamordowanej, jednak, po długim śledztwie, żadnemu z nich nie postawiono zarzutów. Szwedzki tabloid „Aftonbladet” nazwał nieuchwytnego mordercę „Wampirem ze Sztokholmu”.

    Sprawy morderstwa Lilly Lindeström nigdy nie udało się rozwiązać.

    Na zdjęciu:
    Lilly Lindeström, ofiara niezidentyfikowanego „Wampira ze Sztokholmu”.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #smierc #szwecja #europa #kryminalne #ciekawostkihistoryczne #kryminalistyka #xxwiek #mordercy #sztokholm
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    W nocy z 15 na 16 września 2014 roku do małego bloku we wsi Batorowo (woj. warmińsko-mazurskie) 35-letnia Teresa Z.-Sz. wezwała karetkę pogotowia. Ratownicy zabrali jej krwawiącą siostrzenicę Gabrysię do szpitala w pobliskim Elblągu, z którego następnie została przetransportowana na oddział chirurgii specjalistycznego szpitala dziecięcego w Olsztynie, gdzie lekarze musieli bezzwłocznie przeprowadzić operacje ze względu na poważne obrażenia pochwy i odbytu u dziecka. 8-miesięczna dziewczynka była w stanie krytycznym. Rozpoznano u niej także tak zwany zespół u dziecka maltretowanego, a na jej ciele znaleziono liczne stłuczenia, rany, siniaki oraz złamania rąk i nóg. Elbląscy medycy uprzednio zawiadomili policję, która zatrzymała niepełnosprawnego wujka dziewczynki, jednak po wynikach badań spermy znalezionej na poszkodowanym dziecku, 17 września po południu zatrzymano męża Teresy - 37-letniego Jacka Szymańczuka. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    JACEK SZYMAŃCZUK, rocznik '77

    Gdy mundurowi wyprowadzili podejrzanego, w mieszkaniu została jego żona Teresa ze swoją matką i bratem Marcinem oraz dwójką dzieci Szymańczuków w wieku 5 i 6 lat. Rodzina mieszkała razem na parterze w starym bloku. Byli dobrze znani pomocy społecznej, ponieważ od lat utrzymywali się ze świadczeń socjalnych, a gołym okiem można było zauważyć, że wszyscy są w jakimś stopniu upośledzeni. W ich domu nie było alkoholu czy przemocy, jednak dzieci często chodziły brudne i zaniedbane, ze względu na co został im przyznany tzw. opiekun rodziny.

    Gabrysia była pod opieką wujostwa (zdjęcie) od około miesiąca. Matka dziewczynki uznała, że jest niewydolna finansowo i tymczasowo nie jest w stanie zaopiekować się córką. Według jej relacji, siostra Teresa sama zaproponowała taką formę pomocy.

    Jacek Szymańczuk złożył wyjaśnienia, w których częściowo potwierdził podejrzenia policjantów. Prokuratura skierowała wniosek o tymczasowy areszt dla podejrzanego i postawiła mu zarzut dopuszczenia się innej czynności seksualnej.

    Mężczyzna w końcu przyznał się do winy. Gdy ze szczegółami zaczął opowiadać, jak przez dwa tygodnie krzywdził dziecko, nagle zaczął wymiotować. Jakby dopiero wtedy dotarło do niego czego się dopuścił.

    Aresztowana na 3 miesiące została także żona Jacka. (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) Teresie Z.-Sz. został postawiony zarzut narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia osoby, nad którą miała sprawować opiekę. Kobieta musiała zauważyć obrażenia ciała dziewczynki, jednak przez wiele dni nie zareagowała i nie udzieliła jej pomocy.

    Gabrysia po opuszczeniu szpitala została umieszczona w rodzinie zastępczej, na wniosek prokuratury Sąd Rejonowy w Braniewie wszczął postępowanie zmierzające do odebrania praw rodzicielskich Danucie Z. i Marcinowi L. – biologicznym rodzicom dziecka. Ich starsza córka, kilkuletnia Roksana nadal z nimi mieszkała, ale znajdowała się pod opieką kuratora.

    Dwójka dzieci Jacka i Teresy w tym czasie przebywała pod opieką babci. Zostały przesłuchane w obecności psychologa, by upewnić się, czy w przeszłości także nie były wykorzystywane seksualnie przez ojca.

    . . .

    Gdy dziennikarka UWAGI zapytała panią prokurator o to, czy choć przez chwilę było widać po sprawcy jakąś skruchę, kobieta ze łzami w oczach odpowiedziała:

    To nie są ludzie, którzy mają takie myślenie na poziomie refleksji. Na pewno się denerwowali, po prostu ludzki strach przed odpowiedzialnością, dlatego wezwali pogotowie, bo się wystraszyli, bo dziecko zaczęło umierać. To jest trudne do wytłumaczenia dla rozsądnie myślących ludzi, więc to raczej dla jakichś psychologów, psychiatrów... Nie wiem. Można sobie debaty robić, dlaczego ludzie tak się zachowują i dlaczego są takie skutki. Przecież w tym domu była jeszcze i ciocia, i babcia, więc to nie jest tak, że on był sam z tym dzieckiem...

    . . .

    W maju 2015 roku sąd zdecydował, że Gabrysia pozostanie w rodzinie zastępczej, a matkę i ojca pozbawi praw rodzicielskich. Podjął też działania w sprawie starszej z córek - Danucie Z. przydzielono nadzór kuratora, którego zobowiązał do składania sprawozdań z tej opieki co 6 miesięcy, z kolei ojcu Marcinowi L. ograniczył władzę do współdecydowania o istotnych sprawach dziecka związanych z edukacją, leczeniem i formami spędzania wolnego czasu.

    . . .

    1 czerwca 2015 roku Prokurator Okręgowy w Elblągu skierował do Sądu Okręgowego w Elblągu akt oskarżenia przeciwko Jackowi Szymańczukowi, któremu zarzucono zgwałcenie małoletniej poniżej 15 roku życia i naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia jako czyn ciągły (dokładnie to przestępstwa z art. 197 § 3 pkt 2 k.k. w zb. z art. 157 § 1 k.k. w zw. z art. 11 § 2 k.k. i z art. 12 k.k.) oraz popełnienie czynu z art. 160 § 2 k.k. czyli zaniechanie podjęcia działań zmierzających do udzielenia dziecku, posiadającemu obrażenia ciała, pomocy lekarskiej i narażenia go tym samym na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

    Aktem oskarżenia objęto także Teresę Z.-Sz., której zarzucono tylko popełnienie przestępstwa z (wyżej opisanego) art. 160 § 2 k.k.

    Jackowi groziła kara od 3 do 15 lat pozbawienia wolności, a jego żonie od 6 miesięcy do 5 lat.

    (informacja i cytat pochodzą ze strony internetowej rzecznika prasowego PO w Elblągu)

    . . .

    Proces ruszył 16 lipca 2015 roku i już na pierwszej rozprawie zapadł błyskawiczny wyrok ze względu na to, że oboje oskarżeni poprzez swoich obrońców złożyli wnioski o dobrowolne poddanie się karze – Jacek Szymańczuk prosił o 9 lat pozbawienia wolności, z kolei Teresa Z.-Sz. o 9 miesięcy. Takie też wyroki otrzymali. Mężczyzna otrzymał dodatkowo 5-letni zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 100 metrów, co jest obligatoryjnie w tego typu sprawach. Na poczet kary sędzia zaliczył pobyt oskarżonych w areszcie.

    Przed salą rozpraw Teresa Z.-Sz. płakała, mówiła, że nie chce więcej znać swojego męża i nie wybaczy mu tego, co zrobił. Z jej szlochów można wywnioskować, że im także zostały odebrane dzieci, jednak nie znalazłam w internecie żadnego artykułu na ten temat (tutaj jest film z jej wypowiedziami oraz z dnia odczytania wyroku). Nie sądzę jednak by okazało się, że Jacek molestował także własne dzieci, ponieważ nie ma o tym wzmianki w Rejestrze.

    Oskarżona zarzekała się, że nic nie wiedziała o tym, że jej mąż wielokrotnie gwałcił Gabrysię. Odczytując wyrok, sędzia jednak stwierdził, że kobieta miała tego świadomość, ale nie podjęła w związku z tym żadnej interwencji.

    Mając świadomość, że dziecko posiada obrażenia ciała w postaci połamania kończyn górnych i dolnych, co manifestowało płaczem, a przy dotykaniu okolic uszkodzonych reakcją obronną kończyn w postaci próby ich cofnięcia i nasilonym płaczem, nie podjęła żadnych działań mających na celu udzielenie dziecku pomocy lekarskiej.

    Uznał także, że gdy dochodziło do przestępstw Teresa Z.-Sz. miała ograniczoną zdolność rozpoznania znaczenia zarzucanego jej czynu.

    Na wymiar kary wpływa także szereg okoliczności, m.in. niekaralność i to w jakich okolicznościach popełniony czyn nastąpił. Oskarżeni skorzystali z możliwości dobrowolnego poddania się karze. Elementem tego jest to, że trzeba uznać swoją winę i być gotowym na poniesienie konsekwencji. Tutaj dowody były jasne i przekonujące dla sądu i nie widział podstaw, by ich nie uwzględnić.

    - wyjasniał prokurator. Dodał także, że w ocenie prokuratury kary są adekwatne do charakteru popełnionych czynów i okoliczności.

    Nie wiadomo, czy skazani wyrazili na sali sądowej żal za popełnione czyny, ponieważ sędzia prowadzący wyłączył jawność rozprawy.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    Na koniec pozwolę sobie przytoczyć słowa Martina Luthera Kinga: Ten kto biernie akceptuje zło, jest za nie tak samo odpowiedzialny jak ten, kto je popełnia.

    . . .

    klik <- reportaż UWAGI na ten temat

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #pedofilia #pedofil #pedofilia #gwalt #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu


    • • •

    Ziomki, proszę Was o wzięcie udziału w ankiecie. Jeżeli macie jakieś specjalne wytyczne co do czasu to piszcie w komciu. ( ͡º ͜ʖ͡º)
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

    W jakich godzinach chciałbyś/chciałabyś bym wrzucała teksty na #rejestrzboczencow?

    • 344 głosy (14.89%)
      Poranne, 7:00-10:00
    • 541 głosów (23.41%)
      Wieczorne, 18:00-21:00
    • 105 głosów (4.54%)
      Za dnia!
    • 1321 głosów (57.16%)
      Obojętne mi to.
  •  

    pokaż spoiler Wyjaśnienie całej sprawy z reddita.


    Mini-spoiler Making a Murderer.

    CO SIĘ NAPRAWDĘ STAŁO? SPRAWA TERESY HALBACH I STEVENA AVERY

    Morderstwo Teresy Halbach zaczyna się od telefonu Stevena Avery'ego do agencji samochodowej Auto Trader, w którym prosi o przyjazd Teresy w celu zrobienia zdjęć samochodu na sprzedaż. Teresa przyjeżdża i robi zdjęcia. Po wykonaniu swojej pracy wsiada do samochodu i chce odjeżdżać, jednak wtedy pojawia się przystojny i czarujący Steven, który przekonuje młodą dziewczynę aby wpadła na drinka do jego przytulnego baraku.

    Kiedy tylko Teresa wchodzi do środka zostaje zaatakowana i przykuta kajdankami do łóżka. Następnie Steven woła swojego upośledzonego 16-letniego siostrzeńca Brandana i rozkazuje mu zgwałcić Terese. Po odbyciu gwałtu idą oboje do pokoju obok oglądać telewizje. Po około 15 minutach Steven wraca do sypialni i dźga kobietę nożem w brzuch, następnie ją dusi, obcina jej włosy i podcina gardło - wszystko jest zalane krwią, ale Teresa pomimo otwartej rany na jej gardle nadal oddycha. Wówczas następuje decyzja o przeniesieniu jej do garażu gdzie Steven rozkazuje Brandanowi zastrzelić Terese. Dostaje 3 kulki z karabinu, jedną w głowę, drugą w serce i trzecią w brzuch. Wreszcie nie żyje.

    Teraz te leniwe spasione sukinsyny wrzucają całe krwawiące ciało Teresy do bagażnika jej samochodu (gdzie zostawia jedyne śladowe ilości własnej krwi) aby je przewieźć 10 metrów dalej za dom Stevena gdzie znajduje się kilkumetrowe ognisko. Nie lepiej przenieść ciało za własny dom na piechotę? Nie. Po czterech godzinach ciało Teresy zostaje skremowane w ognisku i Steven z Brandanem postanawiają pozbyć się samochodu ofiary przestawiając go kilkadziesiąt metrów dalej w miejsce ciągle znajdujące się na terenie posesji Stevena - ach wybaczcie, cały zakrwawiony po dokonaniu masakry Stev jedzie samochodem Teresy, ale Brandon idzie za nim na piechotę, przecież nie znaleziono w samochodzie jego DNA. Żadnej krwi Teresy w środku samochodu również nie odnaleziono, zapewne geniusz zbrodni Steven zadbał o każdy szczegół, wziął prysznic i założył czyściutkie ciuchy, niestety Brandon, ani prokuratura o niczym takim nie wspomniała, więc to tylko moje domysły. Może się jeszcze zastanawiacie dlaczego Steven nie postanowił zniszczyć samochodu używając zgniatarki, którą posiadał na swojej posesji? No nie wiem, pewnie nie chciał utrudniać śledztwa.

    Wróćmy jednak do faktów z ukryciem samochodu (którego właściwie niezbyt ukryto), po przykryciu go dwoma gałązkami Steven postanawia otworzyć maskę samochodu i rozłączyć kable z akumulatora aby mieć pewność, że nikt go nie przestawi - logiczne. Aby to zrobić musiał niestety dotknąć klamki od przedniej maski, więc sterylnie wyczyszczony Steven nie zostawił tam żadnej krwi ani Teresy, ani swojej, która ciekła mu z palca, a tylko ogromną ilość potu, którą rzekomo znaleziono parę dni po odnalezieniu samochodu.

    Krew z palca Stevena! Jak wiadomo nasz wujek z Ameryki posiadał otwartą ranę na palcu prawej dłoni, z której masywnie sączyła się krew, niestety nie ubrudził nią ani kierownicy, ani klamki samochodowej, ani skrzyni biegu, ani kluczyków, ani broni, ani innego logicznego miejsca, które stykały się z jego dłonią. Upaćkał natomiast masywnie stacyjkę samochodu, której ubrudzenie przy odpalaniu samochodu nie jest normalnie możliwe. A dla ułatwienia swojej identyfikacji Steven dodatkowo wrócił do samochodu i porozrzucał tam drobinki własnej starej zaschniętej krwi.

    Teraz czas na sprzątanie baraku, na który mieli dużo czasu, bo przecież nikt w okolicy nie poczuć smrodu spalonego ciała. Jak pewnie nie wiecie Steven poza prowadzeniem wielkiego wysypiska śmieci jest również profesjonalnym czyścicielem miejsc zbrodni i jego IQ wynoszące 80 punktów wcale mu w tym nie przeszkadza. Właśnie dlatego pomimo okropnego syfu i burdelu jaki zastano w jego sypialni po aresztowaniu zdołał profesjonalnie i niewykrywalnie wyczyścić w nim najmniejszy mikromilimetr krwi Teresy z każdej ściany, buta, materaca, skarpetki, dywanu, kajdanek, szpar w betonie i sufitu. Steven był tak zajebisty w swojej pracy, że nawet wyczyścił krew znajdującą się na kurzu, zaschniętym brudzie oraz oleju znajdującym się na częściach samochodowych w garażu. Nawet nie musiał do tego używać wybielacza, własna ślina wystarczyła. Piep*zony mistrz zbrodni! A nie, chyba jednak nie. Po pozostawieniu całego mieszkania w syfie, ale bez najmniejszego śladu masakry, ten wsiowy przygłup zostawił przecież wspomnianą już plamę własnej krwi w najbardziej widocznym miejscu w samochodzie ofiary!

    Po dokonaniu najbardziej dokładnego wyczyszczenia miejsca zbrodni w historii Ameryki, nasi mordercy udali się do wypaleniska, w którym niedawno paliło się ognisko wielkości grzyba atomowego po ataku na Hiroshime i idealnie skremowało ciało Teresy - no oprócz paru kości, które geniusze postanowili wrzucić do beczki, którą postawili obok swojego baraku. Dlaczego? BO KU*WA MOGLI!

    To już prawie wszystko, Steven jeszcze wrócił do swojego pokoju gdzie schował kluczyki od samochodu Teresy, które podczas szóstego przeszukania tego samego pokoju same musiały wypaść przed oczy policjanta, który kilka lat wcześniej po dostaniu wiadomości, że niesłusznie skazano Cię za gwałt nic z tym nie zrobił.

    A co robi nasz Dexter po tym gdy kilka dni później pojawiają się wolontariusze z grupy poszukiwawczej? Pomimo braku jakiegokolwiek nakazu chętnie wpuszcza ich na swoją posesje w celu przeszukania składowiska samochodów. A dlaczego niby nie? Przecież znajduje się tam tylko poszukiwane od tygodnia auto upieprzone w Twojej krwi i przykryte dwoma gałązkami zwracającymi na siebie uwagę z kilkudziesięciu metrów.

    To naprawdę się stało! Udowodnijcie, że nie!

    #makingamurderer #kryminalne #kryminalistyka #zabojstwo #netflix #seriale
    pokaż całość

  •  

    Zaginięcie dzieci Beaumont

    Jedna z najgłośniejszych, niewyjaśnionych tajemnic Australii. Od tego zdarzenia minęło już ponad 50 lat, ale sprawa porwania dzieci Beaumont wciąż wzbudza wiele emocji.

    Szczęśliwa i kochająca się rodzina. Państwo Beaumont mieli trójkę dzieci: 10- letnią Jane, 8-letnią Arnnę i 5-letniego Granta. Mieszkali w mieście Adelaide na południu Australii, na przedmieściach dzielnicy Samerton.

    Głowa rodziny – Jim Beaumont – był marynarzem. Jego małżonka Nancy nie pracowała zawodowo, zajmowała się dziećmi. Pięcioosobowa rodzina mieszkała w niewielkim domku w pięknej okolicy. Zaledwie kilka minut drogi od słonecznej, piaszczystej plaży. Nikt nie spodziewał się, że wkrótce ich szczęśliwe życie zamieni się w koszmar.

    Dzieci od pewnego czasu mogły chodzić same na plażę. Styczeń jest tam najcieplejszym miesiącem w roku. W 1966 roku temperatury sięgały nawet 40 stopni. Najstarsza córka miała opiekować się swoim młodszym rodzeństwem. Somerton było spokojną dzielnicą, nie było zatem powodów do obaw. Dzieci na plażę dojeżdżały autobusem. Wykorzystywały każdą wolną chwilę, aby spędzić czas nad brzegiem wody. Podczas dziesiątek wypraw nie było żadnych problemów, aż do 26 stycznia 1966 roku. Wtedy dzieci wyszły na plażę po raz ostatni i nigdy nie wróciły do domu.

    Dzień zaginięcia

    26 stycznia jest świętem narodowym w Australii. Był to ciepły dzień. Nic więc dziwnego, że dzieci chciały spędzić go nad wodą. Przed wyjściem dostały od mamy drobne pieniądze, aby mogły kupić przekąski na plaży. Dzieciaki wyszły na autobus. Przystanek znajdował się kilkaset metrów od ich domu na rogu Harding Street i Diaronal Road.

    Nie ma wątpliwości, że dzieci dotarły w to miejsce i około godziny 10:10 wsiadły do autobusu. Rodzeństwo było widziane przez kilkoro świadków, potwierdził to również kierowca autobusu. Jedna z pasażerek zapamiętała nawet kolory ubrań dzieci oraz to, że starsza z dziewczynek trzymała w ręku swoją ulubioną książkę „Little Women”. Po 5-minutowej podróży dzieci wysiadły przy plaży Glenelg. Była godzina 10:15.

    Godzinę później dzieci Beaumont bawią się na plaży. To potwierdzona relacja świadków. Zważywszy na to, że było to słoneczny przedpołudnie, a w dodatku święto narodowe i dzień wolny od pracy, nad brzegiem wody było wielu turystów.

    Tajemniczy mężczyzna

    Pewna starsza kobieta zauważyła, że dzieci były obserwowane przez młodego mężczyznę w niebieskich kąpielówkach. Początkowo opalał się w pobliżu, ale później dołączył do zabawy i spędził z dziećmi kilkanaście minut. Na podstawie zeznań kobiety oraz innych świadków udało się stworzyć portret pamięciowy – jasnowłosy mężczyzna, z pociągłą twarzą.

    Do dziś nie udało się ustalić kim był mężczyzna. Dla wielu osób jest to główny podejrzany. Przez lata pojawiało się wiele hipotez. Spekulowano kim był, skąd pochodził oraz co robił na plaży w Adelaide. Jednak żadnych ustaleń nigdy nie udało się potwierdzić. Pewne jest jednak to, że dzieci opuściły plażę w towarzystwie tego tajemniczego mężczyzny.

    Między godziną 11:45 a 12:15 świadkowie widzieli całą czwórkę przy sklepie ze słodyczami, znajdującym się w okolicy. Wizyta w tym miejscu wiąże się z dwoma ważnymi poszlakami. Dzieci kupiły tam słodkie ciastka, które bardzo lubiły. Jednak pojawił się również inny zakup. Ciastko z mięsem. Państwo Beaumont zapewniali, że żadna z ich pociech na pewno nie byłaby zainteresowana takim produktem. Co więcej, za wszystko zapłacono jednofuntowym banknotem. Ten szczegół okazał się bardzo ważną wskazówką dla śledczych.

    Przed wyjściem na plażę Pani Beaumont wręczyła najstarszej córce pieniądze – 8 szylingów i jedną sześciopensówkę. Nie było tam żadnego jednofuntowego banknotu. Dzieci nie miały swoich oszczędności, więc ktoś musiał dać im banknot, którym zapłaciły w sklepie. Całkiem możliwe, że ciastko z mięsem kupione było na prośbę osoby, która wręczyła im pieniądze. Osoby, z którą dzieci były widziane po raz ostatni… Mężczyzna nie wszedł do sklepu, nie wiadomo gdzie wtedy przebywał. Jeżeli miał złe zamiary wobec dzieci, na pewno miał na uwadze, aby jak najmniej osób widziało ich razem.

    Przed wizytą w sklepie mężczyzna pomógł ubrać się dzieciom. Według świadka, który widział to zdarzenie, nieznajomy robił to powoli z uśmiechem na twarzy. Wyglądało na to, że sprawiało mu to wielką przyjemność.

    Wiele wskazywało na to, że mężczyzna mógł mieć kontakt z dziećmi już wcześniej. Młodsza z córek państwa Beaumount wspomniała kiedyś, że jej starsza siostra ma chłopaka. Rodzice uznali to za żart. Może jednak chodziło o jasnowłosego mężczyznę, który kazał trzymać znajomość w sekrecie?

    Gdy dzieci o umówionej porze nie wróciły do domu, ich matka podejrzewała, że spóźniły się na autobus i przyjadą z opóźnieniem. Podobne sytuacje miały już miejsce. Jednak godziny mijały, a Jane, Arnna i Grant nie wracali do domu.

    Poszukiwania

    Zaniepokojeni rodzice rozpoczęli poszukiwania. Próbowali odtworzyć trasę przebytą przez dzieci, mając nadzieję na szczęśliwe zakończenie dnia. Jednak ani w pobliżu domu, ani na plaży, nie udało się znaleźć żadnych śladów, które mogłyby pomóc w odnalezieniu.

    Około godziny 19:30 policja przyjęła zgłoszenie o zaginięciu dzieci. Jim Beaumont kontynuował poszukiwania, chodząc po okolicy przez całą noc, podczas gdy matka czekała na nich w domu. Nad ranem Jane, Arnna i Grant oficjalnie zostali uznani za osoby zaginione. Policja rozpoczęła śledztwo na niebywałą skalę, a sprawa zaginionego rodzeństwa Beaumont do dziś uznawana jest za jedną największych zagadek kryminalnych Australii.

    Policja początkowo przyjęła założenie, że dzieci Beaumont utopiły się podczas kąpieli. Była to najbardziej prawdopodobna hipoteza, jednak na plaży nie znaleziono ich rzeczy. Wchodząc do wody musiałyby zostawić na lądzie swoje ubrania, ręczniki, a także książkę, którą tego dnia starsza z dziewczynek miała przy sobie.

    Sąsiedzi, rodzina i przyjaciele Państwa Beaumont zostali szczegółowo przesłuchani. Przeszukano gruntownie całą okolicę. Próbowano znaleźć jakikolwiek ślad. Sporządzono portret pamięciowy tajemniczego mężczyzny, jednak działania te nie przyniosły żadnego rezultatu.

    5 dni po zaginięciu Państwo Beaumont wystąpili w telewizji, z apelem o pomoc w rozwiązaniu sprawy. Od tego czasu, o zaginięciu w Adelaide wiedział cały kraj.

    Do policji zaczęły napływać masowe zgłoszenia, ale żadna z poszlak nie okazała się kluczowa. Śledztwo utknęło w miejscu na kilka miesięcy, aż do momentu gdy do funkcjonariuszy zgłosił się nowy świadek. Pewna kobieta zeznała, że w noc zaginięcia dzieci, widziała mężczyznę z portretu, wchodzącego z trójką dzieci do opuszczonego domu. Po kilku godzinach kilkuletni chłopiec wybiegł z budynku, ale złapał go tajemniczy mężczyzna i razem wrócili do środka. Kobieta nie poinformowała o tym policji przez 6 miesięcy. Dlaczego? Tego nie wiemy. Nie udało się również ustalić, czy mówiła prawdę.

    Kolejne zaginięcie

    Po 7 latach od tajemniczego zaginięcia Jane, Arnny i Granta, w tym samym mieście doszło do podobnego zdarzenia. Ponownie zostały porwane dzieci, a portret pamięciowy sprawcy był bardzo podobny do szkicu przedstawiającego tajemniczego mężczyznę sprzed 7 lat.

    25 sierpnia 1973 roku to dzień, który był sportową ucztą dla wszystkich fanów futbolu amerykańskiego w mieście Adelaide. Na miejscowym stadionie kibicowało kilkadziesiąt tysięcy osób. Wśród nich były także dwie zaprzyjaźnione rodziny. Państwo Ratcliffe z 11-letnią Joanne oraz państwo Gordon z 4-letnią Kirste. W trakcie meczu młodsza z dziewczynek zakomunikowała, że musi iść do toalety. 11-letnia Joanne zapewniła, że zaprowadzi tam młodszą koleżankę i zaopiekuje się nią. Dziewczynki wyszły ok. 15:45 i już nie wróciły. Zaniepokojeni rodzice zaczęli przeszukiwać stadion, wydano specjalne komunikaty, w poszukiwania zaangażowało się mnóstwo osób. Dziewczynki zapadły się pod ziemię. Wszystko wskazywało na to, że zostały porwane…. O 17:12 ich zaginięcie zgłoszono policji.

    Udało się dotrzeć do wielu świadków, którzy widzieli dziewczynki w towarzystwie tajemniczego mężczyzny. Jego portret pamięciowy był bardzo podobny do poszukiwanego mężczyzny sprzed 7 lat. Ponadto okoliczności porwania były bardzo podobne. Pomimo usilnych prób ta sprawa wciąż pozostaje niewyjaśniona. Zachodzi jednak duże prawdopodobieństwo, że za dwa porwania w mieście Adelaide odpowiedzialny był ten sam człowiek.

    Podejrzani

    Sprawa zaginionych dzieci była bardzo medialna w Australii. Media co jakiś czas wracały do tematu. Przez lata pojawiło się kilku podejrzanych. Jednym z nich był skazany na dożywocie w 1984 roku Bevan von Einem, który zabił 15-letniego chłopca, a także był odpowiedzialny za kilka innych zbrodni.
    Wśród obserwatorów akcji poszukiwawczej z 1966 roku znajdował się mężczyzna bardzo podobny do von Einema. Jak dobrze wiemy, sprawcy zbrodni lubią przychodzić w miejsca, w których prowadzone są czynności śledcze. Niejednokrotnie zadaniem policjantów jest potajemne fotografowanie gapiów, ponieważ zdarzało się, że w tłumie obserwatorów stał sprawca zbrodni. Von Einem jednak nigdy nie przyznał się do związku ze sprawą dzieci Beaumont i nic mu nie udowodniono.

    Z biegiem lat pojawiali się również inni podejrzani, którym również nie udało się nic udowodnić.

    Zaledwie kilka miesięcy temu w mediach głośno było o przełomie w sprawie. Australijskie dzienniki relacjonowały przeszukiwania terenu, na którym mogły znajdować się szczątki zaginionych.

    W 2007 roku na policję zgłosiła się pewna kobieta, która oskarżyła o uprowadzenie sprzed lat własnego ojca. Relacjonowała, że w dniu zaginięcia dzieci Beaumont, ojciec przyszedł do ich domu ze znajomym. Na jego koszuli była krew. Według zeznań kobiety na tylnym siedzeniu samochodu znajdowały się zwłoki poszukiwanych dzieci. Te zeznania dla wielu wydawały się absurdalne, ale niedługo potem wszystko potwierdził jej brat.

    Policja przesłuchała ojca, czyli Allana McIntyre, ten jednak do niczego się nie przyznał i nie znaleziono żadnych śladów potwierdzających zeznania jego dwójki dzieci. Jednak podczas składania wyjaśnień policja zainteresowała się znajomym, o którym mówiły. Był to Anthony Munro – biznesmen, który w momencie zaginięcia dzieci mieszkał w Adelaide, ale niedługo potem wyjechał na stałe do Kambodży. Został ściągnięty do Australii na przesłuchanie. W 2016 zeznawał jako podejrzany w śledztwie dzieci Beaumont. W tej sprawie nie udało mu się niczego udowodnić, ale został uznany winnym za inne przestępstwa związane z napaścią seksualną na dzieci w Adelaide w latach 60. i 70.

    Według wielu głosów mężczyzna był łudząco podobny do portretu pamięciowego sprzed lat. Był wysoki, atletycznie zbudowany, miał jasne włosy i wyraziste rysy twarzy. Nie było również wątpliwości, że miał skłonności pedofilskie. Nie znaleziono jednak żadnych śladów, które mogłoby połączyć go z porwaniem z 1966 roku.

    Śledztwo wciąż trwa

    Jeszcze 3 lata przed przesłuchaniem Anthonego Munro opublikowana została książka „The Satin Man”. Autor również oskarżał tam o zbrodnię sprzed lat swojego ojca –Henrego Phippsa. Mężczyzna był znanym biznesmenem w Adelaide i przed laty był już na celowniku policji. Jednak teraz, po latach, jego syn opublikował nowe informacje. Autor książki podobno miał widzieć trójkę porwanych w dzień zaginięcia, na podwórku przed domem. Zapewniał, że ich ciała zostały zakopane na jednej z posiadłości bogatego biznesmena. Policja odniosła się do tej publikacji i zaprzeczyła tym doniesieniom. Domniemany podejrzany zmarł 3 lata przed wydaniem książki. Nie było możliwości, aby go przesłuchać.

    http://www.kryminatorium.pl/zaginiecie-dzieci-beaumont/

    #kryminalne
    #australia
    #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: kryminatorium.pl

    +: M..............i, lwonly +36 innych
  •  

    Kto podrzuci dobry kryminał detektywistyczny dziejący się w Polsce w latach 1900-1920? Moga też być inne materiały o tej tematyce. #ksiazki #czytajzwykopem #kryminalne #kryminalistyka #kryminal #historia

  •  

    Tajemnice Archiwum X. Wpadka po 11 latach

    Danuta F. była 29- letnią, śliczną dziewczyną, która właśnie wyszła za mąż, za Kazimierza G. Wiodło im się dobrze, ona nauczycielka spod Nowego Targu, on rolnik, któremu robota paliła się w rękach, a ziemia przynosiła wspaniałe plony. Zbudowali dom, żyli w szczęściu. Tylko jednej rzeczy im brakowało: dziecka.

    No Kazek, trzeba by coś zasiać, za mało się starasz- żartowali sąsiedzi. On ze śmiechem odpowiadał im, że samo staranie się jest tak przyjemne, że na razie mu wystarczy. - Wszystko w swoim czasie, chłopaki - odpowiadał i nie pomylił się. Miejscowy lekarz na początku 1993 r. oznajmił Danucie F., że jest w ciąży.

    Narodziny ustalił na koniec roku. - Musi teraz pani dbać o siebie, żadnego większego wysiłku- ostrzegł młodą mamę. Posłuchała i prowadziła rozsądny tryb życia, zrezygnowała nawet z dawania prywatnych lekcji angielskiego, by mieć czas na wypoczynek

    Pod koniec września 1993 r. Danuta F. Postanowiła odwiedzić matkę w Zakopanem, ale i zajrzeć do tamtejszej biblioteki, by pożyczyć kilka książek na temat wychowania dziecka. - Nie jedź. Jak wychować berbecia sama ci powiem, a resztę podpowie ci instynkt. Nie musisz wyczytywać tych mądrości - doradzała jej teściowa. 29-latka chciała jednak jeszcze zajrzeć do znajomych, tym bardziej, że lekarz prosił, by więcej nie odbywała dalekich podróży, a do Zakopanego było zaledwie 20 km. Pojechała. Kazimierz G. był w polu, gdy następnego dnia rano pod dom zajechała policja i poprosiła go do prosektorium.

    Śmierć na Równi

    - To pomyłka. Danka jest cała i zdrowa, kto miałby czelność zrobić krzywdę kobiecie w zaawansowanej ciąży - góral szukał wsparcia u funkcjonariuszy. Oni unikali jego wzroku, bo wiedzieli, że fałszywa pociecha nie ukoi bólu młodego męża, który stracił żonę. Kazimierz G. omal nie zemdlał, widząc pocięte nożem ciało ukochanej. - Jaki potwór mógł zrobić coś podobnego! - krzyczał, ale nikt nie był w stanie udzielić mu odpowiedzi.

    - Szukamy zabójcy, ale to chyba będzie ciężka sprawa - poinformowali go śledczy. Oszczędzili mężczyźnie drastycznych szczegółów, że jego żonie przed śmiercią ktoś zadał kilkanaście ciosów nożem w nogi, brzuch i to tak, że konała w strasznych męczarniach. Nie przeżyło także dziecko znajdujące się w brzuchu młodej matki. To była dziewczynka - stwierdzili lekarze na sekcji zwłok.

    Obnażone zwłoki odnalazła nad ranem 30 września kobieta idąca do pracy. Zauważyła, że zza krzaków na Równi Krupowej, w centrum Zakopanego, wystaje damski but, a dalej widoczne były stopy i reszta ciała zamordowanej. Motyw seksualny zbrodni od razu był jasny, wskazywało na niego ułożenie ciała, obnażenie zwłok ofiary, rany brzucha. Napastnik prawdopodobnie zaatakował kobietę około 80 m dalej, a później, pod osłoną ciemności, przeciągnął ciało, tu za krzakami rozebrał i pastwił się nad nim. - Szukamy najpierw wśród naszych zboczeńców i przestępców seksualnych. Potem sprawdzamy w pensjonatach ludzi, którzy przyjechali do Zakopanego - zdecydowali prowadzący śledztwo. Jednak nawet najmniejszy ślad nie doprowadził ich do rozwikłania ponurej zagadki śmierci Danuty F.

    Jedynie co ustalono, to że w dniu zabójstwa była w bibliotece, odwiedziła swoją rodzinę, spacerowała po centrum miasta, gdzie zauważyli ją sprzedawcy pamiątek i nawet zachęcali, by kupiła coś dzidziusiowi. - Ale ja jeszcze nie wiem czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka - odpowiadała im z uśmiechem.
    Mijały dni, tygodnie, lata, a zbrodnia na Równi Krupowej nie została rozwiązana.


    Archiwum X po 10 latach

    Po 10 latach akta sprawy trafiły do Komendy Wojewódzkiej w Krakowie, gdzie właśnie utworzono tzw. Archiwum X, specjalny wydział zajmujący się niewykrytymi zbrodniami, które popełniono na terenie Małopolski. Policjanci z Archiwum X najpierw przeanalizowali cztery tomy akt śledztwa, potem zaczęli szperać w innych, niewykrytych sprawach z Zakopanego i okolic. I tu bomba. Dokopali się lakonicznego meldunku, że 4 października, dwa tygodnie po zabójstwie Danuty F., nieznany mężczyzna na Równi Krupowej zaatakował 41-letnią góralkę wracającą z kościoła. Napastnik miał na łańcuchu ostry hak, dwa razy zatoczył nim koło nad głową i zapolował na kobietę. Co więcej, śledczy znaleźli jeszcze ważniejszego świadka, góralkę, która 30 września ratowała młodą dziewczynę

    - Ona miała ranę szarpaną nogi, ktoś zaatakował ją hakiem. Zawiozłam ją do szpitala i tam zostawiłam, nigdy więcej jej nie widziałam - zeznała góralka. W szpitalu nie został żaden ślad udzielenia pomocy rannej, która padła ofiarą bandyty, i to dzień po tym, jak zamordował Danutę F. Analiza danych z sekcji zwłok Danuty F. poparta opinią lekarzy sądowych pozwoliła stwierdzić, że jedna z ran zabitej pochodziła właśnie od takiego haka.

    - To był seryjny przestępca, atakował hakiem, starał się nim zwalić z nóg ofiary, a potem chciał zadawać ciosy nożem. W przypadku Danuty F. niestety był skuteczny - stwierdzili policjanci z Archiwum X. Wzięli pod lupę niewykryte sprawy dotyczące gwałtów. Zwłaszcza jedna rzuciła im się w oczy. Dotyczyła zgwałcenia zakonnicy, która przyszła pomodlić się do jednej z kaplic. Tu też nie wykryto sprawcy, który swój czyn popełnił w 1993 r.

    Przyznał się żonie

    Wydawało się, że zabójca jednak umknie sprawiedliwości, ale policjantom pomógł przypadek, a zwłaszcza nagłośnienie tej sprawy "hakowego" - bo tak go określano w mediach.
    W telewizji znalazł się materiał na ten temat z cyklu "Bez przedawnienia", wyemitowany we wrześniu 2004 r., dokładnie 11 lat od dokonania zbrodni. Kilka dni później na policję zgłosiła się młoda kobieta, Marta S., która zeznała, że jej mąż po oglądnięciu tego programu przyznał się jej, że to on jest "hakowym".


    - Mówił, że mieszkał wtedy w Zakopanem, po kilku latach przeniósł się do Krakowa, a tu założył rodzinę, mamy maleńkie dziecko, on pracuje w jednej ze stacji telewizyjnych jako elektryk - zeznała kobieta. Powiedziała, że kazała mężowi samemu zgłosić się na policje, ale odmówił, więc ona czuje się w obowiązku to zrobić za niego.

    Piotra S. zatrzymano na stadionie, gdy jako kibic wybrał się na mecz Wisły Kraków. Przyznał się do zabójstwa, w trakcie wizji lokalnej pokazał, gdzie zostawił zwłoki i gdzie wcześniej zaatakował kobietę. Opowiadał, że tamtego dnia pił alkohol w barze Green w Zakopanem z kolegą Kazimierzem S., obaj zauważyli przechodzącą kobietę w ciąży, a wtedy on poszedł za nią. Chwilę z nią rozmawiał, siedzieli na ławce i w pewnej chwili zasnął, a gdy się obudził, to był cały umazany krwią. Zauważył zwłoki kobiety i okaleczył je.

    Kolejne przesłuchania obfitowały w dalsze szczegóły zbrodni, ale mężczyzna zaczął zmieniać wersje zdarzeń, twierdził, że w przenoszeniu zwłok pomagali mu dwaj inni mężczyźni, nie umiał wytłumaczyć motywów swojego czynu, zadawania tak licznych ciosów nożem, który miał w plecaku. O haku cały czas milczał i nie chciał rozmawiać na ten temat.

    W końcu poddano mężczyznę długotrwałej obserwacji sądowo psychiatrycznej, której wyniki były jednoznaczne. Piotr S. dokonując zabójstwa 11 lat wcześniej był niepoczytalny, a stany chorobowe mają u niego tendencję powracającą.

    Sąd Okręgowy w Nowym Sączu na tej podstawie uznał w 2005 r., że Piotr S. zamordował w 1993 r. Danutę F., ale jednocześnie orzekł wobec mężczyzny umieszczenie w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze.

    Lekarze psychiatrzy nie mają bowiem wątpliwości, że w przyszłości mógłby z dużym prawdopodobieństwem dopuszczać się podobnych, okrutnych zbrodni. Mąż Danuty F. założył już nową rodzinę, ale gdy dowiedział się, że odnaleziono zabójcę, nie krył radości. Tym bardziej, że wieś podejrzewała cały czas, że to on krwawo pozbył się żony.

    #kryminalistyka
    #polska
    #kryminalne
    http://gazetakrakowska.pl/tajemnice-archiwum-x-hakowy-wpadl-po-11-latach/ar/1080298
    pokaż całość

  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Był mroźny poranek 8 grudnia 2010 roku. Ewelina Skwara (zdjęcie) bladym świtem wsiadła na swój czerwony składak (zdjęcie) i jak co dzień wyruszyła w drogę do szkoły. Od rodzinnego domu w Służewie Polu (kujawsko-pomorskie) do pobliskiego gimnazjum miała do pokonania zaledwie 2 km. Tego dnia nigdy tam jednak niedotarta, a jej rower, uszkodzony i porzucony na poboczu, zauważyła sąsiadka, która bezzwłocznie zawiadomiła rodziców 14-latki. Rodzina natychmiast wszczęła poszukiwania. Zawiadomiona policja spekulowała, że mogło dojść do wypadku samochodowego, jednak w tym miejscu i w tym czasie nikt nie zgłosił podobnego zdarzenia, a poszukiwania Eweliny po okolicznych szpitalach także nie przyniosły wyczekiwanych rezultatów. Rozpoczęto szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą, do której włączyło się ponad 200 strażaków, żołnierzy i okolicznych mieszkańców, którzy mimo złych warunków atmosferycznych, przeczesywali okoliczne lasy i pola. Niestety, nie pomógł także sprowadzony z Warszawy śmigłowiec wyposażony w specjalistyczną aparaturę do poszukiwań - kamery termowizyjne i do rejestracji obrazu w trudnych warunkach pogodowych. Nastolatka zapadła się jak kamień w wodę. (zdjęcie)

    Po kilku dniach, gdy przeszukanie 600 hektarów lasów i pobliskich terenów nie przyniosło rezultatów, tracąca wszelkie nadzieje rodzina poprosiła o pomoc jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego, który bez żadnych wątpliwości stwierdził, że dziewczynka nie żyje, a miejsce, gdzie znajdują się zwłoki opisał między innymi jako "święte", z figurami nieopodal.

    klik <- reportaż nagrany po 3 dniach od zaginięcia Eweliny

    Poszukiwania trwały w dzień i w nocy, przesłuchano także ponad 120 osób, zbadano ślady opon samochodowych zabezpieczone przy znalezionym rowerze. Zatrzymano nawet jednego podejrzanego mężczyznę, ale z braku dowodów został on wypuszczony.

    Za pomoc w odnalezieniu dziewczynki wyznaczono nagrodę 11 tys. zł - po 5 tys. od Komendanta Wojewódzkiego Policji w Bydgoszczy oraz od wójta Aleksandrowa Kujawskiego, a 1 tys. dołożyła anonimowa osoba.

    . . .

    4 stycznia 2011 roku podczas rutynowego obchodu podleśniczy z leśnictwa Dąbrowa Biskupia, administrującego laskami w Chlewiskach (czyli około 20 kilometrów od miejsca, w którym znaleziono porzucony rower Eweliny), natknął się na ciało młodej kobiety i niezwłocznie powiadomił policję. Szczątki znajdowały się w lesie, niedaleko lokalnej drogi, prowadzącej z Inowrocławia w kierunku Włocławka.

    klik <- szczegóły odnalezienia ciała (trochę obrzydliwe, dlatego podaję link, zamiast opisu)

    Miejsce odnalezienia zwłok było zgodne z opisem, który wcześniej podał Krzysztof Jackowski - teren był bagnisty, a nieopodal znajdował się cmentarz, którego figury widział jasnowidz z Człuchowa.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    Ciało było w stanie daleko posuniętego rozkładu oraz poszarpały je zwierzęta, co uniemożliwiło szybką identyfikację. O tym, że to ludzkie szczątki, przypominały tylko długie blond włosy. Prokurator zdecydował, że tylko kurtka i plecak wraz z zawartością znalezione przy ofierze zostaną pokazane matce zaginionej. Kobieta rozpoznała rzeczy córki, a kilka dni później tożsamość Eweliny Skwary potwierdziły badania DNA.

    Jeszcze przed wynikami badań genetycznych, 12 stycznia późnym popołudniem policjanci z Wydziału Kryminalnego komendy wojewódzkiej w Bydgoszczy doprowadzili do jednostki 26-letniego Jacka Urbańskiego. (wideo z zatrzymania)

    . . .

    JACEK URBAŃSKI, rocznik '84

    Przed zatrzymaniem mieszkał z rodzicami w małej wsi Koszczały (kujawsko-pomorskie) i pracował przy uboju zwierząt w pobliskich Radojewicach. W 2008 roku zamieszkał ze swoją konkubiną, z którą ma synka. Jednak dwa lata później wrócił do rodzinnego domu.

    Był dalekim krewnym swojej ofiary, jednak o tym, jak i w ogóle o jego istnieniu, rodzina Eweliny dowiedziała się dopiero po całym zdarzeniu. Ich ojcowie są kuzynami, lecz od lat nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Urbański jednak znał dziewczynkę, ponieważ od kilku miesięcy ją obserwował.

    Jego rodzinna miejscowość to zaledwie kilka domów wzdłuż wąskiej, gruntowej drogi (nawet samochód Google Maps tam nie zajeżdżał). Oczywiście, wszyscy się dobrze znali, a sąsiedzi mieli o Jacku bardzo dobre zdanie. Według nich był to zwykły, niczym się niewyróżniający, cichy chłopak, który nie sprawiał większych problemów. Do tego był baaaaardzo pobożny - co niedziele chodził do kościoła i przyjmował komunię. Gdy był młodszy chodził na każde majowe nabożeństwa i różaniec, a do dwudziestego roku życia był ministrantem (to chyba pasuje do nowego hasztagu @lakukaracza_ #mordercychrystusa (・へ・) ). Skończył tylko szkołę specjalną i gdyby nie jego wykształcenie, a raczej jego brak, zdaniem mieszkańców Koszczał Urbański nadawałby się do seminarium.

    Na imprezy nie chodził, nie pił, z podejrzanym towarzystwem się nie zadawał. Pracowity. Trochę zamknięty w sobie. Czasem się z niego nabijali, że jest taki nieśmiały w stosunku do dziewczyn. Zawsze spuszczał głowę w ich towarzystwie.

    - opowiada jedna z sąsiadek.

    Z kolei, jego znajomi uważali, że od dawna można było zauważyć, że ma pociąg seksualny do dzieci. Wodził wzrokiem za córką kolegi, a jeden z jego współpracowników zeznał:

    Pracował z nami facet, który siedział kiedyś za gwałt na dziewczynce. Widziałem, że przyglądał się Jackowi, kiedy obserwował tę dziewczynkę. Swój swojego wyczuje. A może obaj gapili się na nią równocześnie?

    Miał też obsesję na punkcie pisania SMS-ów, przez to często nie dosypiał w nocy. Nigdy nie rozstawał się ze swoim telefonem. Zanim doszło do morderstwa, szukał kobiety do współżycia, albo jak to sam określił "dziewczyny do poderwania". Był nachalny i wypisywał do różnych dziewczyn, a jedna z nich wspominała:

    Miałam wtedy góra 14 lat. Moi rodzice zatrudnili Jacka i jego ojca do remontu naszego domu. W czasie pracy Jacek często mnie zaczepiał. Gadał dziwne rzeczy. Na przykład, że jest śmiertelnie chory i zostało mu kilka miesięcy życia. Potem zdobył skądś mój numer. Dręczył mnie SMS-ami i telefonami. Pisał, że podglądał mnie przez okno.

    . . .

    Jacek Urbański zaplanował, za którym zakrętem uderzy w Ewelinę swoim peugeotem. Nie za mocno, żeby nic się jej nie stało. Wybrał do tego jedyny odludny fragment drogi, którą dziewczynka codziennie pokonywała. Nastolatka wylądowała w zaspie, a mężczyzna wysiadł z samochodu i wyciągnął ją ze śniegu. Wymierzył jej uderzenie w twarz z otwartej ręki i siłą zaciągnął do środka i wywiózł do lasu w okolicy Chlewisk. Doskonale znał ten teren, ponieważ był zatrudniony w masarni nieopodal. Kierując się do pracy na pewno nie było mu jednak tam po drodze, co wskazuje, że zbrodnię wcześniej zaplanował.

    To miejsce (...) koło cmentarza wybrał już wcześniej. Rozłożył kartony, bo na ziemi leżał śnieg. Kazał rozebrać się Ewelince. Wyciągnął nóż. Powiedział, że jak będzie głośno, to poderżnie jej gardło. Ale ona i tak krzyczała i płakała. Nie wiedział dlaczego, ale podobało mu się to. * Po zgwałceniu (którego opis był tak drastyczny, że nie został podany do opinii publicznej) kazał się jej się ubrać, położyć na plecach i naciągnąć czapkę na oczy. Posłusznie zrobiła to, o co ją prosił oprawca, wierząc, że wykonując jego polecenia przeżyje. Wtedy zadał dziewczynce kilka ciosów w okolice serca, co spowodowało wylew wewnętrzny i zgon na miejscu. Jej bielizną wytarł zakrwawiony nóż.

    Udusiłem ją przez pomyłkę, a potem poderżnąłem jej gardło. Zabić jej nie chciałem. Naprawdę tego nie planowałem. Po prostu się stało.

    - tłumaczył się później policji podczas przesłuchania.

    Kilka dni po zabójstwie Eweliny, rodzina Urbańskiego zgłosiła jego zaginięcie. Mężczyzna wyszedł z pracy i słuch o nim zaginął. Dodatkowo wysłał do swojego kolegi SMS-a z informacją, że został uprowadzony. Tego samego dnia wieczorem do dyżurnego Komendy Miejskiej Policji we Włocławku dotarła wiadomość, że w okolicach dawnej bazy MPK natrafiono na spalony samochód i jakiegoś mężczyznę, z którym trudno jest nawiązać kontakt. Mówił coś o tajemniczym BMW, które za nim jeździło i o kimś, kto woził go przez kilka dni w bagażniku, a potem zmusił, przystawiając coś zimnego do głowy, by spalił własne auto. Rysopis odpowiadał poszukiwanemu mieszkańcowi gminy Dobre. Młody człowiek trafił do włocławskiego szpitala, z którego został odebrany przez rodzinę. **

    Nie można wykluczyć, że po zamordowaniu Eweliny jego psychika nie wytrzymała, stąd taka irracjonalna próba zatarcia tropu.

    - przypuszczał jeden z funkcjonariuszy.

    Paradoksalnie, wymyślone przez niego porwanie, do którego miało rzekomo dojść pod Dąbrową Biskupią, pozwoliło mundurowym skojarzyć go ze sprawą zaginięcia Eweliny, lecz stało się to dopiero po odnalezieniu jej ciała.

    Informacja o zaginięciu Urbańskiego dotarła do Komendy Powiatowa Policji w Inowrocławiu, która połączyła pewne fakty - białego busa na radziejowskich numerach rejestracyjnych, którego posiadał podejrzany i którego policja zajmująca się sprawą zaginięcia dziewczyny zaczęła poszukiwać już kilka dni po znalezieniu jej roweru. Samochód widzieli świadkowie, a matka zamordowanej zeznała, że kilka miesięcy wcześniej córka zwierzała się, że stale mija ją to samo auto, z którego ktoś ją chyba obserwuje i obawiała się, że jest śledzona.

    Przez kilka tygodni odprowadzaliśmy ją do szkoły i ze szkoły. Czasami jeździła z bratem, czasami ze mną. Nie zauważyliśmy nic podejrzanego i daliśmy sobie z tym spokój.

    - opowiadała mama Eweliny.

    . . .

    Dowody zbrodni, czyli majtki dziewczyny i nóż, którym ją zadźgał, Urbański podrzucił do chlewni, w której pracował.

    Wiem, jaki to był nóż. Często wyciągał go przy nas. To był zwykły scyzoryk. Na każdym jarmarku można taki kupić. Zawsze otwierał nam nim coca-colę.

    - wspominał znajomy mordercy.

    Miesiąc po zabójstwie nastolatki, morderca wracał z pracy wraz z kolegami, gdy w radiowych wiadomościach podwali informację o odnalezieniu w pobliskim lesie zmasakrowanych zwłok.

    Kolega powiedział wtedy, że jakby dorwał tego skur * * * yna, który zabił tę dziewczynkę, to by go zaj * * * ł. Jacek się wtedy strasznie zdenerwował. Telefon mu wypadł z ręki. W domu zemdlał.

    . . .

    Materiały zgromadzone przez śledczych wystarczyłyby już w dniu zatrzymania postawić podejrzanemu zarzut porwania, zabójstwa i gwałtu ze szczególnym okrucieństwem.

    Sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa we Włocławku, na wniosek której sąd zastosował wobec zatrzymanego trzymiesięczny areszt tymczasowy (aleeee jak można się spodziewać, będzie on konsekwentnie przedłużany aż do chwili, gdy zapadnie prawomocny wyrok).

    Jacek Urbański przyznał się do winy. Pierwszy raz już podczas zatrzymania. Jak relacjonował jeden z funkcjonariuszy pracujących przy tej sprawie:

    Choć nie od razu poinformowaliśmy go, za co, sam spontanicznie zaczął opowiadać, co zrobił z Eweliną.

    Drugi raz w trakcie nocnego przesłuchania, a trzeci podczas wizji lokalnej, której przyglądała się matka zamordowanej dziewczynki. Podczas jej trwania policjanci bardziej obawiali się ataku tłumu i samosądu na podejrzanym niż o to, że im ucieknie. Za wszelką cenę starali się nie dopuścić mieszkańców Służewa do Urbańskiego.

    14 stycznia odbyło się trwające ponad godzinę posiedzenie aresztowe w sądzie, podczas którego podejrzany ponownie przyznał się do winy oraz skorzystał z prawa do domowy składania wyjaśnień. Zgodził się jednak odpowiadać na pytania sądu i potwierdził wszystko, co mówił wcześniej na przesłuchaniach.

    Wyniki sekcji zwłok potwierdziły gwałt na dziewczynce, znaleziono również materiał genetyczny należący do podejrzanego.

    . . .

    20 stycznia 2011 na cmentarzu w Goszczewie odbył się pogrzeb Eweliny Skwary. Została pochowana obok swojej siostry bliźniaczki Patrycji, która zmarła dwa dni po ich urodzeniu, także 8 grudnia, tylko 14 lat wcześniej... Przerażający zbieg okoliczności.

    Mimo złej pogody w Służewie pojawiły się setki ludzi z całego województwa. Już pół godziny przed rozpoczęciem mszy kościół w Służewie był zapełniony. Dziesiątki ludzi nie zmieściło się w świątyni. ***

    (zdjęcia)

    Pomnik na mogile dziewczynek ufundowali okoliczni mieszkańcy.

    . . .

    W miejscu odnalezienia ciała Eweliny, jej rodzice postawili głaz z tablicą upamiętniającą.

    (zdjęcie) (zdjęcia)

    . . .

    Podejrzany został poddany obserwacji psychiatrycznej i według opinii biegłych podczas zbrodni był poczytalny.

    . . .

    Pod koniec czerwca do sądu wpłynął akt oskarżenia przeciwko Urbańskiemu.

    Jacek U. oskarżony jest o to, że 8 grudnia na drodze pomiędzy Służewem Pole a Służewem pozbawił wolności 14-letnią Ewelinę S., co łączyło się ze szczególnym udręczeniem. Najpierw potrącił ją samochodem marki peugeot, a następnie przy użyciu przemocy umieścił ją w bagażniku samochodu, wywiózł do lasu w okolicy miejscowości Chlewiska, gdzie przy użyciu przemocy i groźby jej użycia doprowadził do zgwałcenia. Następnie, działając z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia małoletniej, zadał jej kilka ciosów nożem w okolice serca. W ten sposób spowodował zgon.

    - argumentował prokurator.

    . . .

    Ewelina była najmłodsza z piątki rodzeństwa. Niestety, jej śmierć nie była ostatnią tragedią w rodzinie Skwarów - około dziewięciu miesięcy po jej zaginięciu, 3 sierpnia 2011 roku jej 24-letni brat Przemek zginął w wypadku.

    40-letnia kobieta kierująca tico uderzyła w jego motorower. Chłopak zmarł po kilku godzinach od przywiezienia do szpitala.

    (zdjęcia)

    . . .

    W październiku we włocławskim sądzie ruszył proces. Ze względu na charakter tej sprawy prokurator wnioskował o wyłączenie jawności, mimo to rodzice zamordowanej dziewczynki tuż przed wejściem na salę podkreślali, że zależy im na wyłączeniu jawności procesu.

    Złożyliśmy taki wniosek, ponieważ chcieliśmy, aby wszyscy dowiedzieli się, co czeka sprawców, którzy dopuszczają się takich czynów.

    - mówiła matka Eweliny.

    Nie mamy żadnego interesu w tym, by chronić rodzinę Urbańskich. Cała Polska powinna się dowiedzieć, jakiego człowieka wychowali!

    - dodał ojciec.

    pokaż spoiler Rozumiem żal i emocje taty zamordowanej, ale taka odpowiedzialność zbiorowa (o której zresztą pisałam [tutaj](http://sofaforlife.com/wpis/35898143/od-1-stycznia-2018-dziala-w-polsce-publiczny-rejes/)) jest niesprawiedliwa i krzywdząca...


    Sąd podjął jednak decyzję o zniesieniu jawności procesu, tłumacząc swoją decyzję dobrem pokrzywdzonych, jak i troską o interes sprawcy i jego rodziny. Proces toczył się więc za zamkniętymi drzwiami.

    . . .

    Podczas procesu byli przesłuchiwani aż 243 świadkowie. Podobno Urbański ani razu na spojrzał na rodzinę zamordowanej, a na pytania odpowiadał tylko dwoma słowami - "tak" lub "nie".

    Odbyło się siedem rozpraw. Oskarżony na żadnej nie powiedział, że przeprasza.

    . . .

    19 marca 2012 zapadł nieprawomocny wyrok - dożywocie z możliwością przedterminowego zwolnienia po odbyciu 35 lat kary pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych.

    klik <- odczytanie wyroku

    W uzasadnieniu wyroku sędzia powiedział, że dopiero w mowie końcowej morderca wyraził skruchę i przeprosił za swój czyn.

    Rodzice Eweliny przyjęli wyrok z ulgą i nie odwoływali się od niego. Matka zamordowanej podczas uzasadnienia płakała, a ojciec, po wyjściu z sali sądowej życzył skazanemu by nie dożył wyjścia zza krat.

    Sam Urbański, jak i jego adwokat (o dziwo!) także nie odwołali się od wyroku, który w związku z tym uprawomocnił się po 7 dniach
    . . .

    Ewelina w grudniu tego roku kończyłaby 22 lata.

    . . .

    klik <- reportaż Telewizji Kujawy, nagrany po ponad 2 latach od zaginięcia Eweliny

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stad, stąd i stąd

    * źródło
    ** źródło
    *** źródło

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczencow. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #gruparatowaniapoziomu


    • • •

    UWAGA, UWAGA, UWAGA! POSZUKUJĘ POMOCNIKA LUB POMOCNICY! :)

    Potrzebuję osoby, albo i kilku, do redagowania moich tekstów przed wrzuceniem. Bardzo zależny mi, żeby owi pomocnicy mieli dużą wiedzę z zakresu polonistyki i nauczyli mnie pisać poprawnie, dawali rady i nie krzyczeli. ( ͡° ʖ̯ ͡°) Nie chodzi mi tylko o wyłapywanie literówek czy niepotrzebnych przecinków - chciałabym by ktoś pokierował mną jak nie popełniać błędów stylistycznych, nie zmieniać czasu w trakcie pisania itd.

    Jeżeli ktoś jest chętny - proszę pisać na priv.
    pokaż całość

    źródło: indeks.jpg

  •  

    Strzelanina w sklepie monopolowym przy 5601 South Main Street, 14 lipca 1951 rok.

    "Paul Anastas -- 58 years (victim of 353 West 69th Street); Detective Sergeant J. L. Lamonica; Lieutenant A. A. Ruiz; Lieutenant Bill Cummings; "

    Galeria

    #starszezwoje - blog ze starymi grafikami, miedziorytami, rysunkami z muzeów oraz fotografiami

    #historia #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #fotohistoria #kryminalistyka #myrmekochoria
    pokaż całość

    źródło: monopolowy.jpg

    +: S............z, kmhh +24 innych
  •  

    Dziś pod tagiem #polskiepato prawdziwe patologiczna historia. Proszę zaparzyć dużo czaju, wołać sąsiadów, wkładać stopy do miednicy z wodą i musztardą (podobno zdrowe) i rozsiąść się do czytania!

    Ciężko było mi tę historię poskładać w jedną całość, bo doniesienia medialne nieco się od siebie różniły i wszędzie panował straszny chaos informacyjny. Mam nadzieję, że cała opowieść trzyma się kupy i nie pomyliłam kolejności zdarzeń.

    • • •

    Joanna pochodziła z małej wsi w powiecie ostródzkim, z rodziny z trudnościami finansowymi, ale nie patologicznej. Gdy miała 16 lat związała się z 12 lat starszym od siebie mężczyzną, z którym dość szybko założyła rodzinę i zamieszkała w okolicach Olsztyna. Niestety, ich związek nie należał do udanych i jak wynika z relacji kobiety, partner bił ją, znęcał się nad ich wspólnymi dziećmi i nadużywał alkoholu. W 2010 roku niespełna 26-letnia ciężarna Joanna uciekła od swojego oprawcy i wraz z czwórką dzieci znalazła schronienie w Ośrodku Interwencji Kryzysowej w Olsztynie (warmińsko-mazurskie). W tym samym budynku mieścił się punkt Caritasu Archidiecezji Warmińskiej, w którym pomagał 28-letni Piotr G. (zdjęcie)

    Piotr jako dziecko przeszedł nieudaną operację kręgosłupa, przez co został inwalidą i poruszał się na wózku. Mimo swojego upośledzenia fizycznego był aktywnym i zaradnym życiowo człowiekiem - ukończył studia teologiczne, jeździł samochodem, był lektorem, działał w ruchu studenckim pomagającym potrzebującym i angażował się w życie swojej dzielnicy. Był osobą bardzo lubianą i popularną, właśnie ze względu na swoje charytatywne działalności. Służył także do mszy, ponieważ był człowiekiem głęboko wierzący, a jego marzeniem było pójście do seminarium, na co nie pozwoliła mu jego niepełnosprawność.

    Mężczyzna zaangażował się w pomoc Joannie i jej dzieciom, usiłując stworzyć im jak najlepsze warunki do życia. Szybko zaprzyjaźnił się z kobietą, a szczególna więź powstała także między nim, a jej dziećmi, którym poświęcał sporo czasu, troszczy się i wozi na kolanach. Po kilku miesiącach znajomości Piotr oświadczył się kobiecie, mimo sprzeciwu jego bliskich. Przyjaciele odradzali mu ten związek, jednak mężczyzna był po raz pierwszy w życiu zakochany i nie zważał na niczyje słowa. Kobieta wraz z piątką swoich dzieci wprowadziła się do mieszkania Piotra jesienią 2010 roku, a niecały rok od pierwszego spotkania para pobrała się.

    Po niedługim czasie wspólnego życia Joanna przestała przypominać tą miłą i zagubioną dziewczynę, którą była na początku znajomości z Piotrem. W domu nieustannie wybuchają awantury, a kobieta stała się roszczeniowa, miała pretensje do męża, że nie spełnia jej oczekiwań i wymagań. Zaczęła coraz częściej wychodzić z domu i spotykać się z innymi mężczyznami, a mężowi kazała w tym czasie opiekować się dziećmi. Sprowadzała kochanków nawet do ich wspólnego mieszkania. W końcu związała się z sąsiadem Jackiem P. i specjalnie nie kryła się z tym związkiem przed swoim mężem. Uprawiała nawet seks z P., gdy w drugim pokoju przebywał Piotr. Mąż czuł się upokorzony, a konflikty między małżonkami narastały. Joanna w kłótniach stawała się coraz bardziej agresywna, przez co dochodziło nawet do rękoczynów. Wyzywała męża, zastraszała, biła i zrzucała z wózka inwalidzkiego.

    . . .

    O kochanku Joanny wiem tylko tyle, że był pracownikiem oponiarskiej firmy Michelin i wcześniej był notowany za jazdę pod wpływem alkoholu.

    . . .

    Jacek P. wprowadza się do mieszkania Piotra i Joanny, co doszczętnie załamuje psychicznie niepełnosprawnego mężczyznę. Zaczyna często bywać poza domem i tułać się samotnie po Olsztynie, a nawet żebrać, ponieważ momentami nie miał co jeść.

    W lutym 2013 roku Piotr wnosi pozew o rozwód i eksmisję niewiernej małżonki z mieszkania.

    Joanna zachodzi w szóstą ciążę, a ojcem dziecka jest jej kochanek. Gdy Piotr dowiaduje się o tym, prosi żonę by zostawiła Jacka P. i deklaruje, że wychowa jej kolejne dziecko. Kobieta jednak planuje ułożyć sobie życie z nowym partnerem, choć nie chce stracić mieszkania, które jest własnością jej męża, dlatego groźbami próbuje nakłonić go do wycofania sprawy z sądu. Joanna staje się jeszcze bardziej agresywna, a Piotr żalił się znajomym, że nawet grozi mu nożem. Mężczyzna obawiał się o swoje życie, dlatego wyprowadza się z mieszkania i przez pewien czas przebywa w Specjalistycznym Ośrodku Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. Składa też zawiadomienie przeciwko Joannie o popełnienie przestępstwa z art. 207 § 1 k.k. czyli znęcanie się fizycznie lub psychicznie, jednak odmówiono wszczęcia dochodzenia w tej sprawie.

    W marcu 2013 roku Piotr sporządza testament, w którym wydziedzicza żonę oraz jej dzieci.

    . . .

    29 kwietnia 2013 roku Joanna (wtedy 29-latka) i Jacek P. (41) spotkali się ze swoim znajomym Łukaszem K. (31).

    . . .

    Łukasz K., słabo znał Jacka i Joannę. Jego zdaniem, tego dnia chciał się tylko upić, ponieważ musiał uczcić to, że jego dziewczyna miała niedługo urodzić dziecko, do tego za kilka dni (lub według innego źródła - już kilka dni temu) kończył mu się dozór elektroniczny, który miał zasądzony za jazdę pod wpływem alkoholu. A przynajmniej sam tak twierdzi i przedstawia trochę inną wersję wydarzeń -> klik
    Polecam przeczytać jego relację po przeczytaniu mojego tekstu.

    . . .

    W trakcie wspólnej alkoholizacji wpadli na pomysł pozbycia się Piotra (31). Joanna zadzwoniła do swojego męża i zasugerowała, że przemyślała jego propozycje i chciałaby z nim na ten temat porozmawiać. Późnym wieczorem małżonkowie udają się na spacer przez osiedle Nagórki. Kobieta wywozi Piotra na wózku w okolice starego parku, gdzie w krzakach czekali już na nich Jacek i Łukasz. Dwaj bandyci zrzucają mężczyznę z wózka i brutalnie biją. Najpierw próbują skatować go na śmierć, potem dusić rekami, jednak mężczyzna wciąż oddychał. Zacisnęli mu więc na szyi pętlę z paska od spodni. Następnie rozebrali ciało Piotra G., a ubrania usiłowali spalić w opuszczonej ruderze. (zdjęcie) (zdjęcie) Druga wersja wydarzeń mówi, że próbowali spalić zwłoki, jednak udało im się zwęglić tylko ciuchy denata.

    Nagie zwłoki Piotra porzucili w krzakach, a w drodze powrotnej wrzucili do studzienki kanalizacyjnej telefon ofiary, który wraz z portfelem zabrali z miejsca zbrodni, by upozorować motyw rabunkowy. Po morderstwie cała trójka udaje się do mieszkania Joanny i jej martwego już męża, gdzie urządzają zakrapianą imprezę oraz orgię, ponieważ kobieta proponuje im seks w trójkącie, na który podobno już wcześniej mieli się umawiać.

    Następnego dnia w południe przypadkowy przechodzień zauważa ciało mężczyzny w okolicach placu zabaw przy ulicy Barcza i natychmiast wzywa policję.

    Martwy mężczyzna leżał pod drzewem, ale podczas przeszukiwania terenu znaleziono portfel ofiary (...) W portfelu był dowód osobisty z adresem, więc policjanci zaraz się tam pojawili i zastali żonę Piotr G. oraz "przyjaciela domu" Jacka P. Oboje udawali, że nie mają o niczym pojęcia.

    - opowiadał rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie.

    Gdy biegli stwierdzili, że Piotr został uduszony, natychmiast zatrzymano jego żonę i jej kochanka. Przyciśnięci przyznali się do winy oraz wskazali trzeciego sprawcę. Łukasz K. także przyznał się do zarzucanych mu czynów i złożył obszerne wyjaśnienia. Cała trójka trafia do aresztu, a Joanna, z uwagi na to, że była w ciąży, do specjalnego oddziału aresztu w Ostródzie.

    Na początku maja odbyła się wizja lokalna z udziałem sprawców.

    Zdjęcia Jacka P. podczas wizji lokalnej -> klik, klik, klik, klik

    Podejrzani o morderstwo zaczęli zmieniać zeznania. Po tym, jak początkowo przyznali się do winy, później każdy przedstawia inną wersję wydarzeń, co zaczyna komplikować sprawę.

    . . .

    Tłumy przyjaciół i znajomych uczestniczyły w pogrzebie Piotra na cmentarzu w Dywitach, który odbył się 9 maja.

    klik <- relacja z pogrzebu
    klik <- wypowiedzi bliskich zamordowanego

    . . .

    W grudniu 2013 roku prokuratura rejonowa Olsztyn-Południe przesłała do sądu akt oskarżenia, w którym zarzuca zabójstwo całej trójce oskarżonych. Jak czytamy w komunikacie z ich strony internetowej:

    W dniu 16.12.2013r. Prokurator Rejonowy Olsztyn – Południe w Olsztynie skierował do miejscowego Sądu Okręgowego akt oskarżenia p – ko Joannie G., Jackowi P. i Łukaszowi K.

    Zostali oni oskarżeni o to, że w dniu 29.04.2013r. w Olsztynie, działając wspólnie i w porozumieniu z zamiarem bezpośredniego pozbawienia życia Piotra G., w ramach ustalonego podziału ról, zgodnie z którym Joanna G. przekazała Jackowi P. i Łukaszowi K. materiały do owinięcia rąk, aby nie zostawili śladów, a następnie wyprowadziła poruszającego się na wózku inwalidzkim Piotra G. z mieszkania w ustalone miejsce, gdzie wymieniony został zaatakowany przez Jacka P. i Łukasza K., którzy po wepchnięciu go w krzaki i zrzuceniu z wózka inwalidzkiego bili go pięściami i kopali po całym ciele oraz dusili paskiem, w następstwie czego doznał on licznych obrażeń ciała powodujących zatrzymanie krążenia i oddychania oraz aspiracje krwi do górnych dróg oddechowych, co skutkowało jego zgonem.

    . . .

    Joanna została pozbawiona praw rodzicielskich, a jej pięcioro dzieci trafiło do rodzin zastępczych i do Domu Dziecka.

    W 2014 roku urodziła w areszcie szóste dziecko, które zaraz po przyjściu na świat zostało adoptowane przez ludzi, którzy nie wiedzieli, że jego rodzicami jest para morderców.

    . . .

    (zdjęcie)

    . . .

    Proces ruszył 28 lutego 2014 i jak podaje olsztyńska gazeta:

    Ze względu na drastyczność sprawy i konieczność ochrony dobrych obyczajów sąd utajnił przebieg procesu na czas składania wyjaśnień przez oskarżonych.

    Wiadomo jedynie, że Joanna nie przyznała się do winy, zaś oskarżeni mężczyźni przyznali się tylko pośrednio, bo nie do zamierzonego zabójstwa, lecz tylko do pobicia ze skutkiem śmiertelnym.

    W jawnej już części procesu zeznawał biegły lekarz sądowy. Stwierdził, że ofiara przez kilka minut była duszona. Miała też poważne obrażenia głowy: złamaną szczękę, oczodół, kość jarzmową, a także krwiaki mózgu. Wszystko to razem było przyczyną śmierci Piotra G.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    . . .

    14 maja 2014 zapadł pierwszy wyrok - Joanna oraz Jacek P. zostali skazani na dożywocie. Natomiast Łukasz K. na 15 lat pozbawienia wolności, co według strony internetowej Sądu Apelacyjnego w Białymstoku zostało uargumentowane w ten sposób:

    Sąd uznał, że podejmowane przez Łukasza K. czynności nie miały charakteru wiodącego i nie nosiły drastycznego charakteru. Jego rola w zdarzeniu była dopełniająca, nie miał on też pełnej wiedzy na temat motywów kierujących pozostałymi oskarżonymi. Zatem orzeczona wobec niego kara winna być niższa.

    Sędzia nie miał wątpliwości co do winy skazanych. Nie pomogły łzy i zapewnienia morderczyni, że jest niewinna.

    Po ogłoszeniu wyroku widownia na sali Sądu Okręgowego w Olsztynie zaczęła bić brawo.

    Przewodniczący składu sędziowskiego powiedział, że kara dożywotniego więzienia dla dwójki oskarżonych jest karą adekwatną do popełnionej zbrodni.

    Joanna G. i jej przyjaciel planowali zabójstwo Piotra. Jednym z motywów było przejęcie jego mieszkania, w którym planowali wspólne dalsze życie. (...) Oskarżona doznała samej dobroci od Piotra G., przyjął ją i jej piątkę dzieci pod swój dach, żebrał na ulicach, by utrzymać całą rodzinę, a ona nie potrafiła tego docenić.

    - mówił, uzasadniając wyrok sędzia.

    (tutaj są zdjęcia z tego procesu)

    Wyrok nie był prawomocny, a apelację wnieśli obrońcy całej trójki oskarżonych. Domagali się dla nich niższych kar, argumentując to następująco:

    Obrońca Joanny G. uważa, że powinna ona ponieść odpowiedzialność jedynie za pomocnictwo do czynu popełnionego przez pozostałych oskarżonych, ewentualnie w przypadku uznania jej za współwinną zabójstwa, z uwagi na poboczną rolę, złożenie obszernych wyjaśnień, wcześniejszą niekaralność i młody wiek należy wymierzyć jej karę znacznie łagodniejszą.

    Obrońca Jacka P., domagając się uchylenia wyroku i przekazania sprawy do ponownego rozpoznania sądowi I instancji zarzucił naruszenie szereg przepisów procedury karnej oraz błąd w ustaleniach faktycznych polegający na przyjęciu m.in., że oskarżony ten działał z zamiarem bezpośrednim zabójstwa. Z ostrożności procesowej, na wypadek nieuwzględnienia tych zarzutów, wniósł o złagodzenie wymierzonej oskarżonemu kary.

    Natomiast obrońca Łukasza K. wniósł o zmianę wyroku poprzez uznanie, że oskarżony ten wypełnił swoim zachowaniem znamiona przestępstwa z art. 158 § 1 k.k. bądź wymierzenie mu kary znacznie łagodniejszej.*

    (Art. 158. § 1. - Kto bierze udział w bójce lub pobiciu, w którym naraża się człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo nastąpienie skutku określonego w art. 156 § 1 lub w art. 157 § 1, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.)

    5 listopada odbył się proces apelacyjny, w którym zapadł już prawomocny wyrok. Sąd Apelacyjny w Białymstoku złagodził karę dla Joanny i Jacka P. z dożywocia na karę 25 lat więzienia z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 15 latach. Wyrok Łukasza K. pozostał bez zmian.

    Dożywocie jest karą eliminacyjną i nie daje szansy na wyjście z zakładu karnego. Stosuje się je wobec osób zdemoralizowanych, które nie poddają się resocjalizacji. Sąd uznał, że Joanna G. i Jacek P. nie są na tyle zdemoralizowani, że powinni być trwale wyeliminowani ze społeczeństwa.

    - tak sędzia opisywał uzasadnienie wyroku.

    Wyjaśnił także, dlaczego kobiecie został przypisany współudział w zabójstwie, a nie jedynie pomocnictwo. Przypominał, że współsprawcą może być także osoba, która własnoręcznie "nie zabija, nie zadaje ciosów, nie kopie, nie strzela, nie topi, nie dusi". Sędzia mówił, że jeżeli oskarżonej "przyświecał" zamiar zabicia męża, cała trójka miała taki plan, a rolą żony był "udział w istotnym elemencie tego planu" (m.in. zwabienie męża do domu i wyprowadzenie go w ustronne miejsce) - jej współdziałanie w tej zbrodni było ewidentne.

    Sąd apelacyjny wziął pod uwagę m.in. niekaralność sprawców. - Nie są ludźmi zdegenerowanymi do cna, których należy traktować jako sprawców o małym procencie (szans na) poddanie resocjalizacji - powiedział sędzia, przywołując opinie psychologów i psychiatrów.

    Sąd ocenił też, iż zbrodnia nie została dokonana z premedytacją, bo pomysł "pozbycia się" męża kobiety zrodził się nagle, gdy ten nie chciał zostać w domu z dziećmi kobiety (z innego związku); nie było też szczególnego okrucieństwa. Nie wiadomo, kto pomysł zabójstwa podsunął. **

    . . .

    To przerażające i zadziwiające zarazem ile upokorzeń jest w stanie znieść człowiek by zmusić kogoś by go kochał. I gdzie jest granica pomiędzy szlachetnością, dobrocią, a zwykłą głupotą, naiwnością i brakiem doświadczenia?

    . . .

    klik <- ciekawy artykuł na ten temat, rozbudowany o wiele wypowiedzi znajomych Piotra G.
    klik <- reportaż UWAGI na ten temat
    klik <- odcinek serii dokumentalnej "Polskie zabójczynie" z telewizji kryminalnej Crime+Investigation Polsat na temat tej zbrodni, mało szczegółowy, ale z inscenizacją wydarzeń

    • • •

    Wszystkie informacje, które zawarłam w tym tekście pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    * źródło
    ** źródło

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu polskiepato. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    . . .

    Zapraszam także do obserwowania mojego drugiego hasztagu rejestrzboczencow, gdzie przedstawiam sylwetki gwałcicieli i pedofili z Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #patologiazmiasta #olsztyn #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: tooooooo.jpg

  •  

    Leonardas Zavistonovičius - masowy morderca z Drawczy o polskich korzeniach

    Jest niedziela 15 lutego 1998, około godziny 4 rano Zavistonovičius uzbraja się w rosyjski karabin myśliwski IZH-12 oraz karabinek czeskiej produkcji ZKK-601 z celownikiem optycznym - obie bronie posiadał legalnie, a pozwolenie zostało odnowione mniej niż rok przed tymi wydarzeniami.

    Tak uzbrojony Zavistonovičius najpierw udał się do najbardziej oddalonego od jego farmy domu. Jego właścieciel, Jonas Bareika (40 lat), został zastrzelony w własnym łóżku. Zabita została także partnerka Bareikasa, Marytė Rutkauskienė, która w tym czasie robiła stojaki na miotły. Po wszystkim udał się do sąsiada Bareikasa, Leonasa Garbatavičiusa (58 lat), którego zastrzelił przed drzwiami frontowymi jego domu. Następnym przystankiem była farma Vrubliauskasów, gdzie zabił Vytautasa Vrubliauskasa (38 lat) i ranił jego matke Jadvyge (76 lat) i siostrę Zofiję (42 lata). Zofija, która mieszkała w Širvintos, przyjechała w odwiedziny na weekend, zmarła tej samej nocy w czasie operacji w szpitalu w Sirvintos. Jadvyga zmarła tydzień później w szpitalu w Wilnie.

    Sprawca następnie wyruszył do domu Raudeliūnasów, który był najbliżej jego własnego domostwa. Kolejnymi ofiarami były Vanda Raudeliūnienė (66 lat) i córka, która ją odwiedzała Dalia Kalibatienė (48 lat), starsza porucznik w litewskim Ministerstwie Obrony Narodowej. Zavistonovičius zastrzelił także psa, który próbował obronić kobiety.

    By móc położyć się na zlodowaciałej ziemi morderca przyniósł z własnego domu materac i położył się na nim by zastawić zasadzkę na Antanasa Raudeliūnas, jego zięcia Mindaugas Kalibatas i wnuków Viliusa (17 lat) i Tadasa. Mężczyźni zbierali drewno w pobliskim lesie. Usłyszeli strzały ale nie zaniepokoili się od razu, gdyż myśleli że to myśliwi są na polowaniu. Gdy czterech mężczyzn wyszło z lasu Zavistonovičius postrzelił Mindaugasa Kalibatas w klatkę piersiową lecz był to tylko lekki postrzał, który nie sprawił poważnych uszkodzeń wewnętrznych. Potem sprawca postrzelił Viliusa, który biegł by pomóc ojcu. Gdy morderca zbliżył się do nich, Kalibatas i jego drugi syn Tadas, zaatakowali go, zabrali broń i pobili do nieprzytomności.

    Jako, że nikt w wiosce nie miał telefonu Mindaugas Kalibatas sam zawiózł syna Viliusa do szpitala w Sirvintos, oddalonego o około 15 kilometrów. Niestety Vilius zmarł w drodze. Szpital powiadomił policję i wysłał karetki na miejsce zdarzenia. Zofija Vrubliauskaitė i Jadvyga Vrubliauskienė nadal żyły. Zavistonovičius został aresztowany i przewieziony do szpitala, gdzie około godziny 22 zmarł w wyniku pęknięcia podstawy czaszki.

    Litewski rząd zareagował na najwyższych szczeblach, gdyż istniała obawa iż masakra miała podłoże polityczne i mogła spowodować dalszą przemoc. Wydarzyło się to także w czasie osiemdziesiątej rocznicy odzyskania niepodległości przez Litwę. Zavistonovičius był członkiem polskiej mniejszości narodowej na Litwie, która ma napięte stosunki z litewskim rządem. Wszystkie ofiary były litewskiej narodowości. Wice minister Gediminas Vagnorius powołał specjalna komisję do zbadania okoliczności zbrodni, w tym czasie sekretarz prasowy prezydenta Algridasa Brazuskasa starał się przekonać media, by opóźniły wioadomość aż do wyjazdu z Litwy Aleksandra Kwaśniewskiego, ówczesnego prezydenta Polski, który uczestniczył w uroczystościach w Wilnie.

    W wyniku przeprowadzonego śledztwo ustalono, że masakra spowodowana była chorobą psychiczną (uporczywe zaburzenia urojeniowe oraz schizofrenia), a nie pobudkami politycznymi. Zavistonovičius posiadał broń myśliwską od roku 1975. Pozwolenia były cyklicznie odnawiane. W procesie odnawiania, Zavistonovičius musiał przejść badania psychiatryczne. Żaden z lekarzy, którzy badali go nie zauważył nic podejrzanego, co wywołało wiele kontrowersji. W czasie śledztwa odkryto, że w 1985 sprawca został skierowany i leczony w Wileńskim Szpitalu Psychietrycznym. Zavistonovičius był żonaty trzy razu. Ostatnia z żon odeszła od niego 10 miesięcy przed rzezią w Drawczy. Opisała go jako chorobliwie zazdrosnego i miał manię prześladowczą, mimo wszystko sąsiedzi widzieli w nim inteligentnego i pomocnego człowieka. Bliscy zaczęli dostrzegać różne symptomy już w roku 1978, którego mogą mieć związek z wypadkiem samochodowym z 1976. W świetle tych odkryć, prokuratora oskarżyła siedmiu lekarzy, którzy badali Zavistonovičiusa w związku z pozwoleniem o broń, o zaniedbanie obowiązków. Jednakże, stwierdzono że do tych zaniedbań nie doszło, bo bez scentralizowanej bazy danych nie mogli oni wiedzieć, że Zavistonovičius był leczony psychiatrycznie, a jego symptomy były skutecznie ukrywane i maskowane na tyle, by przejść krótkie badanie bez żadnych podejrzeń.

    pokaż spoiler W sieci jest mało informacji o samym sprawcy i wydarzeniu, czy był on lub czuł się polakiem, nie wiem. Na niektórych stronach piszą o nim jako o Polaku, na innych jako o Litwinie.
    Tłumaczenie z ang. wikipedii.
    #seryjnimordercy #kryminalne #kryminalistyka #swiat
    pokaż całość

  •  

    Vladislav Roslyakov - osiemnastoletni zamachowiec z Kerczu

    Vladislav już od lat najmłodszych lat postrzegany był jako dziecko okrutne, które torturowało koty na swoim rodzinnym osiedlu. Gdy miał około 10 lat jego rodzice rozwiedli się. Powodem miał być poważny uraz głowy, którego doznał ojciec. Uraz ten wpłynął na jego zachowanie, stał się agresywny w stosunku do syna, żony jak i innych krewnych.

    Roslyakov uczył się w lokalnej szkole, jednak nauka nie była jego mocną stroną i po prostu chciał zdać kolejny semestr. Nie miał żadnych przyjaciół oraz bliskich znajomych. Jego głównymi hobby były bronie oraz gry video.

    W 2015 roku zaczął studia na kierunku elektrotechnicznym. W czasie studiów pogłębiło się w nim zainteresowanie bronią oraz doszły do tego materiałami wybuchowymi. Przy okazji zapisał się także na zajęcia z walki nożami bagnetowymi. Regularnie ćwiczył też na siłowni, jako że chciał powiększyć swoją masę mięśniową. W sieci krążą także plotki jakoby Roslyakov wraz z matką uczęszczał na spotkania Świadków Jehowy.

    Rosyjska stacja RBK TV przeprowadziła wywiad z znajomym Roslyakova, który powiedział, że "nienawidził on swojej szkoły i przysiągł zemstę na nauczycielach". W dniach poprzedzających atak rozprawiał w mediach społecznościowych nad brakiem sensu życia, możliwej strzelaninie oraz samobójstwie.

    Kamery bezpieczeństwa uchwyciły na filmie Roslyakova niosącego ośmiostrzałową strzelbę Hatsan Escort Aimguard o kalibrze 12 GA z chwytem pistoletowym. Ubrany był w czarne spodnie oraz T-shirt z napisem "hatred" (pol. nienawiść). Jego strój przypominał ten noszony przez Erica Harrisa (jednego z zamachwców z pamiętnej masakry w liceum w Kolorado), co doprowadziło do spekulacji iż zamach z Kerczu był nim inspirowany.

    Roslyakov zakupił strzelbę 8 września bieżącego roku, a 13 października dokupił do niej 150 nabojów. Wszystko zostało nabyte legalnie w sklepie z bronią.

    Kilku świadków widziało zamachowca chodzącego w te i z powrotem po korytarzach Politechniki i strzelającego do przypadkowych uczniów i nauczycieli, aż skończyła mu się amunicja. Wtedy też nastąpił wybuch bomby. Lokalna policja podała do wiadomości, że na kampusie było więcej ładunków wybuchowych, na szczęście zostały one rozbrojone. Jedna z osób, którym udało się przeżyć atak powiedziała, że trwał on ponad 15 minut.

    Na stronie internetowej miasta, możemy odczytać, że eksplozja nastąpiła na pierwszym piętrze budynku, natomiast strzelanina miała miejsce na drugim. Uczniowie, którzy widzieli eksplozje opisali, że wybiła wszystkie okna w budynku, a po niej ludzie zaczęli uciekać z budynku.

    Wice minister Krymu Sergei Aksyonov w wywiadzie stwierdził, że możliwe iż napastnik posiadał wspólnika, który kierował młodym Roslyakovem i poszukują oni tej osoby,

    Większość ofiar to nastolatkowie. 15 uczniów i 5 nauczycieli zginęło od ran postrzałowych, 74 osoby były lub nadal są hospitalizowane, kilku osobom trzeba było dokonać amputacji.

    #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #terroryzm
    pokaż całość

    źródło: images.jpg

    +: T......s, S............z +237 innych
  •  

    Od 1 stycznia 2018 działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym.

    Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani.

    Pod tagiem #rejestrzboczencow przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wystalkować.

    • • •

    Były prośby o napisanie o jakiejś kobiecie, także proszę - dziś przedstawiam Wam Bonnie i Clyde Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym! ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    . . .

    KATARZYNA HARAZIN, rocznik '88
    BŁAŻEJ AMBROŻKO, rocznik '84

    Katarzyna i Błażej byli parą lub jak kto woli - konkubentami. W maju 2014 roku zaprosili do swojego mieszkania w centrum Białegostoku 45-letnią Ewę*, którą poznali wcześniej przypadkowo. Kobieta chętnie przystała na propozycję wspólnej imprezy, jednak szybko okazało się, że nowi znajomi nie mają co do niej dobrych zamiarów. Gospodarze zabarykadowali drzwi na klatkę schodową i po uwięzieniu ofiary w mieszkaniu zaczęli bić ją pięściami po głowie, kopać i uderzać butem po całym ciele. Najprawdopodobniej wszystko po to, by wymusić na niej kod PIN do jej karty bankomatowej, którą wcześnie zabrali. Oprawcy stawali się coraz bardziej okrutni i oprócz szarpania kobiety zaczęli ją upokarzać, każąc się nago czołgać i tańczyć, a także wyrywali jej i obcinali włosy. Grozili też, że wyrzucą ją przez okno na czwartym pietrze i okrutnie gwałcili.

    Gehenna pokrzywdzonej trwała kilkanaście godzin. Udało jej się uciec z mieszkania dopiero, wtedy gdy Katarzyna i Błażej wyszli, by wypłacić pieniądze z kota bankowego. Zmaltretowana kobieta schroniła się w pobliskim salonie fryzjerskim, gdzie poprosiła o wezwanie policji i pogotowia.

    Sprawcy zostali bardzo szybko ujęci.

    Katarzyna Harazin została oskarżona o gwałt, z kolei Błażej Ambrożko o gwałt ze szczególnym okrucieństwem. Prokuratura obojgu postawiła zarzut rozboju oraz pozbawienia człowieka wolności, które łączyło się ze szczególnym udręczeniem.

    Co do przebiegu procesu niestety niewiele wiadomo, ponieważ została wyłączona jawność. Jedyne informacja, którą udało mi się znaleźć to to, że oskarżeni nie przyznali się do wszystkich zarzucanych im czynów, między innymi do gwałtu.

    W lutym 2015 roku zapadł wyrok - dla Błażeja A. 6 i pół roku więzienia, a dla Katarzyny H. - 5 lat i 6 miesięcy. Dodatkowo (co na początku wydawało mi się błędem w Rejestrze, ale ta wzmianka powtarza się w notce zarówno na stronie skazanego, jak i skazanej, więc zapewne pomyłką nie jest) naprawienie szkody poprzez zapłatę na rzecz pokrzywdzonej solidarnie z in. kwoty 71 zł. (może akurat tylko 71 zł było na koncie bankowym pokrzywdzonej, stąd taka kwota)

    Wyrok nie był prawomocny, a skazani nie zgadzali się ze wszystkimi zarzutami, które pojawiły się w akcie oskarżenia. Apelację złożyły obie strony - zarówno obrońcy, jak i prokuratura, która wnioskowała o wyższe wyroki. 15 czerwca tego samego roku Sąd Apelacyjny w Białymstoku podtrzymał wyrok, chociaż wykreślił jeden z zarzutów, a mianowicie grożenie nożem. (klik)

    Jak podaje strona internetowa Sądu Apelacyjnego w Białymstoku:

    Na podstawie art. 364 § 2 k.p.k. jawność przytoczenia powodów ogłoszonego wyroku została wyłączona w całości, albowiem przedmiotem sprawy pozostają okoliczności, które mogłyby naruszać ważny interes prywatny.

    . . .

    Katarzyna ma obecnie 30 lat, a Błażej 34. Wciąż nie przebywają na wolności.

    . . .

    Wygląda na to, że nasi partners in crime wzięli w więzieniu ślub. Jakiś czas temu strona Katarzyny w Rejestrze wyglądała jeszcze tak, a po aktualizacji oprócz zdjęcia zmieniło się także jej nazwisko na AMBROŻKO, a HARAZIN spadło do rubryczki "nazwisko rodowe".

    . . .

    * imię ofiary wymyśliłam na potrzeby tekstu

    • • •

    Proszę o zapisywanie się tutaj, by być wołanym/wołaną do następnych wpisów z hasztagu rejestrzboczeńców. Ewentualnie zaplusować komentarz pod tym wpisem. Polecam też śledzić hasztag, bo jednak to wołanie nie zawsze działa jak trzeba i może kogoś pominąć...

    • • •

    Wszystkie informacje na temat sprawców, które zawarłam w tym wpisie, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd i stąd

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #patologiazewsi #patologiazmiasta #rejestrsprawcowprzestepstnatleseksualnym #rejestrsprawcowprzestepstwseksualnych #bialystok #gwalt #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: tooo.jpg

    •  

      @bircov: nie płaci się 10-20%, a 5% od wartości przedmiotu sporu, przy czym może być tak (nie chce mi się sprawdzać), że w tym przypadku jest opłata stała. Ponadto jest instytucja zwolnienia od kosztów sądowych, gdzie nie płaci się opłaty od pozwu jeśli sytuacja finansowa nie pozwala na poniesienie tych kosztów. Kwestia egzekucji to już zupełnie inna sprawa, ale na to już nic nie poradzisz, bo jak patola nie zarabia, to nie ma z czego egzekwować niestety.

      A i nie jest się stratnym jeśli się wygra sprawę, bo strona przegrywająca musi te koszty oddać stronie wygrywającej.
      pokaż całość

    •  

      Powiedziałabym, że to nie jest nasza polska wersja Bonnie i Clyde'a a bardziej, ze względu na fakt gwałtu, taka Karla Homolka i Paul Bernardo. Oni to dopiero mieli fantazję.

    • więcej komentarzy (90)

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #kryminalistyka

0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,1:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0

Archiwum tagów

Wallet Money Clip Mens Womens Black Leather Credit Card Holder Ultra Slim Wallet | Anusorn Dachapanya | Enregistreur dappel